Frustracje Donalda Trumpa związane z działaniami Europy w sprawie wojny w Iranie mogą przypominać o pewnych historycznych wydarzeniach. Tym razem jednak role się odwróciły. Podczas kryzysu sueskiego w 1956 r. demonstrujące siłę Wielka Brytania i Francja liczyły na wsparcie USA. Jednak zamiast tego, Waszyngton publicznie zdystansował się od operacji, naciskał na ogłoszenie zawieszenia broni oraz poparł rezolucje ONZ potępiające inwazję.
Dziś, w obliczu narastającego konfliktu pomiędzy USA i Izraelem a Iranem oraz kolejnych zakłóceń w cieśninie Ormuz, Donald Trump apeluje do sojuszników z NATO o pomoc w zabezpieczeniu tego strategicznego szlaku żeglugowego oraz wsparcie dla szeroko zakrojonej kampanii mającej doprowadzić do upadku irańskiego reżimu. Amerykański prezydent spotyka się jednak nie tylko z wahaniem, ale nawet z odmową ze strony Londynu, Paryża i innych państw.
Kryzys sueski pokazał, jak niewiele Europa znaczy bez wsparcia USA. Obecny kryzys sprawdza natomiast, gdzie leżą granice amerykańskiego przywództwa, gdy brakuje poparcia Europy. W ten sposób sytuacja w Iranie na nowo przypomina tę historyczną lekcję, tyle że role się odwróciły. Po siedemdziesięciu latach Brytyjczycy i Francuzi wyrównują rachunki.
Napięcia wokół irańskiego programu atomowego
Spór między USA a Europą nie zaczął się od ostatniego kryzysu. Temat ten bezustannie wywołuje tarcia, odkąd za czasów prezydentury Baracka Obamy, w lipcu 2015 r., USA, Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Unia Europejska i inne strony podpisały Wspólny Kompleksowy Plan Działania (JCPOA).
Porozumienie miało ograniczyć irański program nuklearny poprzez limity i inspekcje w zamian za złagodzenie sankcji. Gdy Trump w 2018 roku wycofywał się z umowy, argumentował, że jest ona zbyt pobłażliwa — zapewnia Iranowi korzyści ekonomiczne, nie rozwiązując rzeczywistego problemu programu rakietowego i destabilizujących działań w regionie.
Jednak większość europejskich przywódców prezentowała odwrotne stanowisko: JCPOA, choć niedoskonałe, narzucało realne ograniczenia i zmniejszało bezpośrednie ryzyko eskalacji nuklearnej. Ta rozbieżność z czasem się utrwaliła. Kiedy europejskie rządy akcentowały deeskalację, inspekcje i negocjowane ograniczenia, Trump stawiał na maksymalną presję, odstraszanie siłą i szerokie, zdecydowane porozumienie.
Po tym, jak USA wycofały się z umowy, Iran przyspieszył swój program atomowy, wzbogacając uran do wyższych poziomów czystości i rezygnując z narzuconych limitów. To utrudniało dalszą argumentację, że zerwanie porozumienia ograniczyło rozwój irańskiego potencjału nuklearnego.
Kluczowe jest to, że rozłam wokół JCPOA sprawił, że europejskie stolice zaczęły z dużą rezerwą odnosić się do amerykańskich apeli o wojskową solidarność wobec Iranu. Europejscy urzędnicy często postrzegali Waszyngton jako skłonny do gwałtownych eskalacji, a amerykańscy decydenci widzieli w Europie niechęć do mierzenia się z długofalowym ryzykiem strategicznym wynikającym ze słabości kontynentu. To tłumaczy, dlaczego niedawna prośba Trumpa o wsparcie ze strony sojuszników miała od początku niewielkie szanse na powodzenie.
Lekcja sprzed 70 lat
Kryzys sueski pozostaje wzorcowym przykładem tego, jak oczekiwania sojuszników mogą runąć w zderzeniu z amerykańskim sprzeciwem. Po tym, jak prezydent Egiptu Gamal Abdel Naser znacjonalizował w lipcu 1956 r. Kompanię Kanału Sueskiego, której współwłaścicielami byli Brytyjczycy i Francuzi, oba kraje uznały ten krok za zagrożenie strategiczne i polityczne upokorzenie.
Wielka Brytania i Francja we współpracy z Izraelem opracowały plan wojskowy. 29 października Izrael zaatakował Półwysep Synaj, a Brytyjczycy i Francuzi postawili ultimatum i pod pretekstem rozdzielenia walczących stron oraz zabezpieczenia kanału przeprowadzili naloty.
Administracja prezydenta Eisenhowera jednak odmówiła poparcia dla interwencji. Amerykańscy urzędnicy obawiali się, że akcja ta podsyci antyzachodni nacjonalizm, wzmocni wpływy Sowietów na Bliskim Wschodzie i powiąże USA z europejskim imperializmem — szczególnie, że Stany Zjednoczone jednocześnie potępiały sowiecką interwencję na Węgrzech.
Waszyngton naciskał więc na zawieszenie broni pod egidą ONZ, poparł rezolucje potępiające inwazję i pomógł utworzyć pierwsze siły pokojowe ONZ. Amerykanie odmówili także wsparcia finansowego dla Wielkiej Brytanii, gdy ta zmagała się z presją na funta. Sygnalizacja sprzeciwu wobec pomocy dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego pogłębiła kryzys ekonomiczny, co przyspieszyło decyzję Londynu o wycofaniu się.
To nadwyrężyło relacje z kluczowymi sojusznikami, którzy po doświadczeniach II wojny światowej poczuli się zdradzeni. Kryzys sueski doprowadził także do dymisji brytyjskiego premiera Anthony’ego Edena.
Czasy się zmieniły
Porównanie wojny w Iranie do kryzysu sueskiego jest pouczające, jednak nie do końca trafne. W 1956 roku Wielka Brytania i Francja — państwa wyniszczone dwiema wojnami światowymi — nie miały wystarczającej niezależności gospodarczej i geopolitycznej, by przeprowadzić operację militarną bez wsparcia USA. Amerykańska przewaga polityczna i finansowa szybko sprawiła, że ich pozycja stała się nie do utrzymania i wymusiła wycofanie, mimo początkowych sukcesów na polu walki. Porażka miała przyczyny nie tyle militarne, co strukturalne.
Dziś USA, będące hegemonicznym supermocarstwem, funkcjonują w zupełnie innych realiach. Dysponują najpotężniejszą marynarką wojenną na świecie i zdolnością do projekcji siły w Zatoce Perskiej nawet bez udziału sojuszników. Wojsko Waszyngtonu jest w stanie uderzyć w irańskie cele i próbować chronić szlaki żeglugowe samodzielnie, chociaż woli działać w partnerstwie z sojuszniczymi armiami.
Jednak możliwości to nie to samo co pełna kontrola. Zabezpieczenie cieśniny Ormuz, przez którą przepływa około jedna piąta światowego eksportu ropy, wymaga więcej niż tylko pokonania sił konwencjonalnych. Iran dysponuje nieregularnymi środkami — minami, rakietami, dronami i szybkimi łodziami szturmowymi — które mogą zakłócać żeglugę, tworząc stałe zagrożenie i uniemożliwiając szybkie zakończenie działań.
Nawet przy nieustających operacjach USA przywrócenie stabilności na szlaku może potrwać kilka tygodni lub dłużej. Dlatego Waszyngton wciąż zabiega o udział sojuszników. Zaangażowanie Europy oznaczałoby równomierne rozłożenie sił oraz większą wiarygodność i wysłałoby sygnał: ta misja służy ochronie światowego handlu, a nie wyłącznie poszerzaniu amerykańskiej inwazji.
To właśnie tutaj realia wojny w Iranie rozjeżdżają się z sytuacją z czasów kryzysu sueskiego. W 1956 roku Brytyjczycy i Francuzi potrzebowali poparcia Amerykanów, by móc zrobić cokolwiek. W 2026 r. USA mogą działać bez Europy, choć realizacja szerszych celów staje się wtedy o wiele trudniejsza.
Europa jest krytyczna wobec działań USA
Dziś to Trump zabiega o wsparcie wśród sojuszników. Wraz z eskalacją napięć na Bliskim Wschodzie i nasilającymi się zagrożeniami dla żeglugi w cieśninie Ormuz, administracja USA wzywa partnerów z NATO do pomocy w zabezpieczeniu tego strategicznego szlaku.
Amerykańscy urzędnicy przedstawiają te działania jako kluczowe dla ochrony swobody żeglugi i stabilizacji rynków energetycznych, jednak odpowiedzi ze strony Europy są powściągliwe, a czasem wręcz otwarcie sceptyczne.
Brytyjscy politycy podkreślają znaczenie bezpieczeństwa morskiego i ochrony sojuszników regionalnych przed irańskim odwetem, jednocześnie jasno dając do zrozumienia, że nie dadzą się wciągnąć w szerszy konflikt pod przywództwem USA. Francuscy przywódcy podają w wątpliwość prawną podstawę interwencji wojskowej w obecnych okolicznościach i wskazują, że preferują ograniczoną, defensywną misję morską zamiast przyłączania się do działań bojowych. Niemieccy urzędnicy podkreślają, że kryzys nie został wywołany przez Europę, i apelują o powściągliwość.
Na to wszystko Trump reaguje widoczną frustracją, krytykując członków NATO za — jak to określił — brak podziału obciążeń. Prezydent USA prosi o większe zaangażowanie sojuszników, równocześnie umniejszając jego znaczenie, co podkreśla polityczny impas, w jakim znalazł się Waszyngton.
„KRAJE NATO NIE ZROBIŁY ABSOLUTNIE NIC, BY POMÓC W WALCE Z OBŁĄKANYM, A TERAZ I MILITARNIE ZNISZCZONYM IRANEM” – napisał Trump na platformie Truth Social w ubiegłym tygodniu. „USA NIE POTRZEBUJĄ NICZEGO OD NATO, ALE NIE ZAPOMNIJCIE, ŻE JEST TO BARDZO WAŻNY MOMENT W HISTORII!”
USA szukają zarówno legitymizacji, jak i partnerstwa. Europejskie rządy pozostają jednak nieufne wobec perspektywy eskalacji, niejasnej podstawy prawnej i kosztów politycznych udziału w operacjach militarnych bez wyraźnego międzynarodowego mandatu. Te obawy w dużej mierze wynikają z cienia wcześniejszych interwencji, zwłaszcza w Iraku, gdzie zarówno Wielka Brytania, jak i inni sojusznicy poszli za USA w ślepy zaułek, co przyniosło długofalowe szkody.
Sojusze w kryzysie
Kryzys sueski zapisał się w pamięci jako moment przełomowy, który ujawnił ograniczenia brytyjskiej i francuskiej siły oraz pokazał gotowość Waszyngtonu do przeforsowania własnych interesów kosztem nawet najbliższych sojuszników.
W przypadku Iranu lekcja ta wydaje się realizować w odwróconym scenariuszu. Dziś to USA naciskają na Londyn i Paryż, by podjęły działania, jednak europejscy przywódcy odmawiają, powołując się na kwestie prawne, ryzyko eskalacji i przekonanie, że Waszyngton obrał kurs, którego oni nie popierają.
Sedno sprawy tkwi w tym, że gdy liderzy zakładają, iż solidarność jest czymś oczywistym, sojusze zaczynają słabnąć.
Kryzys sueski nauczył Europę, że amerykańskie wsparcie jest warunkowe. Aktualna sytuacja w Iranie przypomina, że władza bez sojuszników wciąż może imponować, jednak często okazuje się mniej rozstrzygająca i bardziej krucha.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.




