Widząc, że frakcje w PiS skaczą sobie do oczu i za chwilę sytuacja może wymknąć się spod kontroli, Jarosław Kaczyński postanowił sięgnąć po swój znany patent, czyli ogłosić kandydata na premiera. Ma to nastąpić w marcu, a na razie ów kandydat — jak powiedział prezes — jest „in pectore”, czyli w jego sercu.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Owo łacińskie sformułowanie odnosi się zwykle do nominacji kardynalskich zachowanych w ścisłej tajemnicy przez papieża tak, by uchronić duchownych przed represjami w krajach nieprzychylnych Kościołowi. To fakt, że Kaczyński jest papieżem w kościele PiS, a partia ta — co wiadomo nie od dziś — nie ma wyborców, lecz wyznawców, skandujących na widok ukochanego lidera „Jarosław, Polskę zbaw!”. Nie do końca pozostaje jasne, kto miałby prześladować wybrańca pisowskiego papieża, ale prezes najlepiej zna własną partię i być może obawia się złych knowań.
W każdym razie ów wybieg z kandydatem na premiera, na razie „in pectore”, ma odciągnąć uwagę opinii publicznej od wewnętrznych walk w PiS i sprawić, że partia przestanie zajmować się sama sobą. Najbliżej nominacji na kandydata na kandydata był szef kancelarii prezydenta Zbigniew Bogucki. Kaczyński ceni go za lojalność. Pozostając w biblijnej poetyce, choć w Piśmie napisano „nie będziesz dwóm panom służył”, Bogucki powtarza w wywiadach, że czuje się zarówno człowiekiem prezydenta Nawrockiego, jak i prezesa Kaczyńskiego. W ostatnich miesiącach wzrosła jego popularność w PiS. Na zamkniętym posiedzeniu Sejmu w sprawie kryptowalut, gdzie Bogucki w imieniu prezydenta odpowiadał premierowi Tuskowi, był oklaskiwany przez posłów PiS.




