Trump i Putin stworzyli Europie zupełnie nowe środowisko do działania. Wiele spraw nagle stało się wagi egzystencjalnej. To już nie są opcje dodatkowe, tylko konieczność. Jest kilka obszarów, w których trzeba przyspieszyć — mówi znany brytyjski politolog Mark Leonard. I tłumaczy, dlaczego wybory we Francji mogą być kluczowe dla przyszłości UE.

Mark Leonard: To ogromna zmiana w sposobie myślenia o polityce. Przez długi czas panowało poczucie, że wszystko idzie tylko w jedną stronę. Model działania, który wymyślił Orbán, zaczął dominować w dużej części Zachodu: od Trumpa po Farage’a, AfD i Zjednoczenie Narodowe.

Dlatego fakt, że Orbán nie tylko przegrał, ale też przegrał wysoko, ma znaczenie natychmiastowe. W Unii od dawna zakładano, że Węgry zablokują właściwie wszystko, więc wiele spraw w ogóle nie przechodziło przez europejski proces decyzyjny. Ale jest też znaczenie szersze: nagle zmienia się nasze postrzeganie, jak działa polityka i jakie są realne granice politycznej konkurencji. Widać też coraz wyraźniej, że w wielu krajach zbyt bliski związek z Donaldem Trumpem staje się problemem, a nie atutem. Jego ­poparcie zaszkodziło już politykom w Brazylii, Australii czy Kanadzie, a teraz na Węgrzech, dokąd na kilka dni przed wyborami wysłał J.D. Vance’a. To też może być ważna lekcja dla innych państw.

— Podejrzewam, że w krótkim terminie zobaczymy zastrzyk pieniędzy z Unii, dużo entuzjazmu wobec Pétera Magyara i sporą życzliwość Brukseli, by pokazać Węgrom, że bardziej opłaca się wybierać europejskich partnerów niż zawodowych blokujących. Potem zacznie się prawdziwy test.

W Polsce po wygranej Tuska uwaga niemal od razu przesunęła się na wybory prezydenckie. Jego głównym zmartwieniem było to, by nie wyglądać na polityka zbyt bliskiego Brukseli i zachować patriotyczną wiarygodność. To wyznaczyło sufit dla tego, jak bardzo Polska mogła przekuć sukces krajowy w realne przywództwo europejskie. Węgry mają tu dużo mniejsze możliwości niż Polska. Orbán był zresztą wpływowy daleko ponad wagę swojego kraju; trudno oczekiwać, by Magyar miał podobną siłę.

Układ, który dziedziczy, jest trudny. Perspektywy wzrostu są słabe, gospodarka nie jest w świetnym stanie, globalne otoczenie jest wymagające, a problemy z energią i bezpieczeństwem dostaw nie znikną tylko dlatego, że zmienił się premier. Wszystko, co było atutem polityka opozycyjnego, staje się ciężarem, kiedy trzeba realnie rządzić. Część tych problemów ma charakter strukturalny, więc całkiem możliwe, że Węgrzy dość szybko się rozczarują.

I jeszcze jedno: Magyar nie jest żadnym kosmopolitycznym liberałem, więc będzie chciał pokazać, że broni interesu węgierskiego. To będzie trudna gra balansowania, choć w Brukseli jest duża gotowość, by mu pomóc. Zwłaszcza że sporo zamrożonych pieniędzy można odblokować praktycznie od ręki.

— Najbardziej namacalny skutek to możliwość odblokowania dużego pakietu pożyczkowego dla Ukrainy i ułatwienia decyzji związanych z jej akcesją. Paradoks polega na tym, że brak węgierskiego weta może też stworzyć kłopot tym krajom, które same nie są specjalnie entuzjastyczne wobec rozszerzenia, bo nie będą się już mogły chować za Orbánem.

Unia stanie się bardziej zdolna do działania. Węgry niekoniecznie muszą wykazywać entuzjazm wobec większej władzy Brukseli, ale jeśli zamiast permanentnego szantażu, jak w czasach Orbána, w sprawach sankcji, handlu czy rozmów akcesyjnych pojawi się konstruktywne wstrzymanie się od głosu, to już zrobi wielką różnicę.

— Trump i Putin stworzyli Europie zupełnie nowe środowisko do działania. Wiele spraw nagle stało się wagi egzystencjalnej. To już nie są opcje dodatkowe, tylko konieczność.

Jest kilka obszarów, w których trzeba przyspieszyć. Obrona i bezpieczeństwo to jeden. Drugi to energia, zwłaszcza po wojnie z Iranem. A trzeci to poważniejsze pytanie: jak zrobić z Unii prawdziwą wspólnotę bezpieczeństwa, zdolną bronić się przed presją gospodarczą Chin, USA czy innych graczy.

To bardzo trudne tematy i nie wszędzie problemem numer jeden były akurat Węgry. Jeśli mówimy o Chinach, to popatrzmy na Niemcy, bo ich relacje gospodarcze z Pekinem są ważniejsze niż reszty Unii razem wziętej.

Duże różnice w Unii są w relacjach transatlantyckich. Polska, a przynajmniej część waszej sceny politycznej, jest bardziej niechętna do otwartego konfliktu z USA niż część innych państw.

W Berlinie słychać, że czas do przyszłorocznych wyborów we Francji to być może ostatnia szansa dla liberalnej demokracji w całej Unii. Widmo Jordana Bardelli w Pałacu Elizejskim może przyspieszyć takie sprawy jak unia rynków kapitałowych czy wdrażanie zaleceń z raportu Mario Draghiego, o których od dawna się mówi, ale niewiele robi.

Problem polega na tym, że czasu nie ma dużo, a polityka krajowa członków UE jest bardzo skomplikowana. Rządy są kruche, horyzont wyborczy krótki, a wszystko, co wygląda na kosztowne, natychmiast rodzi opór. Mimo to ten moment może część z nich ośmielić. To nie jest mała zmiana, bo Orbán był intelektualnym i politycznym liderem współczesnego populizmu.

— Nie wiadomo jeszcze, kto dokładnie będzie kandydatem Zjednoczenia Narodowego — Le Pen czy Bardella — ale na dziś najbardziej prawdopodobny wydaje się Bardella. W sondażach wypada bardzo dobrze. Z kandydatem centroprawicy mógłby iść łeb w łeb, ale z Mélenchonem w drugiej turze wygrałby miażdżąco.

— Na razie nie widać kogoś, kto odegrałby rolę podobną do tej Macrona, gdy pojawił się po raz pierwszy, niosąc obietnicę zmiany, optymizm, energię, nadzieję. A Bardella ma tę przewagę, że jest bardzo młody, nie jest obciążony historycznymi decyzjami Frontu Narodowego Le Pen seniora i sprawia wrażenie polityka niezwykle elastycznego — takiego, który powie to, co trzeba, żeby wygrać. Wygląda więc jak twarz zmiany, a centrum, centrolewica i centroprawica wciąż nie przedstawiły kontrprojektu, który porwałby wyobraźnię.

Gdybym miał dziś stawiać pieniądze, powiedziałbym, że ryzyko prezydentury Bardelli jest bardzo duże. Wszystko zależy od tego, kto wejdzie z nim do drugiej tury, ale czas ucieka.

— Macron jest bez wątpienia bardzo inteligentny i bardzo świadomy własnej błyskotliwości. Wielu Francuzów ma poczucie, że patrzy na nich z góry. To irytuje, choć nie tłumaczy jeszcze skali emocji.

Druga część odpowiedzi dotyczy francuskiej kultury politycznej. Jeszcze przed objęciem urzędu Macron wydał książkę „Rewolucja”, a we Francji wciąż żywe jest coś, co można by nazwać rewolucyjną wyobraźnią. Jest tam też to, co Francuzi nazywają dégagisme — odruchem wyrzucania rządzących. I Macron jest dziś właśnie po złej stronie tego odruchu: tym, którego trzeba wyrzucić.

Kiedy wchodził do polityki, jego ulubioną formułą było „en même temps”, czyli jednocześnie to i tamto — rodzaj trzeciej drogi między prawicą a lewicą. Przez pewien czas naprawdę zajmował ogromną przestrzeń w centrum i tym samym zdemolował zarówno Partię Socjalistyczną, jak i centroprawicowych Republikanów. Tyle że z czasem zaczął rządzić coraz bardziej na prawo i wchłaniać część retoryki skrajnej prawicy w sprawach migracji, bezpieczeństwa czy porządku publicznego. Problem w tym, że robił to nieautentycznie. Nie zaoferował spójnej alternatywy, tylko wyglądał, jakby gonił przeciwników i kopiował ich język. W efekcie wzmocnił popyt na to, co reprezentuje prawica, a jednocześnie zraził część lewicy, która skręciła jeszcze bardziej na lewo.

Rozpisał niepotrzebne przedterminowe wybory parlamentarne, w których nie uzyskał większości. Od tego czasu miota się od kryzysu do kryzysu, wymienia premierów, ma problem z budżetami i traci polityczną energię.

No i wreszcie polityka międzynarodowa. Macron wielokrotnie wyprzedzał innych w rozpoznawaniu trendów i potrafił dokonywać dużych zwrotów: od pobłażliwości wobec Rosji do twardego wsparcia Ukrainy, od sceptycyzmu wobec rozszerzenia UE do obrony rozszerzenia. To były naprawdę duże ruchy. Tylko że często jest on przywódcą bez wyznawców. Tak bardzo chce być pierwszy i mieć rację, że nie wykonuje żmudnej pracy budowania koalicji. Skutek jest taki, że zostaje samotny.

Jeśli chodzi o Bardellę, w jego obozie trwa spór, czy iść drogą Orbána, czy raczej Meloni. Część sygnałów wskazuje na „melonizację”. Widać to choćby w sprawie Ukrainy. Rassemblement National było kiedyś bardzo prorosyjskie, a dziś przesuwa się w stronę bardziej ­proukraiń­ską. Kiedy rozmawiasz z nimi, słyszysz o „strategii 51 procent” — wiedzą, że trzeba przejść od partii skrajnej z wiernym twardym elektoratem do partii zdolnej wygrać większość w drugiej turze.

Stąd ich długotrwała strategia „odczarowywania” partii, czyli odklejania od siebie etykiety toksyczności. W wymiarze międzynarodowym oznacza to dystansowanie się od Putina, a także od Trumpa. Widać to było w ich wypowiedziach o Grenlandii czy Wenezueli. Nawet w sprawie Iranu, gdzie można by się spodziewać bardzo prostego odruchu antyislamskiego, też byli dość sceptyczni wobec wojny.

W kraju starają się budować nową mozaikę elektoratu: wieś, małe miasta, przedmieścia, młodzi. I Bardella jest w tym skuteczny. Dawny Front Narodowy nie radził sobie szczególnie dobrze z młodymi, a dziś Rassemblement National jest wśród młodych bardzo mocne — podobnie jak sporo innych partii skrajnej prawicy w Europie.

Czyli wiele wskazuje na scenariusz bardziej melonowski niż orbanowski, ale nie wszyscy w partii to podzielają. Jemu łatwiej też uciec od przeszłości, bo był dzieckiem, kiedy Jean‑Marie Le Pen wygłaszał swoje najbardziej kompromitujące tyrady.

— Właśnie spędziłem tydzień w Waszyngtonie i Nowym Jorku. Wszyscy, z którymi rozmawiałem — demokraci i ludzie z obozu MAGA — są w szoku i dezorientacji. Bardzo wielu nie potrafiło zaakceptować tego, co mówi Trump. Dla sporej grupy — także z jego zaplecza — groźba starcia całych cywilizacji brzmiała niemal ludobójczo.

Ameryka jest dziś w gorączce, ludzie nie bardzo wiedzą, na czym stoją. Nawet w samym obozie MAGA są duże spory o Izrael, o rolę technobraci, o kierunek całego projektu. A za stylem rządzenia Trumpa trudno nadążyć nawet jego administracji.

— Nie potrafię wejść Trumpowi do głowy, ale Vance dużo mocniej niż inni był kojarzony z ideą powściągliwości w polityce zagranicznej. Reprezentował to, co Trump obiecywał w kampanii: kończenie wojen, a nie ich zaczynanie. Mocno naciskał na porozumienie w sprawie Ukrainy, a jego środowisko było sceptyczne wobec wojny z Iranem.

Jest też inny element. Irańczycy przestali ufać dotychczasowym kanałom negocjacyjnym, bo zostali zbombardowani po rundzie rozmów, po których wydawało się, że zbliżają się do porozumienia. Vance mógł więc być próbą otwarcia nowego kanału.

W polityce zagranicznej jest mnóstwo niepewności, za to w krajowej są ogromne nadzieje przeciwników Trumpa związane z wyborami połówkowymi. Część demokratów liczy nawet, że w listopadzie zdobędą większość nie tylko w Izbie Reprezentantów, ale i Senacie. Trumpowi trudniej byłoby przepychać ustawy w Kongresie, ale paradoksalnie mógłby jeszcze bardziej uaktywnić się na arenie międzynarodowej. Jedno wydaje się jasne: nie wrócimy już do Ameryki przewidywalnej, niezawodnej, konsultującej się z sojusznikami.

— Powrót do dawnej Ameryki wydaje mi się mało prawdopodobny, nawet gdyby demokraci znów mieli prezydenta. Taka Ameryka byłaby pewnie bardziej przewidywalna i mniej otwarcie wroga, ale wiele z tego, co dziś widzimy, ma charakter strukturalny.

Nie jestem więc pewien, czy to już absolutny szczyt Trumpa. Zaczyna tracić polityczny autorytet, wpływ na Kongres, republikanie zaczynają myśleć o sukcesji, rośnie znaczenie rywalizacji między Vance’em, Rubio i innymi pretendentami. Ale rozmawiałem też z ludźmi po obu stronach i część z nich uważa, że Trump spróbuje ubiegać się o trzecią kadencję. Jego instynkt nie pozwala spokojnie zejść ze sceny.

Trump jest absolutnym geniuszem przyciągania uwagi. Im większe kłopoty ma na froncie krajowym, tym częściej ucieka w politykę zagraniczną. Zawsze uważał, że atak jest najlepszą formą obrony. Kiedy czuje presję u siebie, odpowiada większymi i bardziej widowiskowymi ruchami na zewnątrz.

Ciekawe będzie też to, co wydarzy się w Izraelu. Jeśli Netanjahu spotka podobny los jak Orbána, to też zmieni część układanki. Ale przewidywanie jest dziś bardzo trudne. Wielu ludzi myliło się co do tego, jaki będzie Trump. Nikt nie sądził, że sprawy Wenezueli, Iranu czy Grenlandii potoczą się właśnie w ten sposób. Cła, konflikty z sojusznikami, niechęć do NATO były dużo bardziej przewidywalne.

Mark Leonard będzie gościem wydarzenia Impact ’26, które odbędzie się 13-14 maja w Poznaniu

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version