Zdaniem psycholożki Meg Jay decyzje podejmowane między 20. a 30. rokiem życia w największym stopniu wpływają na naszą przyszłość. „Spotkałam masę młodych dorosłych, którzy stracili zbyt wiele lat przez brak jasnego kierunku i konkretnych planów” — pisze autorka. Publikujemy fragment jej książki „Decydująca dekada. Dlaczego czas między 20. a 30. rokiem życia jest tak ważny i jak najlepiej go wykorzystać”
Kiedy Kate rozpoczęła terapię, od roku pracowała jako kelnerka i mieszkała — oraz pozostawała w konflikcie — ze swoimi rodzicami. To ojciec umówił ją na pierwszą wizytę, obydwoje zakładali, że to kłopoty na linii ojciec–córka uwidocznią się szybko i wyjdą na prowadzenie jako pierwsze.
Mnie jednak uderzyło co innego: oto Kate marnowała swoje młode lata. Pochodziła z Nowego Jorku, obecnie miała dwadzieścia sześć lat, mieszkała w Virginii i jeszcze nie zrobiła prawa jazdy, choć to znacznie ograniczało jej możliwości zawodowe i wtłaczało w rolę pasażerki we własnym życiu. Z tego braku bezpośrednio wynikały także jej częste spóźnienia na terapię.
Kate skończyła studia i bardzo chciała na własnej skórze doświadczyć zamaszystej swobody życia po dwudziestce — gorąco kibicowali jej w tym rodzice. Mama i tata wzięli ślub zaraz po zakończeniu edukacji, bo chcieli pojechać razem do Europy, a wtedy — na początku lat siedemdziesiątych — rodziny nie pochwalały takich akcji przed ślubem. Przeżyli miesiąc miodowy we Włoszech i wrócili z dzieckiem w drodze. I tak tato Kate zaczął robić aktywny użytek ze swoich uprawnień księgowego, podczas gdy jej mama zajęła się wychowywaniem czwórki dzieci, z których Kate była najmłodszym.
Dziewczyna spędziła swój czas po studiach, starając się nadrobić to, czego nie mieli szansy doświadczyć jej rodzice. Spodziewała się, że to będzie najlepszy czas w jej życiu — a zdominował go stres i silne lęki. „Życie po dwudziestce okazało się paraliżujące” — opowiadała. „Nikt mnie nie uprzedził, że będzie tak ciężko”.
Kate wypełniła umysł dramatami osoby dwudziestoparoletniej, by nie musieć zajmować się tym, co naprawdę działo się w jej życiu — i najwyraźniej to samo próbowała osiągnąć w terapii. Gdy przychodziła na sesję, zrzucała baleriny, podciągała dżinsy i zaczynała opowiadać o swoim weekendzie. Nasze rozmowy, przerywane ćwierkotem powiadomień w telefonie, często uzupełniały elementy multimedialne — zdjęcia czy cytaty z SMS-ów. Gdzieś pomiędzy wierszami opowieści o weekendach dowiedziałam się, że: Kate rozważała pracę w fundraisingu i miała nadzieję, że pozna swoje zawodowe plany przed trzydziestką. „Bo trzydzieści to nowe dwadzieścia” — powiedziała.
W tym momencie musiałam zabrać głos. Podchodzę do problematyki związanej z trzecią dekadą życia ludzi z pasją zbyt dużą, by pozwolić Kate czy dowolnej innej osobie w tym wieku zmarnować ten czas. Jestem psycholożką kliniczną specjalizującą się w rozwoju człowieka i spotkałam masę młodych dorosłych, którzy zbyt wiele lat życia stracili przez brak jasnych perspektyw. Co gorsza, nieobecność jasnej wizji na tym etapie niesie ze sobą dalsze, bolesne konsekwencje, których osoby te doświadczają w wieku trzydziestu czy czterdziestu lat — na gruncie zawodowym, związkowym, ekonomicznym, reprodukcyjnym.
Polubiłam Kate i chciałam jej pomóc, dlatego poprosiłam, by zadbała o punktualne przychodzenie na sesje. Przerywałam jej opowieści o weekendowych zabawach i dopytywałam, jak jej idzie kurs na prawo jazdy czy szukanie pracy. Przede wszystkim jednak koncentrowałyśmy się na tym, co jest dla niej najważniejsze w terapii — i w obecnej dekadzie życia.
Kate zastanawiała się na głos, czy lepiej spędzić kilka lat w gabinecie, próbując poukładać sobie doświadczenia z dzieciństwa, czy lepiej wydać te same pieniądze i czas na bilet na pociąg Eurail Pass i wyruszyć w podróż w poszukiwanie siebie. Ja nie opowiedziałam się za żadną z tych emocji. Zaznaczyłam przy tym Kate, że choć większość znanych mi terapeutów zgadza się z przypisywanym Sokratesowi stwierdzeniem, że „życie bezmyślne nie jest warte życia”, to w jej przypadku większe zastosowanie ma inne, mniej znane, autorstwa amerykańskiego psychologa Sheldona Koppa: „Życie nieprzeżyte nie jest warte rozmyślań”.
Wyjaśniłam, że z mojej strony nieodpowiedzialnością byłoby siedzenie i bierne obserwowanie, jak najbardziej formatywne lata przepływają Kate przez palce. Nierozsądne byłoby skupienie się na przeszłości dziewczyny, wiedząc, że zagrożona jest jej przyszłość. Niesprawiedliwe wydawało się poświęcanie uwagi weekendom, skoro to w tygodniu czuła się tak źle. Poza tym instynktownie czułam, że relacja Kate z ojcem nie będzie mogła się zmienić, dopóki nie pojawi się w niej jakiś nowy element.
Po pewnym czasie od tych rozmów Kate znów opadła na kanapę w moim gabinecie. Była pobudzona, na skraju łez — niepodobna do siebie — wyglądała przez okno i nerwowo machała nogami, jednocześnie opowiadając o niedzielnym brunchu, który zjadła w towarzystwie czterech kumpeli ze studiów. Jedna z nich dopiero co wróciła z Grecji, gdzie zbierała nagrania kołysanek na potrzeby swojego doktoratu. Inna przyprowadziła na spotkanie swojego narzeczonego. Młode kobiety usiadły do stołu, Kate rozejrzała się i poczuła, że jest ze wszystkim do tyłu.
Chciała mieć to, co miały koleżanki — pracę, cel w życiu, chłopaka — i resztę dnia spędziła na poszukiwaniach online. Większość ogłoszeń o pracę (i facetów na portalach randkowych) nie wzbudziła jej zainteresowania. Ci, którzy wpadli jej w oko, wydawali się poza jej zasięgiem. Kate położyła się spać z niejasnym poczuciem, że została zdradzona.— Połowa trzeciej dekady życia już za mną — zauważyła. — Siedząc w tamtej restauracji, zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam nic, co mogłabym pokazać światu. Sensownego CV. Związku. Nie wiem nawet, co ja właściwie robię w tym mieście. — Sięgnęła po chusteczkę i zaczęła szlochać. — Naprawdę kupiłam tę historię, że trzymanie się jasnej ścieżki jest przereklamowane. Żałuję, że nie działałam… sama nie wiem… bardziej celowo.
Dla Kate nie było jeszcze za późno, ale nadeszła najwyższa pora, by brać się do roboty. Gdy kończyłyśmy terapię, dziewczyna mieszkała osobno, miała prawo jazdy, nieźle zapowiadającego się chłopaka i pracę na stanowisku fundraiserki w organizacji pozarządowej. Poprawiły się też jej stosunki z ojcem. Podczas ostatnich wspólnych sesji Kate podziękowała mi, że pomogłam jej nadrobić zaległości. Dodała, że w końcu czuje, jakby żyła „w swoim czasie”.
Lata między dwudziestką a trzydziestką są jak najbardziej prawdziwe i należy im się traktowanie ich poważnie. Freud powiedział kiedyś: „Miłość i praca, praca i miłość… nie ma nic poza tym”, z czym się zgodzę, a do tego podkreślę, że obecnie te kwestie nabierają kształtu na późniejszym etapie życia niż kiedyś.
Gdy rodzice Kate mieli tyle lat, co córka, przeciętna osoba w wieku dwudziestu jeden lat była już po ślubie i opiekowała się małym dzieckiem. Edukację kończono na etapie szkoły średniej, ewentualnie studiów, a młodzi rodzice koncentrowali wysiłki na zarabianiu pieniędzy i utrzymywaniu rodziny. Mężczyźni w większości pracowali, ale dwie trzecie kobiet już nie. Osoby pracujące mogły się spodziewać, że cały okres aktywności zawodowej spędzą w jednej branży. W tamtych czasach średnia cena domu w Stanach Zjednoczonych kształtowała się na poziomie 20 000 dolarów. Rozwody i pigułki antykoncepcyjne zyskiwały na popularności.
Wtem, na przestrzeni zaledwie jednego pokolenia, nastąpiła olbrzymia zmiana kulturowa. Upowszechniła się łatwa w użyciu antykoncepcja, a kobiety ruszyły na podbój rynku pracy. Gdy wchodziliśmy w nowe tysiąclecie, zaledwie połowa osób między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia była po ślubie (zwykle branym bliżej trzydziestki), a jeszcze mniej decydowało się na dzieci, przez co ta dekada życia stała się okresem niespotykanej wcześniej swobody. Zaczęły pojawiać się głosy, że może studia wcale nie są niezbędne, a poza tym są drogie. Pojawił się „czas wolny”. Przez setki lat dwudziestoparolatkowie z roli synów i córek przechodzili płynnie w role mężów i żon, jednak w ciągu ostatnich kilku dziesięciu lat otworzyło się nowe okno rozwojowe.
I dziś osoby takie jak Kate budzą się codziennie — gdzieś między sypialnią w domu rodzinnym a tą w domu, który wezmą na kredyt — i nie wiedzą, co z tym czasem zrobić. Mniej więcej na przełomie wieków, co być może znamienne, trzecia dekada życia zostaje zdefiniowana jako „okres przejścia”.
Artykuł z „Economist” z 2001 roku opisuje „ekonomię Bridget Jones”, a na okładce „Time” z 2005 roku widzimy nagłówek: „Poznajcie Twixterów”. Oba teksty mówiły o tym, że to lata do „jednorazowego wykorzystania”, napędzane równie „jednorazowym” przychodem. W „New York Times” z 2007 roku jest z kolei mowa o „czasie Odysei” — czasie na wędrówkę bez celu. Dziennikarze i badacze z całego świata zaczęli mówić o dwudziestoparolatkach, posługując się terminami, takimi jak kidults („dzieciorośli”), pre-adults („przed-dorośli”) czy adultescents („dorosłolatki”). Niektórzy uważają, że to grupa o przeciągniętym w czasie okresie dorastania, inni mówią o „kiełkujących” dorosłych. Zaktualizowano harmonogram rozwoju człowieka, degradując młodych ludzi i nazywając ich „jeszcze nie w pełni dorosłymi” — dokładnie wtedy, kiedy powinni wziąć w swoje ręce stery własnego życia.
Z jednej strony bagatelizujemy ten okres w życiu, z drugiej ulega on pewnej fetyszyzacji. Kultura popularna wręcz obsesyjnie koncentruje się na przeżyciach osób między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia, jakby w życiu człowieka poza latami swobody i swawoli nic się nie działo. W okolicach roku 2019 wiek 85 procent influencerów na Instagramie wynosił między 18 a 35 lat, co oznacza, że młodzi dorośli przez cały dzień oglądają na swoich telefonach innych młodych dorosłych i ich wspaniałe życia — koniecznie w kostiumach kąpielowych; część z tych obserwowanych zarabia na tym pokazywaniu niemałe pieniądze.
Jednocześnie i młodociane gwiazdy, i zwykłe dzieci spędzają młodość na udawaniu, że mają po dwadzieścia lat, podczas gdy dojrzałe osoby dorosłe i bohaterki „Real Housewives” ubierają się i zaprzęgają swoje ciało do tego, by wyglądać na maksymalnie dwadzieścia dziewięć.
Młodsi wyglądają na starszych, a starsi na młodszych, sprowadzając doświadczenie dorosłości do długiej, przeciągłej przejażdżki w trzeciej dekadzie życia. Ukuto nawet nowy termin — aśmiertelność — opisujący stan życia w jednorodny sposób, na tych samych obrotach, od wieku nastoletniego aż do śmierci. Płynący z tego przekaz jest wewnętrznie sprzeczny i po prostu groźny. Kultura, w której „trzydziestka to nowa dwudziestka”, utrzymuje, że osoby dwudziestoletnie jeszcze nie mają nic do powiedzenia; z drugiej strony nadmierna koncentracja na trzeciej dekadzie życia i jej idealizowanie sprawiają, że trudno nam uwierzyć, że istnieje w życiu ważniejszy czas niż właśnie ten.
Z tego powodu wiele kobiet i mężczyzn przepuszcza te lata przez palce, marnując ich potencjał transformacyjny, i płaci za to w kolejnych dekadach wysoką cenę. Zbyt wielu młodych dorosłych, takich jak Kate, dało się wciągnąć w wir ekscytacji i dezinformacji — wiele z nich trywializuje znaczenie dekady nadającej kształt całemu życiu — pod wieloma względami najtrudniejszej.
Fragment książki „Decydująca dekada. Dlaczego czas między 20. a 30. rokiem życia jest tak ważny i jak najlepiej go wykorzystać” Meg Jay wydanej przez wydawnictwo Relacja. Tytuł, lead i skróty od redakcji „Newsweeka”.

