Kiedy czuła się szczęśliwa, rzeźbione przez nią piersi i brzuchy emanowały erotyzmem. Kiedy zachorowała, w jej pracach ciało zaczęło ulegać destrukcji. Świat docenił jej twórczość wiele lat po jej śmierci, do czego w dużej mierze przyczyniła się wystawa w nowojorskim MoMA.
W tym roku Alina Szapocznikow obchodziłaby setne urodziny. Z tej okazji zaplanowano dwie znaczące ekspozycje — w warszawskiej Zachęcie i w Muzeum Narodowym w Krakowie, gdzie już 20 marca zostanie otwarta wystawa zatytułowana „Szapocznikow. Osobista”.
Agata Małodobry, kuratorka krakowskiej ekspozycji: — Osobista, czyli taka, którą będzie można poznać z bardzo bliska, w sytuacji wręcz intymnej. Nie będzie można oczywiście dotykać prac, ale mimo to widz odniesie wrażenie ich cielesnej bliskości. W przypadku Aliny Szapocznikow to ważne, gdyż jej rzeźby przypominają skórę. Artystka używała delikatnie barwionego poliestru, za pomocą którego próbowała oddać w rzeźbie żywe, ludzkie ciało. Dzięki kameralnej przestrzeni i nastrojowemu oświetleniu poczujemy, jak zmysłowe są jej rzeźby.
Czas zagłady
Kluczem do twórczości artystki jest jej biografia. I choć wystawa nie prezentuje w sposób chronologiczny prac Aliny Szapocznikow, to jednak interpretacja znajdujących się na niej rzeźb łączy się wyraźnie z jej życiowymi doświadczeniami. Takimi jak Holocaust, który stał się udziałem nastoletniej dziewczyny. Urodziła się w rodzinie zasymilowanych Żydów. Ojciec Jakub był dentystą i zmarł jeszcze przed wojną. Mama Rywka, lekarka pediatra, robiła wszystko, by ocalić córkę. Ochraniała ją, jak mogła, gdy zostały zamknięte w getcie w Pabianicach, a potem w getcie w Łodzi. Stamtąd trafiły do Auschwitz, Bergen-Belsen, aż w końcu do obozu w Terezinie. Jednak w pewnym momencie zostały rozdzielone i Alina długi czas myślała, że jest na świecie zupełnie sama. Choć odnalazła matkę w 1948 r., wspomnienie utraty pozostało w niej na zawsze. Nigdy nie chciała mówić o tym, co przeżyła. Słowa zastąpiła rzeźbami, przedstawiającymi ekspresyjne, poszarpane, niekompletne ciała, o chropowatej fakturze. Okaleczone sylwetki obrazowały okropieństwo wojny.
Alina Szapocznikow, Głowa z łyżką, 1966, Muzeum Narodowe w Krakowie
Foto: Joanna Pawłowska/MNK
Agata Małodobry: — Na wystawie pokazujemy rzeźbę „Jednonoga”. To postać z małą głową i kikutami rąk, stojąca na długiej, zdeformowanej nodze. Cała sylwetka – od głowy przez tors aż do dziwnej, splątanej kończyny dolnej przecięta jest wzdłuż poszarpaną szczeliną. Dzieło oddaje tragizm pokolenia artystki. Przez obozowe przeżycia możemy też interpretować „Głowę z łyżką”. Praca ta powstała, kiedy Alina przebywała w Paryżu i dzięki krytykowi sztuki Pierre’owi Restany zbliżyła się do grupy nowych realistów. Należeli do niej artyści, którzy korzystając z dziedzictwa dadaistów, włączali do swoich kompozycji przedmioty codziennego użytku, fragmenty maszyn, silników… Szapocznikow poszła w ich ślady. Ta wmontowana do głowy łyżka daje wrażenie obcości, niepokoju, staje się wręcz przedmiotem opresyjnym. Jej symbolika może kojarzyć się z głodem, a co za tym idzie — z walką o przeżycie w obozie koncentracyjnym.
„Głowa z łyżką” pochodzi z 1966 r., kiedy to artystka po raz kolejny przyjechała do Paryża. Gdy znalazła się tam zaraz po wojnie, została wolną słuchaczką słynnej École des Beaux-Arts. W tym czasie poznała też swojego pierwszego męża, Ryszarda Stanisławskiego, z którym po paru latach wróciła do Polski. Początkowo zaczęła być doceniana, o czym świadczy duża wystawa, którą zorganizowano jej w Zachęcie, a także fakt, że to właśnie ona reprezentowała Polskę na weneckim Biennale w 1962 r. Czuła jednak, że w kraju nie ma szans na taki rozwój, jaki może zaoferować jej Francja. Dlatego postanowiła się tam osiedlić razem z synem Piotrem i drugim mężem, grafikiem Romanem Cieślewiczem.
Czas szczęścia
Agata Małodobry: — To był czas, kiedy Alina czuła się kochana przez mężczyznę swojego życia, a przez to bezpieczna i spokojna. W twórczości zwróciła się ku własnemu ciału, które w rzeźbiarskich przedstawieniach emanowało erotyzmem. Z tego okresu pochodzą „Piersi”. Jest to praca, która przedstawia kobiecą pierś, wyrastającą z łodygi egzotycznego kwiatu. Przez swoją organiczną, miękką formę rzeźba wydaje się niemal abstrakcyjna: widzimy pierś, ale daleką od dosłowności. Szapocznikow robiła odlewy własnych piersi, ale wykonała też odlewy brzucha Ariane Raoul-Duval, narzeczonej Rolanda Topora. Na wystawie pokazujemy dwie rzeźby z wkomponowanym brzuchem Ariane: „Soliter” i „Zwarta”. Do ich stworzenia po raz pierwszy użyła poliuretanu — syntetycznego tworzywa odznaczającego się lekkością i możliwością szybkiego formowania. W tym przypominającym gąbkę materiale odkryła wielki potencjał artystyczny. Tworzyła więc kolejne rzeźby brzuchów. Miała zresztą pomysł, by w kształcie tej części ciała produkować poduszki, które mogłyby się świetnie sprzedawać.
Czas choroby
Jednak ten plan, jak i wiele innych, spełzł na niczym, kiedy przyszła straszna diagnoza. Był rok 1968. Podejrzewała, że coś jest nie tak z jej zdrowiem, choć pierwsze badania nic nie wykazały. Kolejne wyniki wręczone jej przez lekarza nie pozostawiały już wątpliwości – rak piersi. Wtedy, tak jak podczas wojny, poczuła, co to znaczy kruchość ludzkiego życia. Poddawała się okaleczającym operacjom i kolejnym terapiom, obserwując, jak jej ciało ulega destrukcji. Zaczęła obsesyjnie rzeźbić guzy nowotworowe.
Alina Szapocznikow, Piotr, 1972, Muzeum Narodowe w Krakowie
Foto: Jacek Świderski/MNK
Agata Małodobry: — Wyobrażała sobie, jak rozprzestrzeniają się po jej ciele, pożerają kolejne organy. Zyskało to niezwykle poruszający, mocny wyraz w jej sztuce. Na wystawie pokazujemy pracę „Tumeur – Wool II”. Ten guz jest transparentny, dzięki czemu widać zatopione w nim nitki kolorowej wełny. Opisując tę rzeźbę, nie zawaham się, by określić ją słowem „piękna”. Nie ma w sobie nic z medycznego chłodu, ale jednocześnie jest bardzo niepokojąca.
Na wystawie „Tumeur – Wool II” świetnie koresponduje z płaskorzeźbami z cyklu „Zielnik”. Tworzenie zielników to znana od stuleci metoda preparowania roślin, suszenia ich i spłaszczania między kartami papieru. Niegdyś zajmowali się tym botanicy, a także chcące zatrzymać czas pensjonarki. Alina Szapocznikow, zdając sobie sprawę z tego, że niewiele jej już go zostało, postanowiła zachować pamięć o ludzkim ciele, rzeźbiąc swój „Zielnik” z odlewów fragmentów ciała syna. Na nagie ciało Piotra nakładała warstwę gipsu, następnie zdejmowała gipsową formę i wlewała w nią poliester. Poliestrowe odlewy były natychmiast spłaszczane i deformowane, tak jak rośliny w zielnikach.
Agata Małodobry: — W cyklu powtarza się wielokrotnie twarz Piotra, niekiedy prawie nietknięta deformacją, innym razem nieczytelna w wyniku mocnego zgniecenia. Odlewy stanowią pamiątkę ciała, ale też poprzez celowe zniekształcenia są aluzją do jego rozkładu. W „Zielniku” rzeźbiarka zamknęła zarówno życie, jak i śmierć. Chciała przez to pokazać, że umieranie wcale nie jest piękne, nie estetyzowała śmierci. Artystyczny gest deformowania wizerunku dziecka wydaje się zaprzeczeniem matczynej czułości, zachowały się fotografie z pracowni w podparyskim Malakoff, na których widać matkę i syna — roześmianych, traktujących pracę nad „Zielnikiem” jak beztroską zabawę. Alina, po przebytych podczas wojny chorobach, nie mogła mieć dzieci. Razem z pierwszym mężem adoptowali Piotra. Spełniło się jej wielkie marzenie o macierzyństwie. Na tych fotografiach widać, jak mocna więź łączy tę dwójkę.
„Zielnik” jest pracą wielowymiarową, można go interpretować na różny sposób. Prowokuje do tego twarz Piotra, która przypomina twarz Chrystusa. Z tego powodu jedna z części „Zielnika” była eksponowana w kaplicy pallotynów w Paryżu. Stało się to za sprawą księdza Józefa Sadzika, przyjaciela i przewodnika duchowego Aliny Szapocznikow w ostatnich latach życia. Wcześniej, w 1969 r., do kaplicy pallotynów ks. Sadzik zamówił u Aliny niezwykle odważną rzeźbę — odlewy piersi z zalanymi poliestrem fragmentami reprodukcji gotyckiej rzeźby „Madonna z Krużlowej”.
Rzeźbiarskie wyobrażenie syna artystki spotkamy także w drugiej części ekspozycji, w której pokazane zostały po raz pierwszy w historii wystawiennictwa trzy takie same odlewy rzeźby „Piotr” – pełnopostaciowego aktu młodego mężczyzny wykonanego z trzech różnych tworzyw. Gliniany model nie był pierwotnie przeznaczony do eksponowania, dlatego przez pokruszoną glinę widać jego stelaż. Dzięki wysiłkom konserwatorów, a w szczególności Anny Kłosowskiej, specjalizującej się w renowacji rzeźb Szapocznikow, nie stał się on destruktem i możemy go dziś oglądać. Obok umieszczono gipsowy odlew tej pracy, który jest ciekawy przez to, że artystka polichromowała go w nietypowy sposób, tworząc jasnozieloną rzeźbę w lekkie seledynowe plamy. Trzeci model „Piotra” wykonany został z poliestru, a syn Aliny wygląda dzięki niemu niemal jak żywy, choć matka uchwyciła go w pozie umierającego Chrystusa składanego do grobu.
Agata Małodobry: — Te rzeźby korespondują ze wstrząsającą kompozycją, zatytułowaną „Pogrzeb Aliny”, którą artystka żegna się z rodziną i przyjaciółmi. Poliestrowe narośla, odnoszące się do choroby nowotworowej, zawierają zdjęcia bliskich artystki — uczestników jej wyimaginowanego pogrzebu. W guzach zatopione są także przedmioty należące do Aliny: kawałki jej ubrań, szpitalne bandaże, a także recepty na leki i fragmenty katalogów jej wystaw. Nie możemy jednak ich dokładnie zobaczyć. Kiedy Alina pracowała nad tą rzeźbą, nie wiedziała, jak poliester zachowa się po latach. Nie miała pojęcia, że przeźroczysta, transparentna materia zmatowieje i zżółknie. Ale to, co się z nią stało, przydaje tej pracy dodatkowych znaczeń. To wszystko, co artystka chciała wziąć ze sobą do grobu, staje się dla nas niewidoczne, łącznie z zatopionym w jednym z guzów jej autoportretem. To bardzo trudna emocjonalnie rzeźba, obok której nie można przejść obojętnie.
Czas odnaleziony
Siłę tych rzeźb tak naprawdę dostrzeżono dopiero po śmierci artystki, która odeszła w 1973 r. Przełom w recepcji jej dzieł nastąpił w 1998 r., kiedy to w Muzeum Narodowym w Krakowie otwarto pierwszą monograficzną wystawę jej prac. Dopiero po niej zainteresowano się szerzej twórczością Aliny Szapocznikow na świecie. Współorganizowana przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie ekspozycja „Sculpture Undone” została pokazana w Brukseli, Los Angeles i Nowym Jorku. Później jej prace trafiły do Ravensburga i Grenoble. Obecnie setna rocznica urodzin artystki będzie obchodzona w Polsce, i to nie tylko w Krakowie, ale i w Warszawie.
W galerii Zachęta rzeźby Aliny Szapocznikow zostaną zestawione z pracami irańsko-niemieckiej rzeźbiarki Nairy Baghramian. Zderzenie twórczości obydwu artystek może być ciekawe, gdyż obydwie łączy refleksja nad cielesnością, zmysłowością oraz doświadczeniem choroby i przemijania. Wernisaż został zaplanowany na październik.




