Liberum veto prezydenta Nawrockiego w sprawie SAFE przywołuje złote czasy polskiej anarchii, prowadzącej do historycznej katastrofy. To zawsze jest malownicze, ale przede wszystkim powoduje głośne westchnienie ulgi: oto wszystko wraca do normy.
Sytuacja, gdy Polska jest normalnym krajem, jest zarazem kompletnie nienormalną sytuacją. A zatem, żeby przywrócić normalność, czyli Polskę nienormalną, należy zrobić wszystko, by Polskę osłabić, jak tylko się da. Najlepiej w obliczu egzystencjalnego zagrożenia.
Sięgam po fundamentalne dzieło Władysława Konopczyńskiego „Liberum veto: studyum porównawczo-historyczne”. I od razu uspokajam, że Konopczyński był nie dość, że wybitnym historykiem, to jeszcze narodowcem, w zasadzie endekiem, a liberum veto miał za raka, który pożarł Polskę do kości. Można być narodowcem i mądrym człowiekiem zarazem? Można. Tylko trzeba chcieć. I mieć zasób wiedzy oraz poważnej refleksji, a to akurat rzecz rzadka, osobliwie wśród narodowców. Endecy Zachodu nie znosili, za to zakochanym wzrokiem patrzyli na Moskwę i w objęciach Moskwy widzieli przyszłość Polski. Dzisiaj głównym ośrodkiem myśli endeckiej staje się pałac prezydencki — jakie czasy, taki Dmowski.
Rzecz znamienna, książka Konopczyńskiego wydana została w roku odzyskania przez Polskę niepodległości. Dla niezorientowanych podaję datę: 1918.
Konopczyński pisał: „Że pierwiastek patologiczny istniał w procesie rozwojowym naszej państwowości, o tem po jej upadku nie może być chyba dwóch zdań. Nierozstrzygniętą jest atoli kwestia, jak głęboko wstecz sięga ten pierwiastek i jak należy go rozgraniczyć ze zdrowym procesem fizyologicznym”. Wydaje mi się, że znam odpowiedź na to zadane ponad sto lat temu pytanie. Otóż pierwiastek patologiczny jest ściśle związany z naszą fizjologią. Jesteśmy narodem patologicznie dążącym do rozwalenia własnej państwowości i jest to potrzeba fizjologiczna.
Konopczyński pisał swoją książkę w ostatnich dniach rozbiorowych, zatem jego perspektywa była taka: liberum veto i warcholstwo polityczne doprowadziły do tragedii rozbiorów i utraty niepodległości. „Wolne nie pozwalam”, z dumą wypowiadane przez chuliganów sejmowych przetrwało i wciąż się przepoczwarza, przyjmując nowe formy, jak ta zwana dziś wetem prezydenckim w wykonaniu Karola Nawrockiego.
Liberum veto ma długą i barwną historię. Używane było do zrywania sejmów, dzięki czemu udało się w kompletnie sparaliżować I Rzeczpospolitą. Ale że dzisiaj w Sejmie nie istnieje instytucja liberum veto, to mamy weto prezydenckie. Tak czy siak jest dobrze: Polska za jakiś czas upadnie, wreszcie ktoś nas będzie okupował i prześladował naprawdę, a nie za pomocą przepisów Unii Europejskiej. Znowu będzie można zorganizować powstania narodowe, przegrać je, doświadczyć potwornych represji i jęczeć o nieszczęsnej ojczyźnie.
Wedle tradycji pierwszym, który zerwał sejm (dokładnie to zawetował jego prolongowanie w 1652 r.) był poseł z Upity Władysław Siciński. Jedna wersja mówi, że na rozkaz hetmana Janusza Radziwiłła, tego zaprzańca, co go znamy z „Potopu” Sienkiewicza. Inna powiada, że zrobił to urażony dekretem dającym skarbcowi królewskiemu większe dochody. Stara to jak naród polski uraza: jak ktoś ma dostać wielkie pieniądze na zbożny cel, to prawdziwy Polak tego przeboleć nie może i wszystko zrobi, żeby te pieniądze przepadły. Nawet jeśli on cnotę straci, a rubelka nie zarobi.
W każdym razie od Sicińskiego zaczyna się wielka tradycja anarchii i fenomenalna kariera polskiej głupoty. Po Sicińskim ruszyli kolejni, a pierwszym, który naprawdę zerwał sejm (a nie prolongatę jak Siciński), był Jan Aleksander Olizar w 1669 r. A potem Stanisław Ubysz, który to samo uczynił w 1672 r. I poszło szeroko — patrioci zrywali sejmy już bez pretekstu nawet, ale jak leci, wrzeszcząc „nie pozwalam!”. Najchętniej robili to w sytuacji zagrożenia Rzeczypospolitej, zawsze jakoś w chwili wojennej. „Ujrzano, jak wśród gromów, bijących w kraj ze wschodu i z południa, ludzie, stanowiący czoło narodu, uznali wolność, czy też raczej samowolę jednostki, za coś świętszego niż zbawienie ojczyzny. To się wydało czemś wspaniałym, porywającem i godnem naśladowania” — pisał Konopczyński.
Siciński przeszedł do historii nie tylko jako pierwszy z tych, którzy rujnowali Rzeczpospolitą swoim warcholstwem, ale i jako upiór, bo został przeklęty. Kiedy wrzasnął na sejmie: „Ja nie pozwalam!”, jeden z posłów zawołał: „Bodajeś z piekła nie wyszedł, któryś zrządził takie nieszczęście!”, na co pozostali chórem krzyknęli: „Amen! Amen!”. Co też się stało, choć nie od razu. Nauka z tego taka, że co się odwlecze to nie uciecze, a Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy: Sicińskiego piorun strzelił.
Historia jest niejasna, ale daję ją tutaj ku przestrodze: otóż Siciński po swojej śmierci został pochowany nie w poświęconej ziemi, bo ta go nie chciała, ale jego zmumifikowane zwłoki stały w szafie w zakrystii upickiego kościoła jeszcze w XIX w. Wedle innych przekazów Sicińskiego, mimo ohydy jego uczynku, pochowano po bożemu, ale później Siciński wstawał z grobu i błąkał się, pokutując za swój haniebny czyn. Inna jeszcze wersja jest taka, że Siciński sam z grobu nie wstawał, ale co go zakopali, to go święta ziemia wyrzucała.
Tak czy siak, Siciński nawet po śmierci nie zaznał spokoju, co zazwyczaj zdarza się zdrajcom.
Sam Adam Mickiewicz poświęcił tej bulwersującej sprawie wiersz „Popas w Upicie”. Tak oto autor „Dziadów” opisał zwłoki Sicińskiego, przywleczone przez miejscowych do karczmy, w której to karczmie podmiot liryczny właśnie biesiadował:
„Nogi długie i czarne sterczą mu jak szczudła,
Ręce na krzyż złamane: twarz głęboko wchudła,
Oblicze wywędzone brud śmiertelny szpeci,
Usta wypsute, przez nie ząb gdzieniegdzie świeci.
Zresztą nietknięta ciała zdrowego budowa”.
Otóż poeta opowiada tu o tym, że zwłoki Sicińskiego się nie rozkładały, choć były ździebko nadpsute. Ale to, że procesy gnilne nie zaszły za daleko, to trupa można było ciągać po karczmach i innych przybytkach, nie tyle ku uciesze gawiedzi, ile ku przestrodze, że zdrada nie popłaca.
Zwłokom Sicińskiego publicznie urągano, a że się nie rozkładały, to urąganie mogło trwać w nieskończoność. Mickiewicz swój wiersz napisał w 1825 r., ale dopiero w 1860 r. proboszcz kościoła w Upicie się zlitował i wstawił truchło Sicińskiego do szafy. Bo wcześniej działo się to, co Mickiewicz precyzyjnie opisał:
„Ziemia go przyjąć nie chce, robactwo się boi;
Nie znalazłszy na ziemi święconej spoczynku,
Strasząc ludzi, rzec można, wala się po rynku”.
Co ciekawe, zwłoki Sicińskiego, mimo strasznego losu najwyraźniej wciąż były zadowolone ze swego haniebnego uczynku. Tak to widział Mickiewicz, nasz wieszcz narodowy:
„Dotąd zdradziecka radość w ustach się uśmiecha,
Gniew rozbójniczy w czole, nade brwiami pycha.
Barki na dół pochylił, głową na pierś zwisnął,
Zda się, że ciężar hańby do ziemi go cisnął
Albo że ręka gwałtu z piekieł go wywlekła,
I znowu rad by gwałtem powracać do piekła”.
Łatwo zdemaskować Sicińskiego wnikniętego w ciało polskiego polityka współczesnego. Jak tylko taki polityk zaczyna krzyczeć: „Polska, Polska, Polska! Suwerenność, wolność, niepodległość! Polska, Polska, Polska! Weto, weto, weto!” ani chybi duch Sicińskiego w niego wszedł i straszy.