Trudno uwierzyć, że tak komiczna, skorumpowana i wulgarna osoba może mieć tak wielką, niszczycielską władzę. A jednak jest potęgą, kroczy po świecie w niewiarygodny sposób — mówi Stephen Holmes, profesor prawa na New York University.
Newsweek: Jest pan prawnikiem konstytucjonalistą, śledzi pan rozmontowywanie demokracji liberalnej. W jakiej sytuacji jest dzisiaj Ameryka?
Prof. Stephen Holmes, New York University: To jest pełzająca katastrofa i bardzo trudno wyobrazić sobie jej koniec. Tak samo jak koniec wojny z Iranem: szkody z tym związane będą miały długie życie po życiu.
Republikanie zdają się nie mieć żadnej ideologii. Przechodzą od wolnego handlu do ceł, od bycia przeciwko wojnie do jej poparcia i z powrotem. Nie mają nic poza lojalnością wobec jednej osoby, która jest całkowicie oddana niszczeniu wszystkiego, co czyniło Amerykę wielką: narusza sojusze, podkopuje działanie uniwersytetów, system edukacyjny… Symbolem stosunku Trumpa do przyszłości jest wstrzymanie finansowania badań nad nowotworami dziecięcymi. Zapytany, czy wolałby jako swojego następcę Vance’a, czy Rubio, odpowiedział: co mnie to obchodzi, będę martwy.
Ale poparcie mu spada.
— Przegrywa, jest osłabiony wojną z Iranem, ale nie dlatego, że Amerykanie szczególnie przejmowali się tym krajem. Nie sądzę nawet, by bardzo obchodziło ich to, że Trump zaprzeczył sam sobie, bo najpierw był przeciw wojnie, a potem za wojną. Ale przez nią podrożały paliwa i jedzenie, a budowa sali balowej w Białym Domu nie wywołuje wrażenia, że prezydent jest zatroskany o los zwykłych ludzi.
Kukły przedstawiające prezydenta USA i prezydenta Filipin
Foto: Reuters
Oferta dla Amerykanów, którzy go popierają, polega więc na czymś innym: nie może realnie poprawić ich życia, ale może zaatakować tych, którzy — w ich poczuciu — mają życie lepsze. Chodzi o elity Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża, ludzi kultury, wykształconych. Wyborcy Trumpa nie wierzą już politykom obiecującym im lepszą przyszłość, bo słyszeli to wiele razy i nigdy się nie spełniło. Także Trump nie poprawi ich przyszłości, ale wierzą, że zniszczy przyszłość komuś innemu.
Trump bardziej boi się wewnętrznego buntu przeciw sobie w Partii Republikańskiej, niż martwi się tym, czy republikanie wygrają wybory połówkowe. Wybiera więc pojedynczych kongresmenów, którzy w jakikolwiek sposób go kwestionują, i pokazuje, że to oznacza śmierć polityczną.
Demokraci niemal na pewno odzyskają w listopadzie Izbę Reprezentantów. Obawiam się jednak, że wpadną w pułapkę i spróbują ponownie procedury impeachmentu. Nie odniosą sukcesu, a wtedy Trump ogłosi, że został uniewinniony. Nie wierzę, że planuje unieważnienie wyborów połówkowych, ale będzie twierdził, że były sfałszowane, żeby zdyskredytować wszystko, co spróbuje robić demokratyczny Kongres. Postara się przekonać swoich wyborców i część widowni Foxa, że demokraci są nielegalni.
Trzecia kadencja Trumpa jest możliwa?
— Załóżmy, że Rubio i Vance zostają wybrani na prezydenta i wiceprezydenta. Wiceprezydent rezygnuje, Kongres zatwierdza Trumpa na jego miejsce, a potem Rubio rezygnuje i Trump zostaje prezydentem. W istocie łatwiej zrobić przewrót wojskowy, ale w tej chwili przewrotu też nie uważam za realne zagrożenie.
Jednym z dziwnych aspektów dzisiejszej polityki amerykańskiej jest za to relacja między miliarderami z Doliny Krzemowej a populistycznymi nostalgikami z MAGA. Ci pierwsi mają mnóstwo pieniędzy i powody, żeby inwestować w Trumpa, bo on także atakuje establishment. Peter Thiel nienawidzi uniwersytetów tak samo jak każdy człowiek z MAGA. Południowoafrykańska grupa w Dolinie Krzemowej — Sacks, Musk i w pewnym sensie Thiel — ma też podobną rasistowską, białosupremacyjną ideologię.
To w dużej mierze sojusz niewytłumaczalny inaczej niż przez jedną osobę: Trumpa.
— Który twierdzi, że kocha słabo wykształconych, a jednocześnie — że ma najwyższe IQ, właściwie porównywalne tylko z ludźmi z Doliny Krzemowej. Chce być jednym i drugim. Nie sądzę, żeby to przetrwało bez Trumpa.
Miał on też dotąd duże wsparcie lobby izraelskiego, a teraz jest wściekły na Netanjahu i w bardzo mocny sposób zwrócił się przeciw Izraelczykom. W prawicowych think tankach młodsi ludzie byli bardzo filosemiccy, proizraelscy, prosyjonistyczni, a teraz już Izraela naprawdę nie lubią. I nie chodzi im o zabijanie w Gazie. Częściowo to zapewne antysemityzm, a częściowo poczucie, że ogon macha psem. Myślę, że Trump sam prawdopodobnie trochę to czuł. Nigdy nie był oddany Izraelowi, ale wielu jego doradców namawiało go, żeby próbował zniszczyć Iran.
Tyle że go nie zniszczył i musiał w zasadzie skapitulować, co jeszcze w pełni do ludzi nie dotarło.
Jakie jest w Ameryce wrażenie po rozejmie z Iranem?
— Kiedy Trump stał obok generała Kelly’ego przy grobie jego syna na cmentarzu w Arlington, zapytał: „Pański syn zginął w Iraku czy Afganistanie?”. „W Afganistanie”. „I co on z tego miał?”. To bardzo typowe: „Co on z tego miał?”. Z takim nastawieniem nie można prosić ludzi, żeby szli na wojnę.
Większość Amerykanów była wobec wojny z Iranem obojętna, nie podobało im się, że znów wracamy na Bliski Wschód. Ale jedyny wpływ na większość społeczeństwa, jaki widzę, to ceny benzyny i żywności, które rosły także z powodu ceł.
W tej chwili wygląda na to, że w listopadowych wyborach do Kongresu nastąpi bardzo silne odrzucenie Trumpa, co jest dobre z wielu powodów. Ułatwia republikanom stawianie mu oporu. Ułatwia też sądom niepotwierdzanie automatycznie wszystkiego, co zrobił, bo narasta gniew wobec Sądu Najwyższego za to, że w większości spraw go wspierał.
Stephen Holmes
Foto: Photography/New York University School of Law
Istnieje alternatywa wobec Trumpa? Kto jest liderem drugiej strony?
— Kandydata prezydenckiego po stronie demokratów nie ma, ciekawym przypadkiem są jednak prawybory do Kongresu w stanie Maine. Graham Platner, hodowca ostryg, miał nazistowski tatuaż i wysyłał, będąc żonatym, wiadomości do innych kobiet. Cały demokratyczny establishment poparł go jednak, uznając, że wyborcy głosują na kandydatów nietradycyjnych, bo ci tradycyjni nie czują, że świat radykalnie się zmienił. Chcą kogoś trochę osobnego i nietypowego, jak Obama albo Trump. Nawet Elizabeth Warren czy Bernie Sanders popierają kogoś, kto kiedyś zostałby wyrzucony z partii, a dziś uchodzi za atrakcyjnego kandydata.
Śledził pan szczyt Trump — Xi?
— Istnieją oczywiste powody, by myśleć o Chinach jako głównym rywalu Stanów Zjednoczonych, tymczasem wycofujemy nasze zasoby z Azji Wschodniej — najpierw w stronę Wenezueli, potem Bliskiego Wschodu. To pokazuje, że Trump nie potrafi prowadzić poważnej gry z Chinami. Amerykańska potęga się zwija.
Czy demokraci będą w stanie to odbudować, czy ktokolwiek może jeszcze ufać Ameryce? Ludzie biznesu w Nowym Jorku, którzy z Trumpem robili interesy, a potem on ich oszukiwał, już nigdy z nim nie pracowali. Ale amerykańskie społeczeństwo zagłosowało na niego dwa razy!
Żyjemy w świecie, w którym przyszłość wydaje się coraz bardziej mglista: zmiana klimatu, możliwa kolejna pandemia, proliferacja nuklearna, roboty, AI, demografia. Wszystko to sprawia, że ludzie są niepewni przyszłości, wątpią, obsesyjnie o niej myślą. W Europie jest to bardzo silne także dlatego, że nastąpiła wielka zmiana: amerykański prezydent jest bardziej życzliwy wobec Moskwy niż Berlina. To bardzo niepokojące. Z europejskiego punktu widzenia nie widzę, jak ktokolwiek może uważać Amerykę za wiarygodnego sojusznika.
Wierzy pan w europeizację NATO? W to, że Europa może się stać globalnym graczem? Może amerykańska obojętność jej w tym pomaga?
— To musi się wydarzyć, ale jeśli Europa ma się stać militarnym państwem bezpieczeństwa narodowego, przestanie być Europą. Dziś jest zasadniczo cywilnym, zdemilitaryzowanym społeczeństwem, które ewoluowało przez dekady, łącznie z kulturą. Oczywiście nie dotyczy to w takim samym stopniu Finlandii, pewnie także Polski czy państw bałtyckich. Ale jeśli zapyta pan Portugalczyków albo Hiszpanów, czy będą stawiać czoło Rosji, odpowiedź nie będzie taka sama. Na południu Francji ludzie myślą o Algierii. Różne państwa mają różne horyzonty i różne poczucia zagrożeń.
W czasie zimnej wojny było łatwiej, bo system był dwubiegunowy. Amerykanie zajmowali się polityką zagraniczną za Europejczyków. Nie trzeba było się mierzyć z różnymi priorytetami bezpieczeństwa poszczególnych państw. Dziś to jest wyzwanie. Oczywiście Europa musi rozwinąć zdolność do obrony i musi pozostać razem, bo jeśli nie pozostanie, będzie katastrofa. Putin i inni będą manipulować Europą, rozgrywając państwa przeciw sobie.
Jest też kwestia nuklearna.
— Jeśli wycofuje się amerykański parasol i mówi: musicie pomyśleć o własnej bombie atomowej, to jest zabawa w apokalipsę. Putin też wymachuje szabelką i sugeruje, że może użyć broni nuklearnej, co jest bardzo nieodpowiedzialne. Ale działania Trumpa są groźniejsze, bo on mówi: nie będziemy was bronić, więc musicie pomyśleć o własnej broni nuklearnej. Dlatego tak groteskowe jest to, że Trump wymyślił argument, że musiał zaatakować Iran, by powstrzymać go przed zdobyciem broni nuklearnej. Prawda jest odwrotna: on zwiększa prawdopodobieństwo, że wiele państw będzie chciało mieć broń nuklearną.
Biznes często bywa cyniczny, ale sojusz big techów z Trumpem jest chyba ewenementem?
— To trochę przypomina niemiecki przemysł na początku relacji z Hitlerem. Myślano: możemy go wykorzystać do deregulacji. On nie zwraca uwagi na szczegóły, więc zlikwiduje regulacje. Przedstawiciele branży paliw kopalnych z pewnością tak myśleli. Kryptowalut także. Mają więc swoją kalkulację. Nie są zaangażowani ideowo. Czy biznes jest zaangażowany w checks and balances? Nie jestem pewien. To jednak błąd, bo podcinają gałąź przewidywalności, na której siedzą. Trump tworzy ogromną nieprzewidywalność, z której oczywiście można finansowo korzystać, obstawiając i grając na rynku.
Dzisiaj najczęściej słyszę od moich kolegów, że nie wierzą, by ich dzieci kiedykolwiek mogły mieć własny dom. To bardzo silne poczucie utraconej przyszłości. To kwestia ekonomiczna. Tak wiele bogactwa idzie na samą górę. Powstaje pokolenie z zamkniętą przyszłością. Z tego bierze się resentyment.
To pokazuje, że konstytucja, checks and balances, wybory — wszystko to zależy od pewnego rodzaju społecznego optymizmu, przekonania, że może być lepiej. To przekonanie zniknęło. Kiedy dorastałem w latach 50., Stany Zjednoczone miały około połowy światowej produkcji. Istniało silne poczucie rozwoju: będzie lepiej, wasze dzieci będą miały lepiej niż wy. To zniknęło i wytworzyło poczucie, że ktoś jest winny.
Białe, wiejskie, chrześcijańskie społeczności, w których wykształcenie kończy się na szkole średniej, czują się odcięte od wszelkich korzyści. Są pełne resentymentu i z zadowoleniem patrzą, jak Trump burzy wszystko. Czy naprawdę oczekują, że im pomoże? Nie sądzę. Czy nie wiedzą, że kłamie? Wiedzą. Czy uważają, że jest dobrym człowiekiem? Nie bardzo. Ale jest siłą destrukcji.
Trump jest prawdopodobnie najsławniejszym człowiekiem w historii ludzkości. Trudno uwierzyć, że tak komiczna, skorumpowana i wulgarna osoba może mieć tak wielką, niszczycielską władzę. A jednak jest potęgą, kroczy po świecie w niewiarygodny sposób.
Instytucje są kruche. Działają, jeśli ludzie w nie wierzą albo jeśli się nimi przejmują. Prowadzę seminarium na NYU, przychodzą do nas ludzie z Waszyngtonu, z różnych departamentów, i wszyscy mówią to samo: to, co robi Trump, jest nielegalne, ale nie można nic z tym zrobić. Prezydent nie może się wzbogacać dzięki urzędowi. To niekonstytucyjne. A on i tak to robi. Nakazuje Departamentowi Sprawiedliwości ścigać swoich politycznych wrogów. To całkowicie nielegalne, nie może tego robić. Ale robi.
W Stanach Zjednoczonych prezydentura jest zdecydowanie zbyt potężna. W systemie parlamentarnym tego problemu by nie było w takiej skali. Kiedy wybierze się prezydenta, nie można nic zrobić z tym, że sprawuje urząd przez cztery lata. A on ma wszystkie te uprawnienia.
Jako konstytucjonalista uważa pan więc, że Trump pokazuje sprzeczności amerykańskiego systemu?
— Całkowicie. Na przykład 25. poprawka pozwala usunąć gabinetowi prezydenta cierpiącego na demencję, ale autorzy poprawki zapomnieli, że prezydent może w każdej chwili odwołać wszystkich członków gabinetu. To więc nie zadziała. Jest wiele takich luk, możliwości oszustwa.
Przede wszystkim jednak amerykańska konstytucja, stworzona 250 lat temu, powstała dla świata, który dawno zniknął. Miała rozwiązywać problemy lat 1786-1788, a nie trzeciej dekady XXI w. Była aktualizowana, naginana i obchodzona. Przeżyła wojnę secesyjną, I wojnę światową, II wojnę światową, zimną wojnę.
Kongres miał być najważniejszym elementem władzy, a prezydent miał wykonywać prawo. Ale w świecie broni nuklearnej Kongres nie może naprawdę rządzić, bo jeśli ktoś atakuje USA, trzeba w pięć minut zdecydować, co robić. Nie ma innej możliwości jak stworzenie władzy wykonawczej zdolnej do podjęcia decyzji. W systemie parlamentarnym władzę wykonawczą można usunąć między wyborami. W systemie prezydenckim nie można. To wielka słabość. Prezydencjalizm jest bardziej sztywny niż parlamentaryzm właśnie dlatego, że nie pozwala usunąć władzy wykonawczej między wyborami, gdy dzieje się coś naprawdę złego.
To rodzi u prezydenta fantazje o wszechmocy. Trump oczywiście takie ma. Myśli, że nic nie może go powstrzymać, że jest jak Bóg albo Jezus. Prezydent mógłby rozpocząć wojnę nuklearną i zniszczyć planetę tylko dlatego, że dostałby tętniaka albo dowiedział się, że został mu tydzień życia. Nie powinien mieć takiej władzy.
Zapytałem jednego z najwyższych dowódców, czy armia wykonałaby rozkaz Trumpa ataku nuklearnego na Teheran. „Oczywiście — odpowiedział. — Cywilna kontrola nad wojskiem jest najważniejszą zasadą, nawet jeśli cywil jest szalony”.
To głęboki problem rządów konstytucyjnych. Wszyscy wierzymy w cywilną kontrolę nad wojskiem, ale okazuje się, że cywile mogą być obłąkani.
Do tego Sąd Najwyższy został obsadzony republikańskimi aparatczykami. Amerykański proces nominacji sędziów jest bardzo upolityczniony i wytworzył naprawdę straszny, nieuczciwy sąd. Jest zasadniczo — może nie białosupremacyjny, ale blisko tego — sądem akceptującym niszczenie reprezentacji czarnych. Luizjana ma około 30 proc. czarnej ludności, a Sąd Najwyższy zatwierdza gerrymandering, który odbiera czarnym w Luizjanie reprezentację. Jeśli ktoś troszczy się o kraj i jego przyszłość, nie robi czegoś takiego.

