Rzadko się zdarza w życiu społecznym taki emocjonalny rollercoaster jak ten ostatnio. Więcej: myślę, że nawet w życiu jednostkowym, poszczególnym, gdzie wiadomo, że emocje odgrywają rolę o wiele bardziej doniosłą, nawet tam trudno byłoby znaleźć analogię. Nic dziwnego, że wiele osób próbuje schować się za tarczą czegoś na kształt podejrzliwej racjonalności. Nic dziwnego, że im się to nie udaje.
W czwartek dotarła do nas tragiczna, niemożliwa do ogarnięcia wiadomość o śmierci posła Łukasza Litewki. Czytałam tych kilka linijek ze sto razy, bo cały czas nie mogłam i wciąż nie mogę pojąć, jak taki absurd w ogóle mógł mieć miejsce. Jakim kosmicznym prawem coś takiego mogło się stać? I powiem szczerze, że nie znalazłam pomocy ani żadnej pociechy w jakiejś myśli wzniosłej, chociaż tyle ich przecież znam. W głowie się ten absurd niepotrzebnej, przedwczesnej śmierci nie chce za nic zmieścić.
Od lat obserwowałam działania posła Litewki ze wzruszeniem i podziwem. Myślałam sobie, że to wreszcie jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Łączył ogromną wrażliwość ze sprawczością. Pomagał ludziom i istotom więcej niż ludzkim, był tam, gdzie najsłabsi go najbardziej potrzebowali. Skupił wokół siebie niezwykłą społeczność nieobojętnych — Team Litewka, grupę ludzi dobrej woli, do których apelował o pomoc, a oni natychmiast i bezbłędnie reagowali. Wspólnie dokonywali cudów, ratowali życie, nieśli pomoc i dawali nadzieję. Poseł Litewka zbierał pieniądze m.in. na leczenie dzieci chorych na SMA, ratował cierpiące psy z mordowni zwanej „schroniskiem” w Sobolewie. Miał odwagę piętnować zło, ujawniać twarze przestępców, którzy dopuszczali się aktów bestialstwa wobec ludzi i zwierząt.





