Nowa, serialowa „Lalka”, jaką dostaliśmy od Netflixa, to punkowa wersja wielkiej XIX-wiecznej powieści. Gwałtowna, uderzająca w głowę, budząca niepohamowane emocje, a zarazem zdyscyplinowana logicznie i wizualnie obezwładniająca. Biorąca z Bolesława Prusa to, co najlepsze i pokazująca historię Stanisława Wokulskiego oraz Izabeli Łęckiej tak, jak należy pokazywać w XXI wieku.
Reżyseria Pawła Maślony i scenariusz Pawła Demirskiego, Jagody Dutkiewicz oraz samego Maślony składają się na perfekcyjnie przyrządzoną ucztę, gdzie smakować można wszystko: intrygę, grę aktorską, kostiumy, zdjęcia, muzykę. Mamy dzieło, do którego nie da się przyczepić, choć czepiać się go będą tłumy rozczarowanych, że nie dostały konserwatywnego bryka z lektury szkolnej. Wielu z nas, a może prawie wszyscy, zostaliśmy tak przemaglowani belferskimi interpretacjami Wokulskiego i Łęckiej, że ciężko nam się wyrwać z myślowej sztampy o tych postaciach. I właśnie dlatego musimy to robić i szukać wciąż nowej Łęckiej i nowego Wokulskiego, nowego Rzeckiego, nowej Zasławskiej i nowego Ochockiego. Maślonie udało się stworzyć wszystkie znane z powieści postaci na nowo, zarazem nie odbierając im niczego. Chwała mu za to, bo to jest „Lalka”, jaką mogą pokochać nowe pokolenia Polaków.
„Lalka” w wersji Netflixa jest żywym i niemożliwym do obalenia dowodem na tezę, że za każdym sukcesem filmu i serialu stoi przede wszystkim scenariusz. Bez mocnego, oryginalnego scenariusza nawet reżyserski mistrz może mieć kłopoty, by scalić w przekonującą całość coś, co w scenariuszu jest chaosem.
Mimo iż pod scenariuszem „Lalki” podpisało się troje autorów, to mam mocne podejrzenia, że najmocniejsze piętno odcisnął na nim Paweł Demirski. Śledzę z fascynacją karierę Demirskiego-scenarzysty (wcześniej uznanego dramatopisarza) od czasów serialu „Artyści” sprzed dziesięciu lat i jestem pełen podziwu dla odwagi i oryginalności jego pomysłów. Demirski pokazał nieposkromiony talent nie tylko przy „Artystach”. Później przyszły „Udar” czy „Aniela” i żal jedynie, że takie perły jak „Udar” nie przebiły się szerzej, grzęznąc w niszowym serwisie streamingowym. A to jeden z najoryginalniejszych obrazów współczesnych relacji międzyludzkich i prób budowania prawdziwej wspólnoty.
Jeśli ma się takiego scenarzystę jak Demirski i tak bezkompromisowego, a zarazem mocno stojącego na nogach reżysera jak Maślona, to pozostaje już wyłącznie mieć doskonałych aktorów, świetne scenografki, pracowite kostiumografki, operatora o bystrym oku oraz kompozytora muzyki idealnie pasującej do całości, by mieć gotowe arcydzieło. Rzadko się zdarza, by wszystkie te elementy zgrały się ze sobą bez żadnych potknięć czy nawet małych katastrof. Ale to jest właśnie ten przypadek.
Mieliśmy już film Wojciecha Hasa, który na podkładzie z książki namalował obraz Hasa właśnie, z jego barokowością i przesytem, wspaniały, lecz może bardziej hasowy niż prusowy. I mieliśmy bardzo porządny serial telewizyjny Ryszarda Bera, wyznaczający aż do teraz kanon myślenia o „Lalce” i wbijający nam do głowy interpretacje perypetii Stanisława, Izabeli oraz Ignacego i wszystkich pomniejszych postaci. Teraz dostaliśmy coś, co, demolując książkowy pierwowzór, zarazem oddaje największy hołd Prusowi i odsyła do lamusa wszystkie polonistyczne podręczniki z mozołem pisane przez ostatnie sto lat.
Sandra Drzymalska i Tomasz Schuchardt, wiodący aktorzy wciąż młodego pokolenia to Łęcka i Wokulski idealnie dopasowani do dzisiejszej wrażliwości. Między nimi jest coś więcej niż iskrzenie czy chemia — gdy te postacie spotykają się w kolejnych scenach, to aż słychać tykanie bomby, która za chwilę wszystko wysadzi w powietrze. Z całym szacunkiem dla Dmochowskiego i Tyszkiewicz oraz Braunek i Kamasa z dawnych ekranizacji, to ten duet dziś wyznacza kanon przedstawiania najsłynniejszej polskiej pary literackiej.
Casting do tego serialu jest tak perfekcyjny, że nie umiem znaleźć ani jednej postaci, która nie pasowałaby do roli, nawet na dalekich planach. Od Rzeckiego poczynając, który przecież jest rewolucyjną zmianą wobec zabetonowanego wizerunku „starego subiekta” jako poczciwego safanduły. Powiem nawet, że to postać Rzeckiego jest większą rewolucją, niż nowa Izabela i nowy Stanisław.
Oburzenie, już hulające po Polsce, że nie jest to „Lalka” Prusa, ale wyłącznie wydumana wariacja na jej temat wynika z tego, że uwielbiamy oburzać się na „szarganie świętości”. Tymczasem dostaliśmy nie tylko „Lalkę” XXI wieku, ale dzieło, które, odchodząc od fabuły powieści nieraz bardzo daleko, jednocześnie jest wierne idei tej książki. To kapitalny paradoks — im bardziej serial Maślony ucieka od książki, tym większy hołd składa Prusowi.
Nieśmiertelność powieści Prusa polega właśnie na tym, że można ją wciąż na nowo interpretować i dawać jej nowe znaczenia. Jeśli coś napisano niemal półtora wieku temu, a dziś czytamy to i oglądamy jako opowieść aż boleśnie współczesną, to oznacza, że jest to historia uniwersalna. Tak jak da się „Lalkę” opowiedzieć na nowo i na wskroś współcześnie, tak nie da się przecież na nowo opowiedzieć „Nad Niemnem” Orzeszkowej. A może da się? Dałoby się, gdyby za jej nową wersję zabrali się Maślona i Demirski. A jeśli nie „Nad Niemnem”, to Demirskiemu i Maślonie warto przedstawić całą listę powieści z tamtego czasu do odświeżenia i uwspółcześnienia. Choćby „Emancypantki” tegoż Prusa, powieść, która nie ma rangi „Lalki”, ale zasługuje na to, by do niej wrócić ze względu na mnogość wyrazistych i tragicznych bohaterek.
Zresztą w serialu Netflixa pojawia się sama Orzeszkowa — nieobecna oczywiście w książce Prusa — tutaj jako redaktorka naczelna pisma emancypacyjnego „Bluszcz”. „Bluszcz” w istocie istniał, choć sama Orzeszkowa nim nie zarządzała. Pomysł dołożenia do „Lalki” postaci Orzeszkowej — kostycznej, momentami antypatycznej, ale zaangażowanej w pełni w sprawę emancypacji — też jest dowodem scenariuszowego geniuszu. Agnieszka Grochowska w roli pisarki kojarzącej się głównie ze szkolnym przymusem czytania „Nad Niemnem” (kto pamięta dawną poradę „Omijać opisy przyrody”?) to kolejny obsadowy strzał w dziesiątkę, podobnie jak cały wątek walki o prawa kobiet.
To, czego nie ma u Prusa, a jest u Maślony, to Rosjanie. Niech nie umknie państwu wątek rosyjskiej okupacji, który Prus całkiem pominął, a Maślona urealnił w ten sposób Warszawę roku 1878. I też nie ma w tym żadnego zgrzytu, ale nadaje serialowej adaptacji jeszcze większej wiarygodności.
Nie ma też zgrzytu, gdy zakończenie serialu tak bardzo odbiega od pierwowzoru. Bo przecież Prus dał nam zakończenie otwarte i wcale nie wiemy, co się stało w finale z Izabelą i Stanisławem. Teraz wiemy, ale to wcale nie musi kończyć historii, bo Maślona nie zatrzaskuje przed nami furtki. Niechaj widzowie dopisują ciąg dalszy losów Izabeli i Stanisława, bo w ostatnich scenach „Lalki” każde z nich rozpoczyna zupełnie nowe życie. Zdradzę tylko, że z dala od Krakowskiego Przedmieścia.
Oczywiście „Lalka” Maślony jest serialem o pieniądzach, bo chyba nie da się zrobić ekranizacji tej powieści bez jej siły napędowej, czyli pieniędzy właśnie. Ale czy jest to serial o miłości, skoro „Lalka” uważana jest za historię tragicznej obsesji miłosnej? Oczywiście, że jest to serial o miłości! Tyle że nie tam, gdzie można się spodziewać. Przecież mamy tu wspaniałą historię miłosną pomiędzy Rzeckim a Marianną, dawniej prostytutką, a później służącą w domu Łęckich i Wokulskiego. To jest przepiękny wątek i jeśli wzruszać się, oglądając wspaniałe szaleństwo Maślony, to właśnie wtedy, gdy widzi się tych dwoje ludzi. I zachwyca się Rzeckim, który zrzucił surdut poczciwego dziadunia i stał się pełnokrwistym facetem, który umie kochać, ale umie też dostać szału. Maria Kania jako Marianna dała tej drugoplanowej postaci taką siłę wyrazu, taki charakter, że należałoby jej poświęcić osobny serial. I ta aktorka wraz ze swoją postacią bez wątpienia uniosłaby taki spin-off.
Właśnie mnogość bardzo mocnych charakterów, również w pobocznych wątkach, powoduje, że „Lalka” Maślony mogłaby być dopiero pierwszą odsłoną całej serii. Podwaliną dla całego uniwersum, zrodzonego w sklepie Wokulskiego.
Tych ludzi chce się oglądać, kibicować im i z takimi samymi emocjami nienawidzić Łęckiego, Krzeszowskiego i Starskiego — zgniłych moralnie, kłamliwych, manipulantów. Demirski i Maślona dodali napęd turbo do mocnego przecież u Prusa wątku odklejonej od prawdziwego życia, zadufanej, głupiej i podłej polskiej arystokracji. Jacek Braciak jako Łęcki nie jest już groteskowym bankrutem jak wcześniej, ale wiecznie pijanym oszustem. Piotr Adamczyk daje nam tu barona Krzeszowskiego nie jako niepoważnego głupola, potrafiącego wyłącznie trwonić majątek, ale jako postać do samych fundamentów złą, przebiegłą i okrutną. Piotr Pacek jako Starski nie jest tu dandysem i pustym jak tykwa snobem, ale cynicznym szantażystą, łowcą posagów, gotowym dla pieniędzy dokonać największej podłości. Nie zdradzając za wiele powiem, że przepełnia nas prawdziwa schadenfreude, gdy ponoszą klęskę. Bo nowa „Lalka” jest też opowieścią o zwycięstwie sprawiedliwości. Tak, „Lalka” Maślony to wybitny moralitet, przy tym pozbawiony całkowicie moralizatorstwa.
I taka właśnie „Lalka” może nie tylko w Polsce zachwycić, ale też za granicą. Bo w tę historię wejdzie każdy, bez względu na różnice kulturowe. Może będzie miał kłopot z pokazaniem Polski na mapie, ale błyskawicznie zrozumie każdego z bohaterów „Lalki”.

