Moje Medellín było spokojnym, zielonym miastem. Ale pod koniec lat 70. zaczęło się zmieniać. Zdarzało się, że na ulicach mijało się zwłoki. W końcu usłyszeliśmy o Pablo Escobarze, który na zawsze zmienił naszą historię — mówi wybitny kolumbijski pisarz Jorge Franco, urodzony w Medellín.
Newsweek: Gabriel García Márquez powiedział kiedyś, że jest pan jednym z tych kolumbijskich pisarzy, którym chciałby przekazać pałeczkę. Namaszczenie przez mistrza pomaga?
Jorge Franco: To było w 2002 r. Márquez zaprosił mnie do założonej przez siebie szkoły filmowej w Hawanie. Miałem poprowadzić kurs o sztuce opowiadania historii. Kiedy podczas jednego z otwartych spotkań powiedział o przekazywaniu pałeczki, byłem przekonany, że chodzi mu o kogoś innego. Kiedy okazało się, że wskazał na mnie, byłem głęboko poruszony i dumny. Z czasem przekonałem się, że namaszczenie przez Márqueza jest też ciężarem, bo oczekiwania wobec mnie jako pisarza znacznie wzrosły. Długo bałem się zawieść pokładane we mnie nadzieje. W końcu zrozumiałem, że aby być naprawdę lepszym pisarzem, muszę zapomnieć o pochwałach z jego strony.
Spotkanie z Márquezem było inspirujące?
— To było naprawdę wspaniałe doświadczenie. Zaprosił mnie do swojego domu w Hawanie. Spędziliśmy razem wiele godzin, rozmawiając o literaturze, filmach i adaptacjach filmowych znanych powieści. Zbliżyliśmy się do siebie.
Pochodzi pan z Medellín, rodzinnego miasta Pablo Escobara, twórcy kartelu narkotykowego z Medellín. Jak wyglądało pana dzieciństwo?
— Moje Medellín było spokojnym, zielonym miastem. Dorastałem w czasach przed pojawieniem się karteli narkotykowych, przed wielkim boomem budowlanym. Nie było więc drapaczy chmur czy wielopiętrowych apartamentowców. Pod koniec lat 70. miasto zaczęło się zmieniać. Pojawiły się drogie samochody, apartamentowce i luksusowe sklepy. Coraz bardziej widoczna stała się też grupa ludzi zamożnych, dzięki której te zmiany następowały.
Narcos?
— Handlarze narkotyków i ci, którzy dla nich pracowali. Na przełomie lat 70. i 80. Medellín przestało być normalnym miastem. Coraz częściej dochodziło do brutalnych starć między gangami. Zdarzało się, że na ulicach mijało się świeże zwłoki. W końcu usłyszeliśmy o kartelu z Medellín i Pablo Escobarze, który, jak się potem okazało, na zawsze zmienił historię miasta. Co ciekawe, na początku mieszkańcy nie byli negatywnie nastawieni do Escobara, wręcz przeciwnie — postrzegali jego sukces jako szansę, bo w Medellín pojawiły się ogromne pieniądze i każdy miał nadzieję z tego skorzystać finansowo. W miarę jak rosła przemoc i liczba ofiar, ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę, że wszystko zmierza w złym kierunku.
Nikt nie był bezpieczny?
— Kartele zburzyły porządek społeczny. Coraz trudniej było prowadzić normalne życie, chodzić do pracy, uczyć się, spotykać ze znajomymi. Narkotyki zmieniły sposób myślenia wielu mieszkańców. Powiedziałbym, że zwyczajni ludzie zaczęli postrzegać rzeczywistość w sposób mafijny.
Chodzi o mentalność mafijną?
— Ta „narkomentalność” pokutuje do dzisiaj, i to nie tylko w Medellín, ale w całej Kolumbii, choć na szczęście nie jest tak powszechna jak wtedy. Myślę, że to jedna z najgorszych rzeczy, jakie odziedziczyliśmy po handlarzach narkotyków. W czasach młodości byłem świadkiem podwójnej przemiany mojego miasta. Medellín najpierw zmieniło się w stolicę przemocy, a po śmierci Escobara stało się barwnym, nowoczesnym, tętniącym życiem i otwartym miastem. Takim jest do dziś.
Pamięta pan moment, w którym zabito Escobara? O czym pan wtedy pomyślał?
— Mieszkałem wtedy w Bogocie, dokąd się przeprowadziłem, gdyż pod koniec lat 80. Medellín stało się miastem zupełnie nie do życia. Zrobiło się tak niebezpiecznie, że nie można było nawet wyjść z domu. Kiedy ktoś ze znajomych powiedział, że Escobar nie żyje, nie uwierzyłem. Informacje o zabiciu „króla kokainy” pojawiały się wcześniej co najmniej cztery razy, ale za każdym razem były nieprawdziwe. Kiedy w wiadomościach telewizyjnych zobaczyłem ciało Escobara na dachu domu w dzielnicy Los Olivos, ogarnęło mnie dziwne uczucie — mieszanina wielkiej ulgi ze strachem. Pod koniec życia Escobar był już wprawdzie osłabiony, ale baliśmy się odwetu ze strony rodziny czy ludzi kartelu. Po jakimś czasie zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że to, co się stało, jest dla Kolumbii szansą, by zacząć wszystko od nowa.
Jaki jest dziś stosunek Kolumbijczyków do Escobara? Kiedy w styczniu byłem w Medellín, odniosłem wrażenie, że stał się swego rodzaju atrakcją turystyczną. Można kupić T-shirty z jego podobizną.
— Kolumbia bardzo się zmieniła. Dorosło pokolenie, dla którego kartel z Medellín to historia. Średni wiek mieszkańców Medellín wynosi 30 lat, więc większość z nich urodziła się już po śmierci Escobara. Dla nich stał się postacią popkultury. Uważam, że to nie jest w porządku — nie można zapominać o zbrodniach Escobara ani olbrzymich szkodach, jakie wyrządził Kolumbii. Lokalne władze próbowały walczyć z komercjalizacją pamięci o nim. Podjęto decyzję o zniszczeniu jego domu, aby nie stał się atrakcją turystyczną. Niestety odnoszę wrażenie, że Escobar w Kolumbii jest dziś postrzegany tak jak Al Capone w USA — jako gangster, który stał się legendą, postacią z filmu. Problemowi zmierzenia się z dziedzictwem Escobara poświęciłem wydaną w 2018 r. powieść „El cielo a tiros”, która w angielskim tłumaczeniu ukazała się jako „Shooting Down Heaven”. Jej główny bohater, Larry, przyjeżdża do ojczyzny po 12 latach nieobecności, by z masowego grobu zabrać szczątki swego ojca, dilera narkotykowego i współpracownika Escobara. Chce sprawić mu godny pochówek. Powrót do Medellín staje się okazją do przebudzenia. Larry przekonuje się, że choć miasto zmieniło się na lepsze, to obecny jest w nim wciąż ten charakterystyczny dla narcos sposób myślenia i zachowania, o którym mówiłem.
Najsłynniejszą pana powieścią jest wydana w 1999 r. „Rosario Tijeras” — rozgrywająca się w Medellín w czasach Escobara opowieść o pięknej płatnej zabójczyni. Co było inspiracją do napisania tej książki?
— Kiedy mieszkałem w Bogocie, regularnie jeździłem do Medellín, by odwiedzić znajomych i rodzinę. Podczas jednej z takich wizyt przypadkiem dowiedziałem się, że moja kuzynka pisze pracę dyplomową o związkach między religią a przestępczością w Kolumbii, a zwłaszcza w Medellín. Badała m.in. to, w jaki sposób młodzi płatni zabójcy wykorzystywali zwyczaje i praktyki religijne w pracy dla narkotykowych bossów. Ten temat mnie zainteresował, a w pracy kuzynki znalazłem kilka zeznań nieletnich dziewcząt, które należały do gangów w Medellín. Wcześniej niewiele wiedziałem o dziewczynach narcos — wydawało mi się, że były ich kochankami, wspierały ich co najwyżej emocjonalnie, ale same nie zabijały. Wróciłem do Medellín, żeby spotkać się z tymi dziewczynami. Rozmawialiśmy w więzieniach czy poprawczakach, gdzie odsiadywały wyroki. Opowiadały mi, że do gangów wstępowały z wściekłości, bo zostały w jakiś sposób skrzywdzone. Wtedy olśniło mnie, że jeszcze nikt nie opowiedział tej części burzliwej historii Kolumbii z perspektywy kobiety i że może być to odkrywcze. Wybrałem formę love story. Od najmłodszych lat oglądałem seriale, których fabułą były miłosne perypetie. A jedną z pierwszych książek, jakie przeczytałem, była „Romeo i Julia” Szekspira, którą dostałem od dziadka. Za pomocą historii miłosnej o Rosario Tijeras pragnąłem pokazać, jak bardzo pieniądze z narkotyków zmieniły mieszkańców Medellín, że pojawienie się narcos dosłownie wywróciło nasze życie do góry nogami. W tamtych czasach ważną rolę odgrywały ogromne dyskoteki, do których niczym do świątyń chodzili przedstawiciele wszystkich warstw społecznych, by czcić narkotykowych baronów. Ludzie byli pod wrażeniem ich potęgi i pieniędzy.
Spotykał pan prawdziwych sicario?
— W tamtych czasach nie było to takie trudne. Chodziłem do barów, na dyskoteki, gdzie można było się natknąć na gości z narkobiznesu. Poznawało się ich po tym, że mieli mnóstwo kasy, imprezowali do rana. Czasami zaczynaliśmy ze sobą rozmawiać, niekiedy bawiliśmy się razem. Wielu z nich wyglądało jak płatni zabójcy, ale mogli też pochodzić z dzielnic opanowanych przez gangi, gdzie wszyscy dla nich pracowali. Baliśmy się narcos, staraliśmy się ich nie prowokować, nawet demonstrowaliśmy przyjazne nastawienie.
To było coś w rodzaju strategii przetrwania?
— Inną opcją było siedzenie w domu, ale byliśmy młodzi i chcieliśmy żyć jak inni ludzie w naszym wieku na świecie — wyjść gdzieś wieczorem, posłuchać muzyki, pobawić się.
Jednym z moich najgorszych wspomnień z Kolumbii jest widok młodocianych prostytutek czekających na klientów pod najstarszym kościołem w Medellín — Basílica de Nuestra Señora de la Candelaria. Większość z nich była pod wpływem narkotyków. Medellín ma wciąż problem z narkotykami?
— Niestety nie udało się rozwiązać problemów związanych z handlem narkotykami. A tam, gdzie są narkotyki, kwitną inne przestępstwa, w tym handel ludźmi czy zmuszanie nieletnich do prostytucji. Warto też przypomnieć, że za sprawą baronów narkotykowych w Medellín narodziła się specyficzna mafijna estetyka kobiecej urody. W latach 90. miasto stało się kolumbijskim centrum chirurgii plastycznej dla kobiet z narkobiznesu. Narcos lubią otaczać się modelkami, królowymi piękności, ale ich uroda musi się mieścić w specyficznym kanonie piękna. Boom na takie operacje plastyczne przypadł na lata 90. i dwutysięczne, ale wciąż mamy do czynienia z tym zjawiskiem.
Jaki jest ten mafijny kanon piękności?
— Lifting ust, powiększanie piersi, korekcja pośladków…
Słowem estetyka jak z obrazów Botero, który wręcz epatował obfitymi kształtami kobiet?
— Niezupełnie. Fernando Botero odkrył, że obfite, wręcz surrealne kształty ciała są istotą naszej kultury, a w swojej twórczości wszystko to jeszcze wyolbrzymił. Jego obrazy są przesiąknięte duchem Medellín. Kolory, których używał, to kolory tego miasta. Z kolei przez zestawienie obfitych ciał z małymi przedmiotami opowiadał o społecznych kontrastach Medellín.
Jorge Franco
Foto: THE YOMIURI SHIMBUN VIA AP IMAGES / East News
Nie ma już karteli z Medellín czy Cali, ale Kolumbia jest wciąż państwem narkotykowym. Nie irytuje to pana?
— Kolumbijska gospodarka jest nadal mocno powiązana z handlem narkotykami. Szacuje się, że uprawy krzewu koki są dziś od pięciu do dziesięciu razy większe niż w czasach Escobara. Kontrolujące rynek kokainy organizacje przestępcze działają inaczej niż kartel z Cali. Escobar kochał rozgłos, chciał być sławny. Był prostym facetem, który nie skończył nawet szkoły średniej. Dzisiejsze kartele, takie jak Clan del Golfo, są dyskretne, działają w cieniu, a ich przywódcy to ludzie biznesu, często z wyższym wykształceniem.
Handel narkotykami generuje w Kolumbii dochody rzędu kilkunastu miliardów dolarów rocznie.
— Szacunki są różne, ale rynek narkotykowy jest na pewno kilka razy większy niż na przełomie lat 80. i 90. To napędza korupcję, nakręca przemoc. Kartele piorą pieniądze ze sprzedaży kokainy, inwestując je w różne gałęzie gospodarki, co sprawia, że jest ona stosunkowo stabilna.
Prezydent Gustavo Petro twierdzi, że jednym z powodów kokainowego boomu są nierówności społeczne. 81 proc. ziemi uprawnej jest kontrolowane przez 1 proc. posiadaczy ziemskich. Biedni farmerzy z prowincji uprawiają liście koki, by wyżywić swe rodziny…
— Nie sądzę, aby to była główna przyczyna rozwoju rynku narkotykowego. Nierówności społeczne występują w wielu krajach Ameryki Środkowej i Południowej. Nasi sąsiedzi — Peru, Wenezuela, Ekwador — borykają się z tymi samymi problemami społecznymi i choć w Peru też produkuje się kokainę, w żadnych z tych krajów rynek narkotykowy nie kwitnie tak jak w Kolumbii. Myślę, że przyczyn tego boomu należy szukać gdzie indziej. Mówię to z ciężkim sercem, ale w Kolumbii istnieje na to przyzwolenie społeczne. Poza tym zyski z handlu narkotykami czerpią nie tylko organizacje przestępcze, ale także grupy paramilitarne i partyzanckie — rozłamowcy z FARC [lewicowa partyzantka, która wszczęła rebelię w 1964 r. i złożyła broń na mocy porozumienia pokojowego z 2016 — red.], M19 itd. Lata temu kolumbijski rząd stracił kontrolę nad krajem, tę próżnię po państwie zajęły nielegalne grupy zbrojne, które nie tylko współpracowały z kartelami, ale nawet stały się ich częścią. Siła kolumbijskich karteli brała się ze słabości państwa. Rząd Gustavo Petro prowadzi zbyt permisywną politykę wobec narcos i nielegalnych grup zbrojnych.
W maju Kolumbijczycy będą wybierać prezydenta. Myśli pan, że jeśli wygra prawicowy kandydat Abelardo de la Espriella, coś się zmieni? Zapowiada on wojskową ofensywę przeciwko partyzantom i kartelom.
— Kolumbijska prawica zawsze dążyła do wyeliminowania handlu narkotykami, ale to zadanie ponad możliwości jednego rządu. Rynek narkotykowy jest międzynarodowy. Generuje on tak ogromne zyski, że zawsze znajdzie się grupa ludzi gotowa zaryzykować wszystko, by kontynuować swoją działalność.
Jorge Franco (ur. 1962) jest kolumbijskim pisarzem, największy rozgłos przyniosła mu powieść „Rosario Tijeras” (1999). W Polsce ukazała się jeszcze druga z jego powieści „Paraiso Travel”. Mieszka obecnie w Waszyngtonie, gdzie przeniósł się z powodu córki, robiącej w USA karierę baletową.




