Teheran kalkuluje, że jeśli USA, państwa sąsiednie i globalna gospodarka nie odczują realnego bólu, ataki na Iran będą się powtarzać. Przeciąga więc wojnę, by kolejnej już niemal nikt nie chciał – twierdzi Galip Dalay, turecki ekspert od Bliskiego Wschodu
Newsweek: Kto dziś bardziej przedłuża tę wojnę?
Galip Dalay: Dziś to raczej Iran, bo wciągając USA i szerzej Zachód w wojnę, chce sprawić, by ewentualne kolejne uderzenie nie było dla Waszyngtonu ani szybkie, ani tanie. Chodzi o zmianę kalkulacji Waszyngtonu: cena kolejnego ataku ma być tak wysoka dla Amerykanów, Zachodu, krajów Zatoki Perskiej i dla globalnej gospodarki, żeby niemal nikt w regionie nie chciał wojny.
Na początku Amerykanie mogli sądzić, że po zabiciu części kierownictwa i uderzeniu w strategiczną infrastrukturę, wywołają w Iranie bunt wewnętrzny albo nawet załamanie systemu. To się nie wydarzyło. Iran nie jest Irakiem Saddama ani Libią Kaddafiego. Najwyższy przywódca jest ważny, ale system nie opiera się wyłącznie na jednej osobie, istnieją instytucje, które nadal działają. Usunięcie jednej postaci, a nawet całej wierchuszki, nie wystarczy, by państwo się rozsypało. Ta cywilizacja ma tysiące lat. To są wieki doświadczenia, pamięci instytucjonalnej, ciągłości dyplomacji, myśli strategicznej. Wyobraź sobie MSZ, którego historię liczy się nie w dekadach, ale mileniach.
W pierwszych dniach Ameryka mogła jeszcze powiedzieć, że zlikwidowano znaczną część kierownictwa, zdegradowano infrastrukturę Iranu, osłabiono jego zdolności i misja zakończona. Dziś poprzeczka sukcesu jest znacznie wyżej. Dochodzi przecież kwestia cieśniny Ormuz: przez nią przechodzi ogromna część światowego handlu ropą, nawozami, żywnością, a nawet pierwiastkami ziem rzadkich, więc to punkt kluczowy dla globalnej gospodarki. Iran nie musi nawet formalnie zamykać tego szlaku; wystarczy, że uczyni z niego stałe źródło ryzyka i z całego regionu Zatoki Perskiej zrobi epicentrum wojny. To już samo w sobie podnosi koszt dla USA, państw zatoki, Zachodu i całej światowej gospodarki.
Po ostatnich zmianach irańskie kierownictwo staje się bardziej radykalne niż wcześniej?
– Taki jest ogólny kierunek. Coraz silniej widać wpływ Korpusu Strażników Rewolucji. Im dłużej trwa wojna, tym bardziej państwo przesuwa się w stronę reżimu wojskowego, a twardogłowi zyskują przewagę nad bardziej pragmatycznymi aktorami. Wojna radykalizuje system.
Na pierwszy plan wychodzą ludzie młodsi, bardziej ideologiczni i mocniej związani z aparatem bezpieczeństwa. Ale najważniejsze jest nie tyle konkretne nazwisko, ile logika systemu: dłuższa wojna oznacza więcej militaryzacji, bardziej zamknięty kraj i bardziej konfrontacyjne zachowanie wobec całego regionu.
Czy w takim razie Iran chce dziś rozejmu?
– Nie chodzi o to, że Teheran po prostu chce albo nie chce zawieszenia broni. Z punktu widzenia reżimu liczy się kalkulacja kosztów. W czerwcu mieliśmy 12-dniową wojnę i wniosek po stronie irańskiej był prosty: dla Stanów Zjednoczonych poprzednia wojna była relatywnie tania. Amerykanie weszli, uderzyli i wyszli, nie płacąc większej ceny.
Obecna kalkulacja brzmi więc tak: jeśli USA, państwa sąsiednie, Zachód i globalna gospodarka nie odczują realnego bólu, takie ataki będą się powtarzać i z czasem staną się normą. To oczywiście bardzo ryzykowna strategia, bo Iran może przez nią spalić mosty z prawie wszystkimi sąsiadami. Już teraz uderza w państwa zatoki, pola gazowe i infrastrukturę cywilną, zwłaszcza w Emiratach. Nawet jeśli wojna się skończy, Iran wyjdzie z niej bardziej izolowany niż wcześniej.
Teheran stać na grę na czas, licząc na to, że Donald Trump zapłaci za przedłużającą się wojnę cenę polityczną przed wyborami połówkowymi do Kongresu?
– Czas wciąż może działać na korzyść Iranu, bo Teheran ma narzędzia, by stale podnosić koszt konfliktu – przede wszystkim przez zagrożenie dla żeglugi i rynku energii w okolicach cieśniny Ormuz. Im dłużej trwa wojna, tym większe ryzyko inflacji, kryzysu energetycznego i żywnościowego, a także rosnącego kosztu politycznego dla Białego Domu.
Jeżeli doszłoby do wejścia wojsk lądowych USA, cena wewnętrzna dla Ameryki byłaby jeszcze większa, bo wzrosłaby liczba ofiar. Z perspektywy Iranu USA i Izrael mają dziś bardzo podobne cele strategiczne. Amerykanie chcą przede wszystkim zdegradować Iran jako siłę, a Izrael idzie dalej – bliżej mu do scenariusza załamania państwa. To nie jest już tylko kwestia „zmiany reżimu”, ale raczej doprowadzenia do sytuacji, w której Iran przez lata będzie pochłonięty kryzysem wewnętrznym.
Co oznaczałoby takie załamanie dla regionu i dla Europy?
– Ogromną destabilizację. Iran mógłby zostać pochłonięty walką wewnętrzną na lata. Taki kraj generowałby fale uchodźców, radykalizację, wojny zastępcze i trwałe zagrożenie dla żeglugi w Zatoce Perskiej oraz dostaw ropy. Z punktu widzenia niektórych polityków właśnie to może być celem: nie tyle szybka zmiana władzy, ile państwo sparaliżowane od środka.
Gdyby z Iranu ruszyły duże fale uchodźców, skala mogłaby być większa niż w przypadku Syrii. Część ludzi zatrzymałaby się w krajach sąsiednich, ale wielu próbowałoby dotrzeć do Europy. To oznaczałoby kolejny głęboki kryzys polityczny w Europie i bardzo silne wzmocnienie skrajnej prawicy.
Dlaczego w irańskiej kalkulacji najważniejsze są Stany Zjednoczone, a nie sam Izrael?
– Bo koszt długiej wojny dla USA jest ostatecznie wyższy. Izraelskie społeczeństwo prawdopodobnie jest w stanie znosić konflikt dłużej niż amerykańskie. Dlatego Teheran koncentruje się przede wszystkim na Waszyngtonie. Irańska strategia zakłada, że Stany Zjednoczone nie będą w stanie utrzymać takiego poziomu zaangażowania przez długi czas.
Podobnie jest z państwami Zatoki Perskiej. One także mają ograniczoną zdolność do ponoszenia długotrwałych kosztów. Dlatego Iran próbuje zmieniać kalkulację właśnie w tych dwóch miejscach: w USA i w zatoce. Chodzi o to, żeby wojna stawała się politycznie i gospodarczo coraz trudniejsza do udźwignięcia.
Jak dużą cenę płacą dziś państwa Zatoki Perskiej?
– Koszt jest ogromny. Zjednoczone Emiraty Arabskie znalazły się pod większą presją niż Izrael, spada tam więcej dronów, mimo że same nie prowadzą wojny z Iranem. To pokazuje skalę problemu. Model państw zatoki opiera się na wizerunku stabilności, bezpieczeństwa, przewidywalności i komfortu dla biznesu, kapitału, turystyki i ekspatów. Wojna podważa właśnie ten fundament.
Dochodzi do tego ryzyko dla rynku energii i infrastruktury krytycznej. Jeśli wojna będzie się przedłużać i dojdzie do jeszcze poważniejszych uderzeń w instalacje energetyczne, skutki odczuje cały świat. To byłaby nie tylko regionalna katastrofa, ale także poważna zmiana dla całej gospodarki międzynarodowej.
Dlaczego Iran tak mocno uderza właśnie w państwa zatoki, skoro próbowały raczej powstrzymać USA przed wejściem do wojny?
– Bo z irańskiego punktu widzenia państwa zatoki są jednymi z najskuteczniejszych kanałów nacisku na Amerykę. Są ważne finansowo, energetycznie i strategicznie. Jeśli Iran uderza w region zatoki, zakłóca globalny rynek energii, podnosi ryzyko inflacji i pokazuje, że cena wojny będzie dużo wyższa, niż zakładano.
Poza tym właśnie tam znajdują się najważniejsze amerykańskie instalacje i bazy wojskowe w regionie – zwłaszcza w Katarze, ale też w Arabii Saudyjskiej i innych państwach. Atakując przestrzeń zatoki, Iran nie musi atakować samych Stanów Zjednoczonych, aby zwiększyć presję na Waszyngton. Wystarczy, że podniesie koszt wojny tam, gdzie amerykańska obecność jest najbardziej zakorzeniona. I gdzie interesy samego Trumpa są najistotniejsze.
Tylko że ta kalkulacja wydaje się irracjonalna, skoro ofiarami będą Europa, Azja, ceny importu i kolejne fale uchodźców.
– Tak to wygląda z zewnątrz, ale trzeba zrozumieć logikę systemu, który walczy o przetrwanie. W takim położeniu wiele decyzji wydaje się szalonych, ale są podejmowane z pozycji obrony własnego istnienia. W tej logice nie chodzi o „wygranie wojny” w klasycznym sensie. Chodzi o to, by nie przegrać dzisiaj. Jutro będzie problemem jutra.
Dlatego dla Iranu samo niezałamanie się państwa może już zostać przedstawione jako zwycięstwo. Jeśli kraj nie upadnie, jeśli nie dojdzie do narzuconej z zewnątrz zmiany reżimu, jeśli nie uda się go trwale wypchnąć z gry, to w Teheranie będzie można sprzedać to jako sukces. To przede wszystkim zwycięstwo psychologiczne: przetrwaliśmy, więc nie przegraliśmy.
Czyli jeśli Iran po prostu przetrwa, to może uznać to za wygraną?
– W dużej mierze tak. Iran wchodził w ten konflikt z ryzykiem bardzo głębokiej degradacji, a nawet załamania. Jeśli USA i Izrael nie osiągną swoich maksymalnych celów – zmiany reżimu, załamania państwa albo trwałego odebrania Iranowi wpływu na Ormuz – to z punktu widzenia Teheranu będzie to oznaczało, że przeciwnik nie osiągnął tego, po co wszedł do wojny.
Ludzie będą oceniać rezultat nie tylko po tym, ilu dowódców zabito i jak bardzo uszkodzono infrastrukturę, ale po tym, jak zmieniła się pozycja Iranu po wojnie. Jeżeli Iran wyjdzie z niej z większą zdolnością wpływania na rynek energii i z silniejszą pozycją przy cieśninie Ormuz, to paradoksalnie – mimo strat, izolacji i osłabienia – może zostać uznany za gracza mocniejszego niż przed wojną. Z psychologicznego punktu widzenia sama zdolność do przetrwania i zadania poważnych strat agresorowi zostanie uznana za sukces.
Ale czy z tego, że Iran przetrwa, wynika automatycznie trwałość reżimu? Wojna osłabia czy wzmacnia reżim?
– Scenariusz rozpadu nadal istnieje, ale nie jest prosty. Największą przewagą obecnego systemu jest brak zorganizowanej, realnej alternatywy opozycyjnej, która mogłaby szybko przejąć kraj. Dlatego nie zakładałbym prostego przejścia od kryzysu wojennego do pełnej zmiany władzy.
Po wojnie reżim niekoniecznie byłby silniejszy; raczej bardziej narażony i jeszcze bardziej zmilitaryzowany. Wszystko zależy od czasu trwania wojny. Jeśli konflikt będzie się przeciągał, możliwość częściowego załamania nadal istnieje: erozja kontroli, utrata wpływu nad częścią kraju, rozszczelnienie państwa. Taki scenariusz mógłby z czasem przypominać Syrię Asada w okresie, gdy Damaszek trzymał rdzeń władzy, ale nie miał już pełnej kontroli nad całym terytorium. Jedno jest natomiast jasne: Stany Zjednoczone wolałyby krótką wojnę, nie długą.
A jak ta wojna wpływa na wojnę Rosji z Ukrainą?
– Dla Rosji w krótkim i średnim terminie to raczej sytuacja korzystna. Wzrost cen energii oznacza więcej pieniędzy dla rosyjskiej machiny wojennej. Jeśli handel przez Ormuz zostaje zakłócony albo pojawia się silniejsze ryzyko takiego zakłócenia, część popytu może przesuwać się w stronę rosyjskich surowców. To wzmacnia Moskwę.
Drugi element to uwaga polityczna i strategiczna Zachodu. Im bardziej Stany Zjednoczone są zajęte Iranem, tym mniej uwagi i energii poświęcają Ukrainie. Możliwe są także próby włączenia sprawy Iranu do szerszych rozmów amerykańsko-rosyjskich, obok innych konfliktów regionalnych. USA mogą być podatne na przehandlowanie interesów Ukrainy za porzucenie Iranu przez Rosję.
Relacje rosyjsko-irańskie nie są idealne. W Iranie słychać rozczarowanie, że Moskwa nie zrobiła dla niego wystarczająco dużo. Rosja korzystała z irańskich dronów przeciwko Ukrainie, a później rozwijała te zdolności u siebie. Dziś do Iranu wracają te same drony, ale znacznie wzmocnione technologicznie przez Rosjan. Można więc mówić o realnej współpracy wojskowo-technologicznej, nawet jeśli nie jest to relacja pozbawiona napięć.
Dla Rosji najlepszy byłby długi konflikt: wysokie ceny energii, mniejsze zainteresowanie Zachodu Ukrainą i większa dezorganizacja po stronie przeciwników. Ale gdyby wojna doprowadziła do realnego załamania Iranu, byłby to dla Moskwy poważny problem strategiczny. Tutaj wszystko zależy od czasu trwania konfliktu.
Czy Iran może odpowiedzieć także serią ataków terrorystycznych w USA, zatoce albo Europie?
– Raczej nie od razu, ale to jest możliwe. Ludzie bliżej sfer władzy albo nawet działający na własną rękę, którzy ulegną radykalizacji w wyniku tej wojny, mogą zaangażować się w takie działania.
Galip Dalay jest tureckim politologiem i historykiem, specjalizującym się w polityce Turcji i Bliskiego Wschodu. Jest pracownikiem naukowym Chatham House i wykładowcą na Oksfordzie. 13 i 14 maja będzie gościem konferencji IMPACT CEE. Dalsza część rozmowy ukaże się w majowej edycji magazynu „Impact”, dodatku do „Newsweeka”.





