Kandydat numer jeden: Arabia Saudyjska – gigant z problemami
Jeszcze cztery miesiące temu wydawało się, że to właśnie saudyjska monarchia jest pewniakiem do przejęcia roli regionalnego mocarstwa w niedługiej przyszłości. Saudyjczycy mieli w swoich rękach wszelkie atuty: skarbiec bez dna, potężne złoża ropy, silną jak na regionalne warunki armię, a do tego bardzo dobre relacje nie tylko ze Stanami Zjednoczonymi, ale także Chinami i Rosją.
Wojna Izraela i Stanów Zjednoczonych z Iranem nie zmieniła może wszystkiego, ale bardzo konkretnie pokrzyżowała mocarstwowe plany Rijadu. Saudowie nie ucierpieli co prawda zbyt mocno wskutek irańskich ataków, jednak koszty gospodarcze i strategiczne wojny są dla monarchii ogromne. Co więcej, spowodowane konfliktem uderzenie w saudyjski model biznesowy tylko potwierdziło wcześniejsze wnioski władz monarchii, że należy go czym prędzej zmienić.
Mogłoby się wydawać, że wskutek drastycznego wzrostu cen ropy naftowej na światowych rynkach Saudyjczykom wojna w regionie wyjdzie na zdrowie. Tylko w marcu przychody ze sprzedaży „czarnego złota” wyniosły bowiem niemal 25 mld dolarów. Rzecz w tym, że konieczność reorganizacji eksportu surowców energetycznych w połączeniu z nagłymi, nieplanowanymi wydatkami na obronność i infrastrukturę, a także subsydiami państwowymi ratującymi rynek wewnętrzny przed skutkami wojny wygenerowały potężny deficyt budżetowy. Tylko w pierwszej części roku wyniósł on 76 proc. całorocznego planu, a tylko w pierwszym kwartale zamknął się w kwocie 33,5 mld dolarów.
Jeśli dodać do tego odpływ zagranicznych inwestycji, które były absolutnie kluczowe zwłaszcza dla realizacji projektu Wizja 2030 – ma uczynić z Arabii Saudyjskiej nowoczesne państwo przyszłości, którego bogactwo nie zależy od eksportu ropy naftowej – sytuacja robi się podbramkowa. Pierwsze jej przejawy już zresztą widać.
Władze w Rijadzie mocno ograniczyły wcześniejsze plany realizowanego z bizantyjskim rozmachem futurystycznego projektu NEOM – zbudowanego od zera mega regionu i specjalnej strefy ekonomicznej. Wedle pierwotnych szacunków koszty miały wynosić 500 mld dolarów. Następnie zrewidowano je do 1,5 bln dolarów. Wskutek wojny poszybowały jednak do astronomicznej kwoty 8,8 bln dolarów, czyli 25-krotnie przewyższającej roczny budżet Arabii Saudyjskiej.
To zmusiło saudyjskie władze do radykalnych kroków i drastycznego skalowania w dół całego przedsięwzięcia. Najbardziej ucierpiał projekt The Line, czyli nowoczesnego miasta przyszłości, które miało powstać pośrodku pustyni. Wiadomo już, że zrealizowany zostanie tylko symboliczny ułamek pierwotnych planów.
Perspektywy transformacyjnej koncepcji Wizja 2030 też nie wyglądają optymistycznie. Wiele projektów zostało zarzuconych lub ograniczonych – tylko w latach 2026-30 Arabia Saudyjska zapłaci 16 mld dolarów kar umownych – a horyzont czasowy przesunął się z 2030 nawet na 2080 rok. Obecnie władze kraju skupiają się na pilniejszych przedsięwzięciach – jak EXPO 2030 czy piłkarskie mistrzostwa świata w 2034 roku.
Kandydat numer dwa: Izrael – bliskowschodni jastrząb nadal groźny
Dla rządu w Tel Awiwie potencjalne zakończenie wojny ma słodko-gorzki smak. Co prawda wskutek amerykańsko-izraelskich ataków udało się zadać Iranowi dotkliwe straty i mocno ograniczyć jego mocarstwowe aspiracje, jednak nie udało się ani obalić reżimu ajatollahów, ani doszczętnie zniszczyć potencjału militarnego Teheranu. Co więcej, Iran z wojny wychodzi geopolitycznie, ponieważ nie dał złamać się sojuszowi Stanów Zjednoczonych i Izraela, choć na przełomie lutego i marca nikt nie dawał mu najmniejszych szans.
Izrael wciąż pozostaje technologicznym i militarnym graczem numer jeden na Bliskim Wschodzie, który w obszarze powietrznych systemów obronnych, lotnictwa czy wywiadu nie ma sobie równych. Tel Awiw jest też jedynym państwem w regionie dysponującym arsenałem nuklearnym, co gwarantuje niezbędny potencjał odstraszania.
Kij ma jednak dwa końce. Chociaż Izraelowi udało się uniknąć poważnych zniszczeń wskutek irańskich ataków, to gospodarcze koszty wojny, a także całego pasma konfliktów z lat 2023-26, są potężne. Konflikt z Iranem nominalnie kosztował Izraelczyków 11,5 mld dolarów, jednak izraelska gospodarka traciła z jego powodu niemal 3 mld dolarów tygodniowo. Łatwo policzyć, że daje to 42 mld dolarów od początku marca.
Wojna uderzyła z dużą siłą w izraelskie PKB, które tylko w pierwszym kwartale 2026 roku skurczyło się o 3,3 proc. w ujęciu rok do roku. Konsumpcja spadła jeszcze bardziej, bo o 4,7 proc. Wskutek piętrzących się wydatków wojennych deficyt budżetowy poszybował do 4,9 proc., a docelowo ma zatrzymać się w przedziale 5,3-5,6 proc. Sam budżet MON na 2026 rok, wskutek pilnej nowelizacji wydatków państwa, wzrósł bowiem z około 21 do niemal 46 mld dolarów.
Ucierpiała jednak nie tylko gospodarka. Politycznie również Izrael wychodzi z wojny przeciwko Iranowi osłabiony. Relacje z państwami arabskimi, nad poprawą których pracowano w ostatnich latach, uległy drastycznemu pogorszeniu i trudno oczekiwać normalizacji w przewidywalnej przyszłości.

Sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, który jest fundamentem bezpieczeństwa Izraela, został wystawiony na ciężką próbę. Administracja Donalda Trumpa, która jeszcze pół roku temu uważała Tel Awiw za sojusznika numer jeden, dzisiaj patrzy na niego podejrzliwie i obarcza winą za wciągnięcie w nie swoją wojnę, za którą republikanie zapłacą wysoką cenę polityczną. Izrael przestał być „nietykalny”, co – paradoksalnie – może go skłonić do jeszcze bardziej nieprzewidywalnych i radykalnych działań.
Ryzykiem coraz wyraźniej dostrzegalnym w relacjach w regionie jest też potencjalny konflikt z Turcją. Ankara bardzo jednoznacznie stawia sprawę ochrony ludności sunnickiej w regionie, planuje przejąć wpływy Iranu w Syrii i Libanie, a także bez pardonu krytykuje działania Izraela w Strefie Gazy i Libanie. – Jeśli nie powstrzyma się bandytyzmu Izraela, konsekwencje poniesie nie tylko region, ale cała ludzkość – grzmiał przed kilkoma dniami turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan. Jego słowa tylko potwierdzają, że konflikt izraelsko-turecki w najbliższych latach może okazać się kluczową osią sporu na Bliskim Wschodzie.
Jakby tego było mało, pozostaje jeszcze kwestia kruchego pokoju wynegocjowanego w wielkich bólach przez Stany Zjednoczone i Iran. To właśnie Izrael jest największą niewiadomą w tym równaniu. Tajemnicą poliszynela jest, że rząd Binjamina Netanjahu nie uznaje tego porozumienia i chce kontynuować walki. Nawet jeśli pod presją Waszyngtonu na jakiś czas ograniczy się do działań zakulisowych (m.in. cyberataki, sabotaż, eliminacja kluczowych polityków i naukowców), to będzie tylko czekać na okazję, by dokończyć dzieła w starciu z Iranem.
Kandydat numer trzy: Turcja – pośrednik między Zachodem i Wschodem
Wielki chaos wywołany w regionie przez Stany Zjednoczone i Izrael bacznie obserwuje Ankara. Turcja upatruje bowiem w tym swojej szansy na przejęcie roli regionalnego mocarstwa numer jeden.
Ma ku temu sporo atutów. Największa konwencjonalna armia w regionie i druga w całym NATO (ponad 400 tys. żołnierzy zawodowych i niemal drugie tyle rezerwistów), a także potężny przemysł zbrojeniowy. Do tego sprawne balansowanie od lat między Zachodem i Wschodem, pozwalające sprawnie wykorzystywać dla własnych korzyści rolę pośrednika między dwoma światami. Wreszcie rosnące wpływy w północnej części regionu, w Syrii oraz Iraku, po dużych przemianach politycznych w obu państwach i osłabieniu w nich dominującej roli Iranu.
Droga Turcji do celu nie jest jednak usłana różami. Mocarstwowe ambicje Ankary budzą nieufność wielu państw na Bliskim Wschodzie, także tych muzułmańskich. Piętą achillesową rządzonego przez Recepa Tayyipa Erdogana państwa jest też gospodarka – ogromna zależność surowcowa od krajów Zatoki Perskiej, gospodarka mocno oparta o import, a przede wszystkim bardzo słaba lira i niebezpiecznie wysoka inflacja (32,6 proc. w maju).
Momentem próby dla Turcji może być też dalsza eskalacja napięć z Izraelem. Z jednej strony państwa Zatoki Perskiej mają bardzo chłodne relacje z Tel Awiwem, ale też nie do końca ufają Ankarze. Z drugiej strony – taka konfrontacja znów uwikłałaby Stany Zjednoczone na Bliskim Wschodzie. Waszyngton musiałby wybrać, czy staje po stronie problematycznego sojusznika, który co chwilę wciąga ich w kłopoty, czy jednego z najważniejszych partnerów w NATO.
Kandydat numer cztery: Egipt – kolos na glinianych nogach
Graczem, o którym nie można zapominać w rozważaniach o układzie sił na Bliskim Wschodzie, jest Egipt. Jego atuty? To największy ludnościowo kraj regionu – niemal 108 mln ludzi (dla porównania: Turcja – nieco ponad 86 mln; Iran – niespełna 92,5 mln) – co samo w sobie nadaje wagi głosowi, który płynie z Kairu. Zwłaszcza w świecie arabskim.
Egipt korzysta też ze strategicznie kluczowego położenia, zapewniającego mu kontrolę nad Kanałem Sueskim – fundamentalną dla światowego handlu drogą morską pomiędzy Azją a Europą, przez którą przechodzi 25-30 proc. światowego ruchu kontenerowego. Położenie Egiptu czyni go też kluczowym graczem, jeśli chodzi o stabilizację Strefy Gazy, jednego z najbardziej zapalnych rejonów globu. Wreszcie Egipt to jeden z najważniejszych partnerów USA w regionie, a także częsty mediator między zwaśnionymi stronami regionalnych konfliktów.
Rozważając wpływy Egiptu w oczy rzucają się też bardzo poważne problemy. Zwłaszcza te natury ekonomicznej. Egipt wychodzi z poważnego kryzysu gospodarczego, wciąż jest państwem głównie o niskich i średnich dochodach, a dominującymi gałęziami gospodarki są turystyka i rolnictwo. Dla bogatych państw Zatoki Perskiej nie jest konkurentem, tylko miejscem inwestycji i odbiorcą sowitych pożyczek (w obu kwestiach główną rolę odgrywają Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie).
W odróżnieniu od wielu innych państw regionu Egipt nie posiada też bogatych złóż surowców naturalnych, które musi importować od swoich regionalnych partnerów. Zależność surowcowa oraz znaczący wpływ żeglugi morskiej przez Kanał Sueski sprawiają, że Egipt mocno odczuwa gospodarczo wszelkie regionalne konflikty. Nie inaczej było z wojną w Iranie. Chociaż polityczne ambicje Egipt niewątpliwie ma, to w kontekście przywództwa na Bliskim Wschodzie ma raczej opinię kolosa na glinianych nogach.
Kandydat numer pięć: Iran – mocno poturbowany regionalny hegemon
Przed wojną Iran miał wielkie ambicje bycia mocarstwem numer jeden w regionie. Gdy Stany Zjednoczone i Izrael zaatakowały, wydawało się, że to kres wszelkich aspiracji Iranu. Teheran z wojny wychodzi jednak z tarczą – geopolitycznie wzmocniony zarówno w regionie, jak i globalnie, reżim ajatollahów utrzymał władzę, a nawet potwierdził swoją legitymację do rządzenia, po wielu latach końca dobiega międzynarodowa izolacja.
Do tego Iran wciąż utrzymuje kontrolę nad cieśniną Ormuz – jednym z najważniejszych na świecie morskich szlaków handlowych. Nadal jest też surowcową potęgą – rezerwy ropy naftowej wynoszą około 208 mld baryłek (12 proc. globalnych zasobów, to trzecie największe zasoby tego surowca na świecie).
Oczywiście wojna ma też swoje minusy. I to duże. Zniszczenia infrastruktury przemysłowej, energetycznej i wojskowej po amerykańsko-izraelskich bombardowaniach i ostrzałach rakietowych są gigantyczne. Całkowity koszt zniszczeń, wedle różnych instytucji i metodologii, jest szacowany na 140-270 mld dolarów. Odbudowa zniszczonego potencjału potrwa długie lata.
Na tym lista problemów się nie kończy. Wojna zdewastowała i tak borykającą się z poważnymi problemami irańską gospodarkę. Kurs riala do dolara całkowicie się załamał (w czerwcu 1 dolar kosztował nawet 1 375 877 riali), a inflacja szaleje i wynosi już niemal 54 proc. rok do roku. Wskutek amerykańskiej blokady morskiej irańskich portów kraju brakuje żywności, dóbr konsumpcyjnych, a nawet leków. To wszystko niesie ze sobą ryzyko poważnych niepokojów społecznych, czyli powrotu reżimu ajatollahów do problemów, z którymi musiał mierzyć się przed wojną.
Jeśli dodać do tego konieczność odcięcia irańskiego wsparcia dla tzw. Osi Oporu, czyli niepaństwowych aktorów zwalczających Izrael oraz Stany Zjednoczone, co jest jednym z punktów porozumienia pokojowego, to powojenna pozycja Teheranu staje się jeszcze trudniejsza. Mimo odparcia amerykańsko-izraelskiego naporu Iran sny o potędze na razie musi odłożyć na półkę.


