„Znany psycholog Andrzej S. zatrzymany” – czytała poranną prasę. Gigantyczna klucha stanęła jej w gardle. Dalsze informacje całkowicie ją rozwaliły. Nie mogła powstrzymać łez. Jezu, przecież Franio był pacjentem Andrzeja Samsona. Czy to możliwe, że on…? Od razu ucięła tę myśl i zaczęła retrospekcję.
W maju 2003 roku przypadkowo znalazła numer do Andrzeja Samsona. Nawiązała z nim kontakt i raz w tygodniu woziła syna na dwugodzinną wizytę.
Synek miał wtedy nieco ponad trzy lata. Dziecko było w gabinecie, a ona w tym czasie miała przymusowy czas wolny. Snuła się bez celu, spacerowała po okolicy. W gabinecie być nie mogła, a poczekalni nie było. Zresztą za każdym razem terapeuta podkreślał: „Proszę wrócić za dwie godziny”. W czasie wizyt na Wiktorskiej w Warszawie jej syn nie mówił. Dość szybko Samson skierował go do foniatry, nie stwierdzając zaburzeń psychologicznych.
Ku jej radości syn w końcu zaczął mówić, komunikacja z nim stawała się coraz łatwiejsza. Początkowo chodził do psychologa chętnie. Na pierwsze wizyty woziła rzeczy do przebrania, bo był jeszcze bardzo mały i się moczył. Z czasem coraz częściej manifestował niechęć do tych wizyt.
Były dni, kiedy reagował płaczem i krzykiem, wtedy psycholog prosił, aby zostawiła dziecko i wyszła, więc wychodziła. Ufała mu i wierzyła, bo przecież ceniony powszechnie terapeuta znał się na dzieciach jak nikt inny. Gdyby nie jego sugestie, kto wie, czy Franek w ogóle by mówił. Doświadczenie biło niemal z każdej jego wypowiedzi. Bez wątpienia był autorytetem w sprawach psychologii.
Zdarzały się takie sytuacje, że czasem stała na klatce schodowej i słuchała, jak po jej wyjściu jeszcze długi czas syn płakał i kopał w drzwi. A ona wbrew sobie nie biegła mu na ratunek. Miała zaufanie, ekspert od dzieci najlepiej wie, co robić. Leczy przecież od lat i ma sukcesy. Zapraszają go do telewizji, radia, można znaleźć jego rady w gazecie, w książkach. To prawdziwe szczęście, że znalazł czas na pracę z jej dzieckiem.
Spojrzała ponownie na gazetę. Jak zły sen wróciły wszystkie obrazy, które już dawno usunęła z głowy. Przypominało jej się, jak po jednej z wizyt, już po wyjściu z gabinetu poczuła mocny zapach perfum Andrzeja Samsona. Franio cały nimi pachniał. Zatrzymała ją ta myśl, ale nie na długo. Pomyślała, że może go przytulał i pocieszał po jej wyjściu. Gdy sytuacja się powtórzyła, po powrocie do domu obwąchiwała nawet goły brzuszek i stopy Frania. One też pachniały Samsonem.
Nigdy nie wypowiedziała swoich obaw głośno. Kiedyś nawet jej mąż zwrócił uwagę, że Franek bardzo mocno pachnie po tych wizytach. Jego również to zaniepokoiło, ale żadne z nich nie wyartykułowało swoich obaw. Pewnego razu, gdy poszła po syna po skończonej terapii, zobaczyła, że jest on w samych majtkach. Wtedy psycholog tłumaczył jej, że było bardzo gorąco, a oni się bawili i chłopiec się zgrzał, więc go rozebrał. Faktycznie było lato, otwarte okno, pan Samson też był bardzo spocony, a Franio miał wilgotne od potu włosy.
Gdy wracali do domu, znów czuła zapach męskich perfum, którymi pachniał jej syn. Obraz dziecka w majtkach i spoconego psychologa dziś nabrał innego znaczenia. W dodatku wtedy bardzo się spieszyła. Syn po wyjściu z gabinetu nie mógł iść po schodach, powiedział „aua” – teraz już wie, dlaczego. Wtedy w pośpiechu wzięła go pod pachę i zniosła do samochodu. Myślała, że dostał klapsa.
Oglądała go przed kąpielą, ale nie było siniaków. Mój Boże! Nie oglądała okolic odbytu, nie wpadła na to.
Następnym razem, gdy zastała Franka w samych majtkach, psycholog tłumaczył, że próbuje nauczyć go siadania na nocniku. Taką sytuację zastała ze trzy razy, a może więcej, ale zawsze Samson miał wytłumaczenie. A ona głupia wierzyła. Nie podejrzewała, a może bardziej nie dopuszczała myśli, że znany psycholog mógłby zrobić jakąkolwiek krzywdę dziecku, jej dziecku.
Chłopiec wówczas nie mówił, jedynie przytakiwał lub zaprzeczał w odpowiedzi na zadane pytanie. A ona formułowała pytania w stylu czy się bawił, więc przytakiwał, bo „to” pewnie Samson nazywał zabawą.
Coraz bardziej widoczny był sprzeciw, dziecko manifestowało niechęć, jak umiało. A ona jak w hipnozie ciągnęła go na siłę, słyszała, że płakał, kopał w drzwi, słyszała, jak psycholog krzyczał na niego, żeby nie przesadzał. Jak ubezwłasnowolniona, całkowicie pozbawiona zdolności myślenia istota skazywała dziecko na kontakt z psycholem, który go krzywdził i wykorzystywał. Nigdy nie informował jej o przebiegu terapii, uspokajał, wykluczał, że to autyzm. Za każdym razem brał za wizytę około stu złotych.
Franio, gdy miał zostać u Andrzeja Samsona, reagował płaczem. Widoczne było jakieś napięcie. Po około dwóch miesiącach regularnego przychodzenia na terapię stwierdziła, że za długo to trwa. Niechęć Franka i płacz przerodziły się w apatię. Szedł na wizyty jak „owieczka”, przestawał płakać, ale nadal zostawał z Samsonem niechętnie. Odciągał ją od drzwi gabinetu za każdym razem, gdy się do nich zbliżali. A gdy przychodziła po niego, ciągnął ją do wyjścia z mieszkania Samsona jak oszalały.
We wrześniu 2003 roku Franek zadebiutował w przedszkolu. Przez pierwszych kilka dni rodzice mogli zostawać z dziećmi, by zobaczyć, jak przebiega przedszkolna adaptacja. Z przerażeniem zobaczyła, jak jej syn reaguje na inne dzieci. Bił je, szarpał za włosy, to była straszna agresja. Była przerażona, nie wiedziała, co się dzieje. Pani dyrektor zwróciła błyskawicznie na to uwagę i poprosiła, aby matka zostawiła Franciszka samego wśród dzieci z nią i z wychowawczynią. Gdy nie było jej w pobliżu, zachowywał się inaczej i już nie bił dzieci. Dziwne było to wszystko i wówczas dla niej niezrozumiałe. Obiecała dyrekcji, że porozmawia o tym z psychologiem, który prowadzi Franka. Nigdy dotąd jej syn nie zachowywał się w ten sposób, nie potrafiła zrozumieć tej sytuacji.
Podczas kolejnej wizyty powiedziała o tym Samsonowi. O dziwo, zareagował złością. Wykrzykiwał, że ta baba, mówiąc o dyrektorce, nie ma pojęcia o jej dziecku. To cudowny, fajny chłopak i wszystko z nim jest okej. Jego zdaniem Franek powinien chodzić do przedszkola. Kompletnie nie skupiał się na agresji, która ją przeraziła, tylko na tym, że Franio ma chodzić do przedszkola. No i chodził. Zapisała go na ćwiczenia do logopedy, do foniatry. W październiku natomiast przestała wozić go na terapię do Samsona.
Łzy same kapały na gazetę, która rozmiękła i rozmazał się na niej druk. Nie miała już złudzeń. Jej syn był jedną z ofiar Andrzeja Samsona, a ona była winna, że zaufała temu człowiekowi i że dziecko do niego trafiło.
Publikujemy fragment książki „Psycholog. Sprawa Andrzeja Samsona” wydanej nakładem Wydawnictwa Otwarte.