Inwazja jest na samym końcu opcji Pekinu. Wbrew temu, co się powszechnie wydaje, Tajwan nie jest taki prosty do zdobycia — mówi Marcin Jacoby, autor książki „Tajwan. Herbatka na beczce prochu”.
Newsweek: Tajwan, Republika Chińska, Chińskie Tajpej?
Marcin Jacoby: To zależy, kto pyta (śmiech). Według mnie to Republika Chińska na Tajwanie.
Państwo, które jest, ale zarazem go nie ma, bo zdecydowana większość członków ONZ nie uznaje jego istnienia z obawy przed popsuciem relacji z Pekinem, czyli ChRL.
— Republika Chińska uznawana jest tylko przez 12 państw. Według polskiego MSZ takie państwo nie istnieje.
A mimo to wszyscy z tym państwem handlują, miliony ludzi zastanawiają się, czy tam wybuchnie następna wojna, a wielu mieszkańców Europy, z Polakami włącznie, solidaryzuje się z Tajwanem
— Ale to solidarność obłudna, tylko do pewnego momentu, by nie rozgniewać Chin. Balansowanie między stosunkami z Tajwanem i dobrymi relacjami z Pekinem staje się jednak coraz trudniejsze.
W 2021 r. adm. Philip Davidson, były dowódca sił USA w Indo-Pacyfiku, powiedział w Kongresie, że Chiny mogą spróbować przejąć kontrolę nad Tajwanem w ciągu najbliższych sześciu lat, czyli do 2027 r. Wierzy pan w taki scenariusz?
— Nie wierzę w „okno Davidsona”, to jest amerykańska manipulacja. Przewodniczący Xi Jinping powiedział, że do 2027 r. Chińska Armia Ludowo‑Wyzwoleńcza ma być na tyle zreformowana, żeby była w stanie zaatakować Tajwan. Nie powiedział wcale, że do tego czasu nastąpi atak.
Chyba jego armia nie jest jeszcze gotowa. Nieustannie przeprowadza czystki wśród najwyższych generałów…
— Ale to nie znaczy, że Tajwańczycy mogą spać spokojnie. Wynika z tego tylko tyle, że Chiny mają duże problemy ze sprostaniem wymaganiom Xi Jinpinga. Nie wiemy jednak, dlaczego przewodniczący wymienia generałów.
Z powodu korupcji?
— Korupcja jest w Chinach endemiczna, więc można tę łatkę przykleić wszędzie. Powód może być jednak inny — np. Xi Jinping ma zupełnie inną wizję tego, jak miałaby wyglądać armia, niż jej obecni dowódcy. Poszukuje więc generałów, którzy przeprowadzą takie zmiany, jakich oczekuje. Problem w tym, że wszyscy ci generałowie, których ostatnio oddalił, zostali przez niego wcześniej wybrani.
Nawet jeśli armia będzie gotowa do inwazji, wyspiarze mogą liczyć na gwaranta swego bezpieczeństwa?
— USA nie są gwarantem bezpieczeństwa Tajwanu, co najwyżej partnerem, który mógłby ochronić Tajwan, gdyby chciał.
Amerykanie prowadzą bardzo kosztowną wojnę z Iranem, z perspektywy ChRL nie jest to dobry moment na inwazję?
— Myślę, że inwazja jest na samym końcu listy opcji przejęcia Tajwanu. Sam Xi Jinping powiada, że Chiny wcale się w tej sprawie nie spieszą. Konflikty od Ukrainy po Iran pokazują, że ten, kto rozpoczyna wojnę, nie do końca kontroluje jej przebieg. Tymczasem Chiny nie lubią procesów, których nie są w stanie kontrolować. Wygląda na to, że Komunistyczna Partia Chin boi się ryzyka. Poza tym rządzący mają bardzo dużo wyzwań i problemów wewnętrznych, więc bardzo nie chcą się uwikłać w wielomiesięczny, jeżeli nie wieloletni konflikt, który trudno będzie zakończyć.
W dodatku byłaby to wojna domowa.
— Dla Pekinu Tajwan nie jest państwem, a chińska propaganda przekonuje, że Chińczycy i Tajwańczycy są braćmi [chiń. tongbao]. Problemem nie są więc Tajwańczycy bracia, tylko polityka rządzącej obecnie na wyspie Demokratycznej Partii Postępowej, której przywódców nazywa się „buntownikami dążącymi do separacji” albo „czynnikami reakcyjnymi”. Ofiarami operacji militarnej niewątpliwie byliby też cywile, a zabijanie „braci” byłoby zaprzeczeniem głównego przekazu propagandy. Dziesięciolecia wysiłków poszłyby na marne.
Gdyby jednak doszło do inwazji, to jak mogłaby wyglądać?
— Scenariusze są różne. Jeden z nich zakłada, że Tajwan niemal natychmiast się podda. Inny — że będzie bronić się na tyle skutecznie, że chińska armia nie będzie mogła tak naprawdę zbyt wiele zrobić, poza sianiem zniszczenia. Wbrew temu, co się powszechnie wydaje, Tajwan nie jest takim prostym miejscem do zdobycia.
Nie ma plaż do desantu…
— Transporty sprzętu, amunicji czy żołnierzy musiałyby najpierw bezpiecznie pokonać ponad 100 km przez Cieśninę Tajwańską wystawione na niesymetryczne ataki tajwańskie. Wody mogłyby też np. patrolować amerykańskie lub japońskie okręty. Na samej wyspie nie byłoby łatwiej, bo Tajwan jest bardzo górzysty. Nie wiadomo, jak zachowałoby się społeczeństwo tajwańskie: tak heroicznie jak Ukraińcy po pełnoskalowej inwazji czy zupełnie inaczej? Niewiadomych jest na tyle dużo, że wydaje mi się, iż Chińczycy nie mają na razie zbyt wielkiej ochoty na inwazję.
W książce pisze pan, że słyszał od znajomych z Tajwanu, że jak tylko wyczują zbliżającą się inwazję, to spakują się i uciekną z wyspy.
— Nie twierdzę, że Tajwańczycy nie broniliby swego kraju. Na wyspie nie brak organizacji, które prowadzą szkolenia obronne, starają się budować świadomość zagrożenia. Większość Tajwańczyków jest już zmęczona nieustannym eksploatowaniem przez polityków tematu chińskiej inwazji. Myślę, że przyzwyczaili się do tego, że żyją w strefie nieustannego zagrożenia, tak jak np. Koreańczycy z Południa do gróźb Korei Północnej.
Tym bardziej że na Tajwanie nie było dawno wojny…
— Jedynym tragicznym epizodem, w czasie którego strzelano do ludzi, był tzw. biały terror [okres represji politycznych, aresztowań i egzekucji w latach 1947-1987 — red.], który miał wymusić posłuszeństwo ludności wobec Czang Kaj-szeka. Siły Kuomintangu zabijały wówczas wszystkich, którzy się sprzeciwiali nowym rządom.
Ale tego nie można nazwać wojną domową.
— Kuomintang bolszewickimi metodami budował państwo autorytarne. Tajwańska armia dysponuje dość nowoczesnym sprzętem, rządzący nie szczędzą pieniędzy na zwiększenie jej potencjału obronnego, ale nie wiadomo, ile jest warta, bo nie miała okazji sprawdzić się w żadnym z konfliktów zbrojnych. Podobnie jest jednak z armią chińską.
Ostatnią wojnę Chiny stoczyły z Wietnamem w 1979 r. i nie zakończyła się ona zwycięstwem.
— Chińczycy bili się jeszcze z Indusami w Kaszmirze, ale to był konflikt na bardzo małą skalę.
Inwazja byłaby katastrofą dla światowej gospodarki, Tajwan produkuje połowę półprzewodników.
— I 90 proc. chipów logicznych najwyższej próby od 7 do 3 nanometrów. I to mimo nacisków USA, by Tajwańczycy inwestowali w ich produkcję w USA, Japonii czy Europie. Świat jest uzależniony od dostaw z Tajwanu. Amerykański koncern Nvidia, który wytwarza najlepsze chipy dla sieci neuronowych, produkuje je w tajwańskiej Taiwan Semiconductor Manufacturing Co. (TSMC). Konflikt w Cieśninie Tajwańskiej uderzyłby rykoszetem w USA, gospodarki Japonii czy Korei Południowej zaś czekałby absolutny paraliż. Z punktu widzenia gospodarki ta wojna nikomu się nie opłaca, więc mam nadzieję, że chińskie władze biorą to pod uwagę.
Dlatego jednym ze scenariuszy Xi Jinpinga jest przejęcie Tajwanu bez choćby jednego strzału, przez zacieśnianie kontaktów z Kuomintangiem, który jest bardziej otwarty na rozmowy o zjednoczeniu.
— Wybrana w listopadzie 2025 r. przewodnicząca Kuomintangu Cheng Li-wun otwarcie mówi, że trzeba rozpocząć gruntowny i szczery dialog z partnerami po drugiej stronie cieśniny, ułożyć sobie relacje z Chinami, gdyż bez tego nie ma przyszłości dla Tajwanu. Oczywiście żaden bodaj polityk z głównego nurtu tajwańskiej polityki nie mówi dziś, że Tajwan ma się zjednoczyć z Chinami, ale bardzo wielu uważa, że z Chińczykami trzeba rozmawiać, że nie wolno ich antagonizować.
Układy z Chinami źle się kończą. Weźmy choćby Hongkong.
— To prawda, Chiny totalnie się skompromitowały, jeśli chodzi o politykę „jeden kraj, dwa systemy”. A warto przypomnieć, że została ona wymyślona właśnie z myślą o Tajwanie. Przyszłość Tajwanu jako niepodległego państwa została przekreślona w 1979 r., kiedy USA, nawiązując stosunki dyplomatyczne z komunistycznymi Chinami, przestały uznawać Republikę Chińską. Dziś żaden z liczących się krajów nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z Tajpej. Ostatnia w latach 90. ugięła się pod potężną presją Pekinu Korea Południowa.
W Europie jedynie Watykan uznaje Republikę Chińską.
— Watykan chce mieć — tak jak na całym świecie — prawo do mianowania biskupów katolickich w Chinach, Pekin stanowczo się temu sprzeciwia. Utrzymywanie relacji z Republiką Chińską jest więc czymś w rodzaju zemsty Watykanu.
Czyli upraszczając, tylko państwo kościelne ma jaja, żeby się przeciwstawić Chinom.
— Watykan „ma jaja”, bo nie handluje z Chinami, a nie robi tego, bo nie musi. Inne państwa muszą.
W książce pisze pan sporo o rodzącej się tożsamości tajwańskiej. Czym różnią się Tajwańczycy od Chińczyków z kontynentu? Cywilizacyjnie, kulturowo, tożsamościowo?
— Chiny trudno sprowadzić do jednego mianownika, to ogromny kraj. Ale Tajwan w 96 proc. zamieszkany jest przez etnicznych Chińczyków, głównie potomków osadników z prowincji Fujian i Guangdong. Tylko 2,5 proc. mieszkańców to rdzenna ludność austronezyjska, zwana tajwańskimi aborygenami. A więc jeśli chodzi o kody kulturowe i zachowania, Tajwańczycy najbardziej przypominają ludzi z prowincji Fujian.
Tajwańska tożsamość zasadza się na wolnościach obywatelskich i otwartości — wartościach umacnianych od 1987 r. Bardzo ważną częścią tożsamości jest przekonanie o wyższości demokracji — a tajwański system demokratyczny jest dojrzały i wielokrotnie się sprawdził w chwilach próby. Tajwańczycy są też dumni ze swobód obyczajowych. To pierwsze państwo w Azji, które w 2019 r. zalegalizowało małżeństwa jednopłciowe. Tak więc tajwańska tożsamość rodziła się w kontrze do Chin. Tajwańczycy zwracają uwagę na to, że w odróżnieniu od Chin w ich ojczyźnie każdy może żyć tak, jak chce, uprawiać seks, z kim chce, oglądać i czytać, co chce, itd. Dla nich jest to absolutnie kluczowe. Jeśli jednak zapyta się ich, czy czują się Chińczykami, jeśli chodzi o dziedzictwo kultury chińskiej, to wielu powie, że tak.
Turyści przed Bramą Główną Placu Wolności w Tajpei, Tajwan
Foto: Andreas Arnold / EPA/PAP
W muzeach na Tajwanie jest więcej chińskich skarbów z Zakazanego Miasta, czyli zbiorów cesarzy z dynastii Ming i Qing. Na wyspie nie było rewolucji kulturalnej ani wielkiego skoku, czyli kampanii, które pustoszyły kulturowo Chiny. Co ciekawe, dzięki tym zbiorom i różnicom historycznym Republika Chińska rościła sobie prawo do bycia tymi prawdziwymi Chinami właśnie.
W 1949 r. na Tajwan ewakuowało się całe państwo chińskie w nadziei, że po pokonaniu komunistów na kontynencie władza szczęśliwie wróci znów do stolicy w Nankinie. Nadzieje okazały się płonne.
— To było marzenie Czang Kaj-szeka, który pewnie do samej śmierci w 1975 r. wierzył, że tajwańska armia przekroczy w końcu cieśninę, wykurzy komunistów i Republika Chińska znowu będzie w swoich pierwotnych granicach. W latach 70. już mało kto w to wierzył, nadzieja prysła zaś na pewno w 1979 r., kiedy USA nawiązały stosunki z Pekinem. Od tego czasu nikt na Tajwanie nie znalazł sensownej odpowiedzi na pytanie o przyszłość. Wszystkie koncepcje państwowości oscylują wokół status quo, czyli nieokreśloności — nie ogłosimy niepodległości, ale będziemy zachowywali się tak, jakbyśmy byli niepodlegli.
Trwanie w szarej strefie jest obciążone wielkim ryzykiem.
— No właśnie, a Tajwanowi udaje się tak żyć od 1949 r. Przyszłość tego kraju zależy w dużej mierze od tego, czym zakończy się rywalizacja Chin z USA, i szerzej — od tego, jak będzie wyglądać amerykańska polityka wobec Pekinu i czy Amerykanie będą starali się dalej utrzymać dominację w basenie zachodniego Pacyfiku.
Trump ma jakiś pomysł na Tajwan? Jak duże jest ryzyko, że zgodzi się, by wyspa znalazła się w chińskiej strefie wpływów? Coraz głośniej na świecie mówi się o powrocie do „koncertu mocarstw”.
— Chiny bardzo by chciały, aby Ameryka zniknęła z zachodniego Pacyfiku i Morza Południowochińskiego, ale wydaje mi się, że nawet obecna administracja na to się nie zdecyduje. Oznaczałoby to odejście od długoletniej koncepcji bezpieczeństwa, której nie kwestionował dotąd żaden z prezydentów. Z drugiej strony już nieraz przekonaliśmy się, że Donald Trump jest nieobliczalny.
Dlaczego Xi Jinping ma obsesję na punkcie Tajwanu?
— Powrót Tajwanu do Chin to dogmat chińskich komunistów, ale jeżeli spojrzeć na to historycznie, można dyskutować, czy wyspa jest nieodłączną częścią Chin.
Należał do Chin przez mniej więcej 200 lat za panowania dynastii Qing i cztery lata po zakończeniu II wojny światowej.
— Zależy, jak liczyć. Chińczycy liczą od połowy XVII w. do 1895 r., kiedy po przegranej wojnie wyspa została przekazana Japonii. Ale można też powiedzieć, że de facto była częścią cesarstwa dopiero od drugiej połowy XIX w. W 1945 r. Tajwan został odzyskany przez Republikę Chińską, ale komuniści nie postawili nigdy tam swojej stopy. Oczywiście Xi Jinping marzy, by pod jego rządami nastąpiła pełna integracja ziem chińskich. Po przejęciu Hongkongu w 1997 r. i Makao w 1999 r. został już tylko Tajwan, który dla Chińczyków z kontynentu jest raną po wojnie domowej w latach 1947-1949.
Xi Jinping przede wszystkim jednak powinien zażądać od Rosji zwrotu miliona kilometrów kwadratowych, które Cesarstwo Chińskie utraciło na mocy niekorzystnych traktatów z 1858 r. z Aigun i 1860 r. z Pekinu [chodzi o tzw. Mandżurię Zewnętrzną, historyczną krainę położoną na północ od rzeki Amur i na wschód od rzeki Ussuri — red.]. Oczywiście trudno sobie to żądanie wyobrazić, ale bardzo zaskoczyło mnie, że władze w Pekinie oficjalnie rekomendują używanie chińskiej nazwy Władywostoku — Haishenwai, co może mieć znaczenie nie tylko symboliczne. Skoro przewodniczący chce zjednoczyć wszystkie ziemie chińskie, to niech będzie konsekwentny.
Co jeszcze różni Tajwańczyków od Chińczyków z kontynentu?
— Stosunek do Japończyków, na wyspie dużo bardziej pozytywny. Nie dopuścili się oni na Tajwanie takich zbrodni jak w Chinach. Po przejęciu wyspy w 1895 r. byli kolonizatorami, z którymi Chińczycy z Tajwanu nie mieli może najlepszych relacji, ale żołnierze Czang Kaj-szeka, którzy wylądowali na wyspie cztery lata po wypędzeniu Japończyków, byli jeszcze gorsi. Dopuszczali się przemocy, łupili mieszkańców, zniszczyli lokalną gospodarkę, a wszystko to skończyło się „białym terrorem”. Wtedy pojawiła się nostalgia za profesjonalnymi rządami Japończyków, w czasie których panował porządek i wszystko było przewidywalne.
Jaki jest dziś stosunek do Czang Kaj-szeka?
— Toczy się ogromna dyskusja, co zrobić z jego dziedzictwem. Według Kuomintangu jest wciąż wielkim wodzem, któremu się należy cześć i chwała, ale wielu Tajwańczyków utożsamiających się z nowoczesnym, demokratycznym państwem uważa go za obrzydliwego dyktatora, który był odpowiedzialny za zbrodnie wobec narodu. Nie ma na razie mowy o likwidacji mauzoleum Czang Kaj-szeka w centrum Tajpej, ale część jego pomników już usunięto. Na zwiedzających czeka też wystawa poświęcona „białemu terrorowi”, więc Tajwańczykom udało się zachować równowagę w opowieści o wodzu. Sprawę komplikuje to, że w Chinach Czang Kaj-szek uważany jest za postać jednoznacznie negatywną, co skłania część Tajwańczyków do bardziej zniuansowanego stosunku do dyktatora.
Marcin Jacoby
Foto: Uniwersytet SWPS
Marcin Jacoby (ur. 1976) jest sinologiem, tłumaczem, doktorem habilitowanym nauk humanistycznych, profesorem Uniwersytetu SWPS, kierownikiem Zakładu Studiów Azjatyckich na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych Uniwersytetu SWPS z siedzibą w Warszawie





