Wołodymyr Zełenski, który nieco ponad rok temu usłyszał od Donalda Trumpa, że w konflikcie z Rosją nie ma kart, pokazał, że nie stracił satyrycznego pazura. Upokorzył Rosję i Władimira Putina, wydając rozporządzenie, w którym zezwolił na organizację obchodów 9 maja na placu Czerwonym i wyłączył ten obszar z potencjalnych ukraińskich ataków na rosyjskie terytorium.

Obchody 9 maja, czyli Dnia Zwycięstwa nad faszyzmem przez Armię Czerwoną i towarzysząca temu świętu militarystyczna mitologia stały się w putinowskiej Rosji głównym rytuałem spajającym społeczeństwo i władzę. W symbolicznym wymiarze to, co Rosjanie nazywają „specjalną operacją wojskową”, czyli agresja na Ukrainę, miało być przedłużeniem triumfu z 1945 roku. Kreml deklarował bowiem jako cel agresji „denazyfikację” i „demilitaryzację” rzekomo panującego nad Dnieprem „kijowskiego reżimu”.

Jednak w piątym roku wojny przeciwko Ukrainie, która trwa już dłużej niż wojna ZSRR z hitlerowskimi Niemcami, w Rosji gaśnie nadzieja na triumf i coraz częściej wybrzmiewa, jeśli nie defetyzm, to co najmniej głęboki pesymizm wynikający z oceny zarówno sytuacji na froncie, jak i wewnętrznej sytuacji w kraju. A tegoroczne, nad wyraz skromne obchody 9 maja, organizowane w atmosferze panicznego lęku przed ukraińskimi atakami to dobra ilustracja panujących w Rosji obecnie nastrojów i narastającego niemal na każdym polu kryzysu.

Kiedy na początku maja pojawiły się informacje, że w tegorocznej paradzie nie będzie prezentacji sprzętu wojskowego, a uroczystości w centrum Moskwy będą wyjątkowo krótkie, stało się jasne, że Putin się po prostu boi. Ukraińskie drony coraz śmielej atakują cele na terytorium Rosji. W kwietniu przez wiele dni płonął terminal naftowy w czarnomorskim Tuapse, wywołując w mieście i okolicy katastrofę ekologiczną. Bezzałogowce ukraińskiej armii po raz pierwszy sięgnęły miast na Uralu. W ostatnich tygodniach dolatywały do Permu, Jekaterynburga i Czelabińska. Do coraz większej liczby Rosjan zaczyna docierać, że wojna z Ukrainą nie jest jakimś odległym wydarzeniem, które pozostaje bez wpływu na ich codzienne życie, a staje się realnym zagrożeniem. Nie tak się z nimi umawiał Putin, kiedy nad ranem 24 lutego 2022 roku tłumaczył cele „specjalnej operacji wojskowej”.

Wiele wskazuje na to, że prezydent Rosji zaczął kompletnie ignorować nastroje rosyjskiego społeczeństwa, bo pogrąża się w paranoicznym lęku o swoje własne bezpieczeństwo i ta kwestia spędzała mu sen z powiek w przededniu 9 maja. Ostatecznie Kreml wpadł na pomysł, że jednostronnie ogłosi zawieszenie broni na czas obchodów Dnia Zwycięstwa, a wyegzekwuje je w ten sposób, że zagrozi Ukrainie masowymi nalotami na centrum Kijowa, jeśli ta nie zastosuje się do rosyjskich postanowień. Jednak rosyjska dyplomacja musiała działać szerzej, skoro jako gwarant trzydniowego rozejmu wystąpił Donald Trump. W środowiskach tzw. Z-patriotów, czyli radykalnych apologetów wojny nie tylko z Ukrainą, ale z całym Zachodem, wywołało to gniew i oburzenie, że potrzebna jest protekcja zza oceanu, by w Moskwie odbyły się planowe uroczystości. Kolejne upokorzenie przyszło wraz z rozporządzeniem Wołodymyra Zełenskiego, w którym ten zezwala na organizację obchodów 9 maja na placu Czerwonym i wyłącza jego obszar z potencjalnych ukraińskich ataków na rosyjskie terytorium. Swoją decyzję Zełenski motywuje względami humanitarnymi i licznymi prośbami, które do niego docierały.

Zełenski, który nieco ponad rok temu słyszał od prezydenta USA, że w konflikcie z Rosją nie ma kart, pokazał, że mimo prezydentury doby wojny, nie stracił satyrycznego pazura.

Szeroko komentowane rozporządzenie ukraińskiego prezydenta, w Rosji odczytane — słusznie — jako jawna kpina, to jednak coś więcej niż udany trolling. To dobry przykład informacyjnej i psychologicznej przewagi, którą odzyskuje Ukraina na tle coraz skuteczniejszych nalotów dronowych na terytorium Rosji.

Tak jak zapowiadano, na plac Czerwony nie wyjechał w tym roku żaden ciężki sprzęt wojskowy, którym Rosja tak bardzo lubiła się chwalić z okazji Dnia Zwycięstwa, budując w ten sposób przekonanie świata o swojej militarnej potędze. Zamiast prezentacji na żywo pokazano propagandowe wideoklipy z czołgami i rakietami. W tegorocznej paradzie, którą odbierał Władimir Putin, przeszła jedynie piechota. Kreml tłumaczy, że okrojone uroczystości wynikają z tego, że nie jest to okrągła rocznica. Internet zaś żartuje, że ubogie kadry z centrum Moskwy pokazują, że demilitaryzacja faszystowskiego reżimu jednak się Putinowi udała.

Obok rosyjskiego prezydenta w loży honorowej siedziało zaledwie kilku zagranicznych przywódców — lojalny Rosji Alaksandr Łukaszenka, prezydenci Kazachstanu, Laosu, Malezji oraz liderzy wspieranych przez Rosję, nieuznawanych republik kaukaskich — Abchazji i Osetii Południowej. Skład tegorocznej delegacji odzwierciedla status Rosji na arenie międzynarodowej. Choć formalnie Kreml wciąż ma wielu sojuszników, to większość z nich zrozumiała, że wydrenowana przez wojnę z Ukrainą Rosja nie ma im zbyt wiele do zaoferowania. Nie była w stanie ani wesprzeć Nicolasa Maduro, ani zapobiec śmierci ajatollaha Chamenei, traci przyczółki w Ameryce Południowej, Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Uroczystości trwały zaledwie 45 minut. Centrum rosyjskiej stolicy zostało zamknięte, obchody odbywały się bez udziału publiczności. Puste ulice udokumentował fotoreporter Aleksandr Gronskij z kolektywu Biereg. Atmosfera jego zdjęć bliższa jest postapokaliptycznej dystopii niż radosnemu świętu. Władze zamiast formuły uczestnictwa na żywo, zaproponowały moskwiczanom udział wirtualny, czyli oglądanie transmisji. Ale i tu pojawił się zgrzyt, bo ze względów bezpieczeństwa, a jakże, na wiele godzin wyłączono w Moskwie sygnał internetu mobilnego.

Coraz częstsze i bardziej rozległe blokady internetu w połączeniu z cenzurą poszczególnych serwisów, przede wszystkim komunikatora Telegram, stały się wiosną 2026 roku symbolem narastającej na Kremlu paranoi i jednocześnie źródłem społecznego niezadowolenia. Rosyjskie służby dążą do ograniczania internetowej swobody, bo obawiają się, że rozbudowane systemy cyfrowe zostaną zhakowane i wykorzystane przez wrogów Rosji przeciwko niej. Długotrwałe blokady sygnału w Moskwie przypadły na okres po zabiciu ajatollaha Chamenei, w czym miał pomóc dostęp izraelskich służb do systemu ulicznych kamer w Iranie. Ale Rosjanie są coraz bardziej rozgniewani, bo w trosce o własne bezpieczeństwo Kreml ogranicza możliwości komunikacji i zarobku. Blokady sygnału to problemy z dostępem do sklepów internetowych, świadczonych za pośrednictwem internetu usług i przede wszystkim — płatności.

Cenzura konkretnych serwisów doskwiera już nie tylko zwykłym Rosjanom i zarabiającym na nich influencerom, ale też samej władzy. Według informacji zdobytych przez dziennikarzy niezależnych rosyjskich mediów, dążenie Federalnej Służby Bezpieczeństwa do skutecznej blokady Telegramu wywołuje niepokój w tzw. politycznym bloku Kremla, który odpowiada za utrzymanie stabilności systemu społeczno-politycznego. Jesienią system ten czeka test w postaci wyborów do Dumy i na Kremlu słusznie obawiają się, że dokręcanie śruby w internecie pozbawi ich narzędzi kontroli, a co ważniejsze, socjotechnicznej manipulacji, na której dotychczas opierał się reżim. Blok „cywilny”, na którego czele stoi Siergiej Kirijenko, czyli szef kremlowskiej administracji, próbuje więc na różne sposoby przekonać Putina, że nie jest to dobra droga i liczą, że ten wpłynie na „siłowików”, by wycofali się z blokad i zakazów.

Do takich sposobów zaliczane jest krytyczne wystąpienie celebrytki Wiktorii Boni, która na zakazanym w Rosji Instagramie przekonywała, że między Putinem a narodem rosyjskim wyrósł gruby mur, otwarta krytyka Putina wyrażana przez prokremlowskiego blogera i aktywistę Ilję Remiesło, czy nawet ostatnie sondaże opinii publicznej, publikowane przez państwowy ośrodek badawczy. Wynika z nich bowiem, że popularność i zaufanie do Putina w rosyjskim społeczeństwie spada. Intryga miałaby tu polegać na tym, że Kirijenko, który posiada faktyczną kontrolę nad tym, jakie dane publikują państwowe sondażownie, próbuje tę metodę wykorzystać, by zmusić Putina do refleksji nad tym, skąd biorą się spadki i jak można poprawić wyniki. Ale Putin zdaje się być głuchy na wszystkie te argumenty. Pod koniec kwietnia na posiedzeniu rządu powiedział, że jeśli blokady internetu wynikają ze względów bezpieczeństwa, np. działań operacyjnych, które mają na celu zapobieganie atakom terrorystycznym, to bezpieczeństwo zawsze będzie priorytetem.

Choć propaganda jest Putinowi wierna, to z najbardziej otwartą i zdecydowaną krytyką władz występują teraz środowiska Z-patriotyczne, czyli apologeci putinowskiej wojny przeciwko Ukrainie. Rosyjskiej armii nie wystarcza bowiem zasobów, by dokonać przełomu na froncie i nikt już chyba nie wierzy w to, że w 2026 roku Rosjanie wyprowadzą skuteczną ofensywę. Z-patrioci mają pretensje do władz o słabe zarządzanie, korupcję i brak zdecydowanych kroków, np. ogłoszenia powszechnej mobilizacji czy totalnego przestawienia gospodarki na cele wojenne. Od dawna mówi się w tym środowisku o konieczności zawarcia rozejmu.

Oczywiście nie po to, by zapanował trwały pokój, a po to, by był czas na przegrupowanie i uderzenie na Ukrainę z nową siłą. Ale ostatnio i ta narracja przygasa. Zastępuje ją gorzka refleksja, że Rosja ugina się pod ciężarem wewnętrznych problemów i zamiast wszczynać wojnę w sąsiednim kraju, powinna na początku zrobić porządek u siebie — zwalczyć korupcję, postawić na rozwój technologii, zadbać o gospodarkę, która pogrąża się w kryzysie. Putin w ostatnich latach wielokrotnie powtarzał, że sankcje na Rosję nie działają, a jej gospodarka zamiast się kurczyć, po 2022 roku zaczęła szybko rosnąć. Tyle, że ten model rozwoju oparty był o państwowe inwestycje przeznaczone na przemysł wojskowy i w miarę jak ubywało pieniędzy w państwowej kasie, zaczął się zacinać. W 2026 roku rosyjski budżet odnotowuje rekordowe deficyty, o problemach gospodarki – inflacji, wysokich stopach procentowych, deficycie kadr – otwarcie mówią zarówno przedstawiciele biznesu, jak i szefowie państwowych spółek. Nawet Putin przyznał, że gospodarka ma trudności, ale dodał, że wynika to z uwarunkowań sezonowych. Tak, jakby to pogoda albo pora roku, a nie wojna, niezawodnie występująca pod etykietą „bezpieczeństwa”, pochłaniały połowę budżetu kraju.

Na tym tle rodzi się wrażenie, że w Rosji rośnie społeczne niezadowolenie, a w elitach przebiega rozłam. Wyraźnie podzieliły się na blok polityczno-gospodarczy, który nie jest zainteresowany kontynuacją wojny, zamiast tego szuka stabilizacji i normalizacji oraz blok siłowy, który wojną się karmi i działa w logice zaostrzania represji. Co jednak istotniejsze, coraz częściej można spotkać się z opinią, że Putin przestał kontrolować sytuację i nie wypełnia już funkcji arbitra, równoważącego interesy różnych grup władzy. Taka teza szczególnie mocno wybrzmiewa w tekście opublikowanym przez The Economist. Redakcja twierdzi, że jego anonimowym autorem jest były wysoki rangą urzędnik kremlowskiej administracji. Według niego Putin zaprowadził kraj w ślepy zaułek i nikt nie wie, co w tej sytuacji robić i co będzie dalej. Z sytuacji nie ma dobrego wyjścia, każde kolejne posunięcie może tylko pogorszyć sytuację Rosji i samego reżimu.

Co roku 9 maja na placu Czerwonym putinowska Rosja organizowała zmasowaną projekcję siły i słuszności. Siła opierała się na przeświadczeniu, że Rosja dysponuje drugą armią świata, a jej tradycje sięgają Armii Czerwonej, która pokonała potężnego hitlerowskiego przeciwnika, więc rosyjska armia „może powtórzyć”. Słuszność opierała się na równaniu, z którego wynikało, że skoro raz pokonaliśmy faszystów, to sami faszystami być nie możemy, faszystami zawsze są nasi wrogowie. Dzień Zwycięstwa 2026 przejdzie do historii jako dzień porażki i symbol bankructwa, zarówno siły, jak i słuszności budowanych na mitologii tzw. wielkiej wojny ojczyźnianej.

Na konferencji prasowej tego samego dnia Putin powiedział, że jego zdaniem wojna zbliża się ku końcowi, a on jest gotów spotkać się z Wołodymyrem Zełenskim. To słowa, które dziś najbardziej chcą usłyszeć Rosjanie. W Ukrainie nikt w nie specjalnie nie wierzy, a amerykańscy pośrednicy przyznają szczerze, że negocjacje utknęły w martwym punkcie. Putin nigdy publicznie nie odżegnał się od celów wojny, rosyjska strona nalega na przekazaniu jej całości terytoriów Donbasu. Wśród zdjęć Moskwy z 9 maja, których autorem jest wspomniany Gronowski, jedno przedstawia ekrany, na których trwała relacja z obchodów na placu Czerwonym. W kadr trafił cytat przemawiającego Putina: „Naród rosyjski jest w stanie znieść wszystko i pokonać wszelkie trudności”.

Rosyjski prezydent wciąż zdaje się wierzyć, że dla jego imperialnych rojeń Rosjanie poświęcą wszystko — życie, dobrobyt, stabilność i prawo do swobodnego scrollowania. Rosjanie nie są już tego tacy pewni.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version