Choć wydajemy krocie na sprzęt wojskowy, to jesteśmy w trakcie dozbrajania: trochę jakbyśmy szykowali się na bal, ale zdążyliśmy dopiero założyć bieliznę. Część sprzętu dopiero dostaniemy, ale nawet wtedy będą problemy, bo oprócz armat trzeba mieć amunicję. A USA się wahają. Czy to wszystko wywołuje refleksję prezydenta Karola Nawrockiego?
12 marca świętowaliśmy 27. rocznicę przystąpienia Polski do NATO. Szczególnie w chwili napaści Rosji na Ukrainę świadomość bycia w NATO była uspokajająca: jesteśmy w sojuszu największych potęg wojskowych, a na atak na kraj NATO nawet Putin w swym szaleństwie się nie zdecyduje, bo przecież jest artykuł 5: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Trzy tygodnie po tej rocznicy zupełnie głośno rozmawiamy o perspektywie wyjścia USA z NATO, co wprost zasugerował prezydent Donald Trump w wywiadzie dla „The Telegraph”, nazywając przy tym NATO „papierowym tygrysem”. Jeśli przywódca największej potęgi wojskowej Sojuszu kwestionuje jego siłę, to nie musi nawet formalnie wyprowadzać Ameryki z NATO. Dla Putina i innych „złoli” jest to wystarczający sygnał, że można próbować.
Trump nigdy nie był entuzjastą NATO, ale dopóki udawało mu się namawiać sojuszników do zwiększania wydatków na zbrojenia i zamawiania sprzętu w USA, traktował udział w Sojuszu jako zysk. Ta ocena się zmieniła, kiedy za namową Izraela wplątał się w bezsensowną wojnę z Iranem. Oczywiste dla wszystkich skutki — wzrost cen ropy i blokada cieśniny Ormuz — zaskoczyły geniuszy z gabinetu Trumpa. Prezydent USA wezwał na pomoc sojuszników, ale nie doczytał chyba, że NATO to sojusz obronny, a nie chłopcy na posyłki. I że w przypadku niewymuszonej napaści USA na Iran nie będą mieli ochoty wplątywać się w bliskowschodnią awanturę.
Polska jest w szczególnie trudnym położeniu, bo wojna w Ukrainie toczy się za naszymi szlabanami granicznymi. Na dodatek, choć wydajemy krocie na sprzęt wojskowy, to jesteśmy dopiero w trakcie dozbrajania: trochę jakbyśmy szykowali się na bal, ale zdążyliśmy dopiero założyć bieliznę. Część sprzętu dopiero dostaniemy, ale nawet wtedy będą problemy, bo oprócz armat trzeba mieć amunicję. Weźmy choćby wyrzutnie HIMARS, których zamówiliśmy prawie 500. Nie dość, że na razie mamy ich 20, to wciąż są problemy z uruchomieniem produkcji rakiet do nich. Amerykanie ociągają się ze zgodą, a czas ucieka.
Topnieją też światowe rezerwy amunicji, bo US Army na Bliskim Wschodzie urządziła fajerwerki stulecia, przepalając codziennie około miliarda dolarów. Szwajcaria dowiedziała się niedawno, że ich zamówione baterie Patriot przyjadą z opóźnieniem pięciu lat. Amerykanie rozważają też przejęcie broni i amunicji, która miała jechać do Ukrainy, choć ten sprzęt jest już opłacony, i to z europejskich pieniędzy.
Trudno maskować uśmiech
Przed świętami „Rzeczpospolita” doniosła, że Amerykanie ponoć zwrócili się z prośbą do Polski o wysłanie na Bliski Wschód jednej z dwóch naszych baterii systemu Patriot. Minister obrony zapewniał, że nikomu Patriotów nie oddamy, ale wiadomo, co książę Gorczakow mówił o zdementowanych informacjach.
Czy suma tych zdarzeń wywoła refleksję w polskim oddziale MAGA, z pałacem prezydenckim na czele? Wątpliwe, choć widać gołym okiem, że filar największego sojuszu wojskowego na świecie zaczął się chwiać jak jedynka po kibolskiej ustawce w lesie. Można z tym żyć, ale trudno wtedy maskować problem uśmiechem.