Akcja Łatwoganga powinna być dla polityków nie tylko wyrzutem sumienia, ale także aktem oskarżenia. Przez dziesiątki lat nie zdołali sprawić, by chorzy dostali pomoc, jakiej potrzebują.
Przez ostatnie dziewięć dni znajomi nieustannie przysyłali mi kolejne podsumowania akcji Łatwoganga. Entuzjazmowali się, że zwykły chłopak, influencer z TikToka zebrał dla chorujących na raka dzieci mnóstwo pieniędzy. „Już 20 milionów złotych!” — pisali. Potem 50, 70, 150 — nie mogli uwierzyć, jak szybko ta suma rośnie. „Jestem w szoku, tyle kasy zebrać w zaledwie kilka dni” — napisał ktoś.
— Ja nie mogę przestać myśleć o tym, że kasa to jest jedno, ale każda ta złotówka to jest życzenie walki osobom chorym i ich rodzinom. I jaki to musi być zastrzyk wsparcia i miłości. Przecież stan tylu osób może się polepszyć od samego odrodzenia wiary w siebie i motywacji do walki. Piękne! — podsumowała jedna ze znajomych. Przyznała, że obserwując streaming prowadzony z małego mieszkanka Łatwoganga, wzrusza się i płacze: — Wow, jaka to jest mega akcja!
Zbiórka Łatwoganga dla Fundacji Cancer Fighters
Foto: Leszek Szymański / PAP
W niedzielę okazało się, że tych zebranych dla Fundacji Cancer Fighters pieniędzy jest ponad 250 milionów. Ludzie znowu pisali: wzrusz, szok, wielki sukces.
Zbiórka Łatwoganga to wielki sukces
I to wszystko prawda. Jest wielki sukces, bo „Ciągle tutaj jestem (diss na raka)” — utwór rapera Bedoesa 2115 i podopiecznej fundacji Mai Mecan — dzięki Łatwogangowi przerodził się w ogólnopolską falę pomocy. I przyniósł ogromne fundusze, które zostaną przeznaczone na pomoc małym pacjentom onkologicznym. Ale na tym nie koniec, bo dzięki apelom o rejestrację, które wybrzmiały podczas dziewięciodniowego streamingu, do bazy potencjalnych dawców szpiku dołączyło ponad 36 tys. nowych osób. Tylko w ostatnim dniu akcji przybyło ich przeszło 25 tys. To największa rejestracja potencjalnych dawców szpiku w historii zajmującej się jego pozyskiwaniem, działającej od 2008 r. Fundacji DKMS. To nadzieja dla tych pacjentów, dla których jedyną szansą na pokonanie nowotworu krwi jest przeszczepienie szpiku od dawcy niespokrewnionego.
I znowu wielkie wzruszenie, że się da, Polacy chcą i potrafią pomagać. Niby wiemy to od czasu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ale fajnie sobie o tym znowu przypomnieć. Wpłacić kilka złotych, popatrzyć, jak inni wpłacają, podziwiać tych, którzy okazali się wyjątkowo hojni. I cieszyć się, że konto Fundacji Cancer Fighters zasili ponad 250 mln zł, które pomogą w walce o życie i zdrowie małych pacjentów.
Tyle że same wzruszenia nie wystarczą, trzeba jeszcze spróbować wyciągnąć wnioski z tego, co się stało. A stało się to, co zwykle: Polacy odpowiedzieli na wezwanie do akcji, ruszyli na pomoc, jak tylko oni potrafią. Z entuzjazmem, że mogą zrobić coś dobrego, poczuć swoją sprawczość. Być w tłumie innych ludzi, którzy czują podobnie i chcą działać. Choć przez kilka dni w roku. I wreszcie mogą być z siebie dumni, choć przez chwilę.
Prawdziwe dobro to nie tylko zbiórki
Szkoda tylko, że ta chwila jest taka krótka. Bo zanim ktoś wymyśli i zorganizuje kolejną podobną akcję, Polacy wrócą do codzienności. I znowu tylko kilkanaście procent z nas będzie się angażować w jakikolwiek wolontariat, podczas gdy w Szwecji, Danii czy Holandii robi to ponad 40 proc. obywateli. Aż 66 proc. Polaków nigdy nie zaangażowało się w wolontariat. A czy zaczniemy się zapisywać do organizacji społecznych? Wątpię, choć powinniśmy, bo znowu średnia europejska to solidne 50 proc. społeczeństwa, a u nas zaledwie 25 proc.
Dopóki to się nie zmieni, będziemy niewolnikami wzruszeń. Kusi mnie, by nazwać je tanimi, ale nie chciałabym skrzywdzić tych, którzy przez ostatnie dziewięć dni streamingu Łatwoganga, przeżywali prawdziwe, dobre emocje. Wszyscy oni powinni jednak pamiętać, że prawdziwe dobro to nie tylko wpłacanie na zbiórki, ale na przykład wolontariat na rzecz jakiejś organizacji. Wyjście z domu, poświęcenie potrzebującym i ich sprawom trochę więcej czasu, niż wystarcza na zalogowanie się w bankowej aplikacji, wpisanie sumy i naciśnięcie „wyślij”. Wzruszenie jest wtedy znacznie większe, bo kosztuje więcej niż największe nawet pieniądze. Bywa, że pozwala stanąć twarzą w twarz z tym, komu się pomaga.
I znowu: to znacznie bardziej wzruszające niż patrzenie na kolejnych celebrytów, którzy na wizji pozwalają zgolić sobie włosy. Bo można z potrzebującym pomocy porozmawiać, zapytać go, czy nasze działania mu się podobają, czy naprawdę ich chce. Może się wtedy okazać, że publiczne pozbywanie się włosów nie będzie dla niego symbolem wsparcia i zrozumienia, tylko przypomnieniem, jak okrutna jest choroba nowotworowa i czego chorego pozbawia. Nie tylko włosów przecież.
Łatwogang rządzących nie wyręczy, państwo nas nie chroni
Ale tak naprawdę to, co się stało dzięki Łatwogangowi, powinno być otrzeźwieniem. Przede wszystkim dla polityków, których nieustanna, trwająca od dziesięcioleci nieumiejętność naprawy systemu ochrony zdrowia zmusza tysiące chorych oraz ich bliskich do żebrania o wsparcie. Do pisania błagalnych apeli o pomoc i przekonywanie, że bez kolejnej zbiórki nie wyzdrowieją.
Najwyższy już czas, by znalazł się odważny minister zdrowia, który przyzna, że każda taka zbiórka to niezbity dowód, że państwo nie chroni swoich najsłabszych obywateli. I że dopóki się to nie zmieni, Polacy będą chorować i umierać w poczuciu, że jeśli nie wybłagają jakiegoś wsparcia, to państwo na pewno im go nie zapewni. Państwo, w którym żyją, pracują i płacą podatki oraz składki na NFZ. A jeśli chorują dzieci, robią to ich rodzice.
Akcja Łatwoganga powinna być dla polityków nie tylko wyrzutem sumienia, ale także aktem oskarżenia. Dowodem, że przez dziesiątki lat nie zdołali sprawić, by chorzy czuli się w swoim własnym kraju bezpieczni. Żeby mieli pewność, że dostaną pomoc, jakiej potrzebują. I że nikt im nie powie: radźcie sobie sami. Apelujcie, błagajcie, nawet żebrzcie, może zdołacie kogoś namówić, by wpłacił na was dychę.
I nie chcę słyszeć, że żadne państwo — a zwłaszcza państwo polskie — nie udźwignie samo ciężaru opieki nad chorymi. I dlatego muszą je wspomagać fundacje, stowarzyszenia, WOŚP i Łatwogang. To jest zwykła wymówka, która pozwala pozbyć się odpowiedzialności. Czas w końcu wziąć się za naprawę ochrony zdrowia, choć wiadomo, że trzeba będzie za to zapłacić polityczną cenę. Trzeba się za to wziąć, nawet gdyby miało to kosztować przegrane kolejne wybory, bo stawką jest zdrowie i życie Polaków.
Czy znajdzie się taki odważny polityk? Wątpię. Na razie widzę głównie takich, którzy pławią się we wzruszeniu, jakby to oni przyczynili się do gigantycznego sukcesu zbiórki zorganizowanej przez Łatwoganga. Piszą teraz pełne uniesienia posty, rozwodzą się nad wspaniałomyślnością rodaków, choć tak naprawdę powinni się wstydzić, bo zawiedli. I tego nie przykryje żadna, nawet najwspanialsza społeczna akcja.