Zamiast pokoju i końca wojny jest eskalacja i niepewność co do przyszłości. Rozmowy pokojowe między Stanami Zjednoczony i Iranem najpierw utknęły w martwym punkcie, a następnie doszło do naruszenia obowiązującego od 8 kwietnia zawieszenia broni. Ostatnie dwa dni to naprzemienne wzajemne ataki sił amerykański i irańskich. Perspektywa pokoju, czy choćby rozejmu, mocno się oddaliła.
– Wczoraj mocno ich uderzyliśmy i dzisiaj uderzymy ponownie – w swoim stylu przechwalał się 10 czerwca Donald Trump.
Podczas rozmowy z dziennikarzami w Białym Domu amerykański prezydent dodał, że „zaatakujemy ich, zaatakujemy ich bardzo mocno”. Jednocześnie stwierdził, że… wcale nie jest daleko do zawarcia pokoju. Jego zdaniem, Irańczycy „powinni podpisać umowę”. Trump zapewnił przy tym, że Stanom Zjednoczonym zależy na porozumieniu, które „jest znaczące i działa”.
Kilkanaście godzin później Trump zmienił ton i w telefonicznej rozmowie z reporterem telewizji Fox News przyznał, że bombardowanie Iranu „wkrótce się zakończy”. Dlaczego? Bo, jak zdradził amerykański przywódca, poprosić go miała o to strona irańska. W rozmowie z agencją Reutera Teheran kategorycznie temu zaprzeczył. – Fałszywe twierdzenie Trumpa, że irańscy urzędnicy skontaktowali się z nim, ma służyć jako zasłona dymna, która pozwoli mu uniknąć wojny z Iranem – zapewnił przedstawiciel irańskich władz.
Ameryka pod bliskowschodnią ścianą. „To stawia nas w fatalnej pozycji”
W rozmowie z Interią gen. Ben Hodges, były dowódca generalny Armii Stanów Zjednoczonych w Europie, bardzo krytycznie ocenia podejście administracji Donalda Trumpa do działań na Bliskim Wschodzie. – Na razie ciężko wyobrazić sobie dyplomatyczne zakończenie tej sytuacji – nie ma wątpliwości.
Wojskowy wskazuje dwie kluczowe przyczyny niekorzystnego położenie Stanów Zjednoczonych. Pierwszą jest słabość ekipy negocjacyjnej oddelegowanej przez Trumpa do zajmowania się rozmowami z Iranem.
– Amerykańskimi czołowymi negocjatorami są Jared Kushner i Steve Witkoff. To deweloperzy i handlarze nieruchomości, a nie spece od dyplomacji czy geopolityki – punktuje gen. Hodges.
Podkreśla przy tym, że dysproporcja dyplomatycznego i negocjacyjnego know-how wobec delegacji irańskiej jest przygniatająca. – To stawia nas w fatalnej pozycji – ocenia surowo nasz rozmówca.
Drugą słabością administracji Trumpa jest – w ocenie gen. Hodgesa – Izrael i osobiste cele premiera Binjamina Netanjahu.
Izraelski polityk od początku drugiej kadencji Trumpa wciąga Stany Zjednoczone w konflikty z wrogami Izraela na Bliskim Wschodzie, samemu upatrując w tym szansę na utrzymanie przy władzy ultraprawicowej koalicji rządzącej po zaplanowanych na jesień wyborach parlamentarnych.
Polityczna cena tej wojny może być potężna. A prezydent już myśli o inwazji na Kubie, sali balowej i gali UFC na trawniku przed Białym Domem
– Premier Netanjahu widzi dziejową okazję na zniszczenie Hezbollahu, więc nadzieje na to, że dobrowolnie wycofa się z Libanu w ramach układu pokojowego wydają się płonne – analizuje gen. Hodges.
Wskazuje też na coraz ostrzejsze napięcia na linii Trump-Netanjahu, wynikające z coraz bardziej rozbieżnych celów politycznych obu przywódców. – Irańczycy to wszystko widzą i nie pozwolą, żeby kwestia Izraela i Libanu została wyłączona z umowy między Stanami Zjednoczonymi i Iranem. Wiedzą, że gdyby tak się stało, nikt nie powstrzyma Izraela przed dalszą eskalacją – zauważa.
Gen. Hodges przestrzega Trumpa: Polityczna cena może być potężna
Były dowódca generalny sił amerykańskich w Europie zwraca też uwagę, że Ameryce, a przede wszystkim samemu Donaldowi Trumpowi, coraz bradziej ucieka czas. – Prezydent Trump w tym momencie ma już po prostu nadzieję, że problem, który sam stworzył, wreszcie zniknie. Ale Irańczycy nie zamierzają pozwolić mu ot tak zniknąć – mówi gen. Ben Hodges.
Negatywne konsekwencje przedłużającego się konfliktu piętrzą się natomiast coraz bardziej.
Po pierwsze, Stany Zjednoczone z powodu Bliskiego Wschodu zdążyły się już skonfliktować zarówno z sojusznikami i partnerami w Europie (tych Trump obwinił o brak zaangażowania w walkę z Iranem), jak i w rejonie Zatoki Perskiej (ci mają serdecznie dosyć płacenia zwłaszcza ekonomicznych kosztów rozpętanej przez Waszyngton wojny).
– Część naszych sojuszników z rejonu Zatoki Perskiej nie wierzy już nawet w to, że Stany Zjednoczone są w stanie ich ochronić – zżyma się generał. I dodaje: – Jednocześnie zraziliśmy do siebie naszych europejskich sojuszników, których obwiniamy o to, że nie pomogli nam z wojną, którą sami wywołaliśmy. To wszystko bardzo nam szkodzi, na wielu różnych płaszczyznach.
Drugi negatywny skutek ma wymiar strategiczny.
Jak przyznaje wojskowy, wojna z Iranem obnażyła słabe punkty amerykańskiej armii i tamtejszego przemysłu obronnego. Chodzi przede wszystkim o produkcję i zapasy amunicji, bomb oraz rakiet.
– Niestety Chiny bardzo uważnie przyglądają się tej sytuacji. Mają bardzo dobre rozeznanie w tym, czego używamy na Bliskim Wschodzie i ile nam tego zostało – twierdzi gen. Hodges.

Trzeci problem ma wymiar ekonomiczny.
Wojna z Iranem poskutkowała zablokowaniem cieśniny Ormuz, co z kolei bardzo mocno uderzyło w światowe rynki energetyczne, podbijając ceny nośników energii.
Wyższe koszty życia i inflacja to jedno, ale były dowódca sił amerykańskich w Europie zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię. – Skok cen ropy naftowej na światowych rynkach przynajmniej chwilowo pomógł Rosji, która sprzedawała więcej ropy i gazu do Chin oraz Indii – przypomina.
Wzrost kosztów życia i skok inflacji przekładają się na konsekwencje polityczne. To czwarty efekt wojny, na który wskazuje nasz rozmówca. Już w listopadzie w Stanach Zjednoczonych odbędą się tzw. wybory połówkowe do Kongresu. Arcyważne z punktu widzenia układu sił na amerykańskiej scenie politycznej i całej drugiej części drugiej kadencji prezydenta Trumpa w Białym Domu.
Prezydent Trump w tym momencie ma już po prostu nadzieję, że problem, który sam stworzył, wreszcie zniknie
– Na pół roku przed nimi sprawy wyglądają tak, że ceny benzyny są najwyższe od wielu lat, a to przekłada się na ceny niemal wszystkich innych rzeczy – mówi Interii gen. Hodges. – Gdy ceny ropy idą mocno w górę, szybko odczuwamy to w zasadzie wszędzie. Rosną koszty życia, rośnie inflacja. Na końcu tego mamy natomiast prezydenta, który obiecywał rodakom, że za jego kadencji Stany Zjednoczone nie zaangażują się w żadną wojnę. Jak wyszło, właśnie widzimy – kontynuuje.
Jak mówi, wszystko to spowodowało, że nawet część republikańskich kongresmenów ma już dosyć samowolki Trumpa i nieodpowiedzialnie prowadzonej polityki. – Oni mają już dosyć. Szykują się do wyborów, a w swoich okręgach zbierają baty za politykę administracji Trumpa – zauważa generał. Na koniec przestrzega Trumpa: – Polityczna cena tej wojny może być potężna. A prezydent już myśli o inwazji na Kubie, sali balowej i gali UFC na trawniku przed Białym Domem.


