Organizując wyprawy w najdalsze zakątki świata, mam jedną najważniejszą zasadę: mniej znaczy więcej. Dotyczy ona zarówno pakowania się, jak i mojego wpływu na środowisko w miejscach, które odwiedzam — mówi Mateusz Waligóra, dziennikarz, pisarz i polarnik.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Mateusz Waligóra: Wydaje mi się, że są takie miejsca, ale ja jeszcze ich nie widziałem. Nawet na Grenlandii czy Antarktydzie można znaleźć ślady ludzkiej obecności. Kiedy szliśmy z Łukaszem Superganem w 2022 r. przez Grenlandię, największą wyspę na świecie, na nartach, dokładnie przez Lądolód Grenlandzki z zachodniego wybrzeża na wschodnie, to po drodze natrafiliśmy na relikt z czasów zimnej wojny — bazę amerykańską DYE-2, pozostałość po systemie radarowym skierowanym przeciwko ZSRR. I kiedy natykasz się na coś takiego pośrodku lądolodu, to zdajesz sobie sprawę z tego, że ludzie wpakowali się już chyba absolutnie wszędzie.

— Antarktyda jest jedynym kontynentem, na którym ludzie nie żyją na stałe. Są tam tylko bazy naukowe. Turystyka na Antarktydzie z roku na rok staje się coraz bardziej popularna. Nie tylko ta na małych jachtach wyprawowych czy na dużych statkach turystycznych, takich pływających galeriach handlowych, ale też turystyka indywidualna. Ludzie pod wpływem społecznej presji, aby czegoś dokonać i coś osiągnąć, szukają kolejnych celów. Zdobyli już Koronę Ziemi, więc może teraz biegun? Mają na to pieniądze, ale nie dość umiejętności, aby przebyć odległość od krawędzi kontynentu do bieguna. Dlatego decydują się na oferty komercyjne — dolatują małymi samolotami na 89. równoleżnik, skąd rozpoczynają marsz do bieguna. Tych ludzi jest coraz więcej, wprowadzono więc restrykcyjne zasady, jak się tam zachowywać.

— Podstawowa zasada polega na tym, że wszystkie swoje nieczystości zabierasz ze sobą. Nie mówię tutaj o drobnych śmieciach, które ci upadną, czy papierkach po cukierkach, ale także o odchodach. Natomiast kiedy chce ci się sikać, to powinieneś wykopać dziurę albo jakiś otwór, załatwić swoją potrzebę do tego otworu, a następnie zasypać go tak, aby ślady nie były widoczne. Jeśli się ich nie zakopie wystarczająco starannie, to wiejące na płaskowyżu antarktycznym huraganowe wiatry sprawią, że w kolejnym roku te ślady będą na powierzchni. Piloci niewielkich samolotów typu Basler albo Twin Otter opowiadali mi, że dzisiaj o tym, że zbliżają się do bieguna, świadczy właśnie widok wielkich plam moczu. I ja je również widziałem w czasie marszu do bieguna. Kiedy dotarłem do 89. stopnia, mogłem ograniczyć nawigację za pomocą kompasu na rzecz śladów zostawionych przez ludzi. Można powiedzieć, że okolica bieguna południowego jest zasikana przez ludzi, na szczęście nadal w mniejszym stopniu niż Mount Everest.

— Muszę powiedzieć, że te przekazy są nieco wypaczone. Zdjęcia tych ludzkich kolejek na linach robione są w czasie bardzo krótkiego okna pogodowego pozwalającego na atak szczytowy, dlatego rzeczywiście jest tam wówczas dużo ludzi. Ale oprócz stania w kolejce, będąc przypiętym do liny poręczowej na ścianie Lhotse, przez którą przechodzi się, aby wejść na szczyt Everestu, zdarzają się też dni, kiedy czujesz się jedynym człowiekiem na świecie. Dzieje się tak, gdy nagle pojawia się gęsta mgła. Bywały dni, kiedy czułem, że jestem na tej górze całkowicie samotny.

— To nie jest tak, że Everest jest cały zawalony śmieciami. Od kilkunastu lat działa tam organizacja o nazwie SPCC (Sagarmatha Pollution Control Committee), której zadaniem, oprócz ubezpieczenia najtrudniejszego odcinka drogi — lodowca Khumbu — jest sprzątanie. Przedstawiciele organizacji sprzątają między innymi obóz drugi, w którym jest dużo śmieci, ale tam czeka się na właściwe okno pogodowe przed wejściem na sam szczyt, więc obecność ludzi jest duża. Zupełnie inna sytuacja jest w obozie czwartym na Przełęczy Południowej. Jest bardzo wysoko, bardzo zimno i wietrznie. Zostawiony tam rozszarpany namiot bardzo szybko przymarza do podłoża i później jest już nie do wyrwania z tego lodu. Ludzie z SPCC mówią, że Przełęcz Południowa nigdy nie zostanie posprzątana, bo to jest niewykonalne. Najważniejsze jednak, że w każdym sezonie mniej lub bardziej sprzątane są obóz drugi i baza.

— Bo są położone na lodowcu Khumbu, z którego bierze swoje źródło wiele rzek płynących przez całą dolinę u podnóża góry. Dolina Khumbu prowadzi pod Mount Everest i wypełniają ją turyści — ci wszyscy trekkerzy, którzy chcą choć zobaczyć tę i inne góry. Wioski funkcjonują dzięki wodzie, która wypływa z lodowca. Jeśli zostaną na nim śmieci, to strumienie i rzeki zostaną skażone. Skutki łatwo sobie wyobrazić.

— To jest osobna kwestia. Nepal jest krajem rozwijającym się, i to dosyć wolno, więc dopiero zaczynają być wprowadzane zasady, które obowiązują na innych najwyższych górach świata. Na Mount Vinson na Antarktydzie, Denali w Ameryce Północnej czy Aconcagua w Ameryce Południowej dostajesz przy wejściu do parku narodowego worek na odchody i śmieci, z którego musisz się później rozliczyć. Natomiast na Evereście takie zasady zaczęły obowiązywać dopiero od sezonu, w którym tam byłem, czyli od roku 2024. I to wszystko było na słowo honoru. Ja tego worka na oczy nie widziałem, miałem swój. Wydaje mi się, że jeszcze długa praca przed nepalskimi władzami, aby minimalizować wpływ masowej turystyki wspinaczkowej na Mount Everest.

— Podstawowa zasada to oczywiście zabieranie ze sobą wszystkich śmieci, zasada „zero śladów”. Ale częstym problemem jest też różnego rodzaju rozdawnictwo.

— Właśnie. Albo cukierków. Bierzemy je, bo przecież te dzieci są takie obdarte, zasmarkane i mają dziurawe sweterki, więc biedne. A jeśli biedne, to na pewno nie mają cukierków. Widziałem wielokrotnie, jak dzieciaki z obojętnością patrzyły na kolejne łakocie albo długopisy, bo mogłyby otworzyć lokalny sklep z przyborami szkolnymi — tyle tego mają. One bardzo często są wysyłane przez rodziców, żeby żebrały o pieniądze, te cukierki im na nic. Poza tym, dając im słodycze, trzeba zdawać sobie sprawę, że najbliższy dentysta może być w odległości setek kilometrów.

— Nie, nie chcę mówić ludziom, co im wolno robić, a czego nie. Nie nakazuję „nie dawajcie cukierków, nie dawajcie długopisów”. Nikt nie lubi być pouczany. Mówię, że ja nie rozdaję ani jednego, ani drugiego, bo chcę, żeby to sprowokowało ich do rozmyślania na ten temat, ale jednocześnie, żeby tę decyzję podjęli sami. Świadomie. Najlepsze, co możemy zrobić w takiej sytuacji, to poświęcić swój czas. Zagrać z tymi dzieciakami w piłkę lub inne gry. Ale to wymaga wysiłku i większego poświęcenia niż bezmyślne rozdawnictwo.

— Mam taką zasadę, która dotyczy całości moich wypraw: od wyboru celu, przez pakowanie i przygotowanie, po obecność na wyprawie i jej przeżywanie. I to są proste słowa: mniej znaczy więcej.

Zabieram ze sobą jak najmniej rzeczy, a w tych, które pakuję, wycinam nawet metki, żeby ograniczyć ich wagę. Dzięki temu na przykład mogłem na moje 130-kilogramowe sanie na Antarktydzie spakować aż 80 deko więcej jedzenia. Sprzęt, który zabieram, musi być łatwy do naprawienia w terenie. Staram się dokonywać odpowiedzialnych zakupów, nie zwracając uwagi na modę. Był taki czas, kiedy wszyscy kupowali żółte kurtki puchowe, bo dobrze wyglądały na Instagramie. Teraz ich rolę przejęły opinające legginsy. Już na etapie przygotowań do wyprawy mamy wpływ poprzez swoje wybory konsumenckie w sklepach turystycznych na ochronę środowiska.

— To prawda, wiele marek mówi o tym, że są proekologiczne, bo sadzą drzewa, ale jednocześnie co sezon wymieniają całą kolekcję, bo zmienia się moda na kolor. Niewielu jest producentów — choć przyznaję, że są — którzy projektują swoje rzeczy tak, że jak ci pęknie taka gumka regulująca na dole, to możesz to sobie wymienić na własną rękę, zamiast lecieć do sklepu po nową kurtkę. Zwracam uwagę na takie sprawy podczas przygotowań do podróży.

— Przez ostatnie trzy lata zastanawiałem się, jaką dalszą drogę zawodową obrać, mierząc się z tymi dylematami. Doszedłem do wniosku, że po pierwsze, organizowanie wypraw to coś, na czym znam się najlepiej, a po drugie, coraz więcej ludzi będzie chciało ruszyć na północ. I jeżeli nie ja im to zorganizuję, to będą to robiły inne firmy komercyjne. Ale prowadząc firmę Polaris Explorers, będę mieć choćby minimalny wpływ na to, co dzieje się w Arktyce czy Antarktyce, w błyskawicznie rozwijającym się tam — co widać na przykładzie choćby Grenlandii — przemyśle turystycznym. Jeśli mogę mieć wpływ na to, aby osoby, które pojadą ze mną na wyprawę, minimalizowały pozostawiane po sobie ślady, to jest to już dla mnie dobry powód, aby się temu poświęcić.

*Mateusz Waligóra specjalizuje się w trekkingowych wyprawach ekstremalnych i arktycznych. W 2018 r. jako pierwszy człowiek w historii samotnie przeszedł mongolską część pustyni Gobi. W 2023 r. również samotnie przebył Antarktydę, docierając do bieguna południowego. W ubiegłym roku zdobył Mount Everest, rozpoczynając wędrówkę na poziomie oceanu. Założyciel biura wypraw polarnych Polaris Explorers

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version