Rosjanie muszą się liczyć z tym, że w przypadku incydentu zbrojnego czy ataku, wszelkie kłótnie i niesnaski zostaną odłożone na bok. Jeśli jest coś, co łączy wszystkie rządzące na przemian Łotwą ugrupowania, to jest to właśnie niechęć do Rosji — mówi zajmujący się Bałtami analityk Bartosz Chmielewski. Jednak potencjalny punkt zapalny znajduje się jego zdaniem gdzie indziej.
Newsweek: Z powodu incydentu dronowego na Litwie w środę zamknięto tymczasowo przestrzeń powietrzną nad Wilnem, zaś prezydent i pani premier ukryli się na czas alarmu w schronie. Kilka dni wcześniej na terytorium tego kraju spadł uzbrojony dron. Mniej lub bardziej poważne incydenty dronowe miały miejsce wcześniej w Estonii i na Łotwie. Przechodzimy w nową fazę konfliktu?
Bartosz Chmielewski, analityk OSW: Jeśli chodzi o drony nad krajami bałtyckimi problemem jest nie tyle Rosja, co kontratakująca w powietrzu Ukraina. Bezzałogowce, które stanowiły zagrożenie to drony ukraińskie skierowane na cele w północnej Rosji. Z powodu rosyjskiego zagłuszania wlatują na terytorium Litwy, Łotwy i Estonii. Państwa bałtyckie dostają rykoszetem z powodu ukraińskich ataków.
Paradoksalnie wpisuje się to w szerszy rosyjski plan zdestabilizowania tych trzech państw, które przed rozpadem ZSRR były częścią imperium, prawda?
— W pewnym sensie tak. Natomiast ponieważ to Ukraińcy prowadzą ataki dronowe, to odpowiedzialność za takie wypadki spada na Kijów. Zresztą i Tallin, i Ryga, i Wilno monitują regularnie ukraińskie władze w tej sprawie, domagając się zapobieżenia tego typu incydentom. Niestety od ponad miesiąca kraje bałtyckie stały się państwami przyfrontowymi w dosłownym tego słowa znaczeniu.
To pokłosie nowej odsłony wojny dronowej?
— Pierwszy incydent miał miejsce 25 marca, kiedy zabłąkany ukraiński dron uderzył w komin elektrociepłowni w miejscowości Auvere na północnym wschodzie Estonii. 7 maja dwa ukraińskie drony naruszyły przestrzeń powietrzną Łotwy, a jeden z nich uderzył w skład paliw w Rzeżycy. Problem dotyczy nie tylko Litwy, Łotwy czy Estonii, gdzie w ostatnich dniach ogłaszano alarmy przeciwlotnicze. W Finlandii też dochodzi do incydentów z ukraińskimi dronami, które przekraczają fińską przestrzeń powietrzną.
Porozmawiajmy szerzej o zagrożeniu pełnoskalową wojną w państwach bałtyckich. W zachodnich mediach pojawiają się teksty sugerujące, że Rosja szykuje coś, co wykraczałoby poza ramy wojny hybrydowej. Czy rządy krajów bałtyckich przygotowują się na taką ewentualność?
— Przygotowują się do tego w pewnym sensie już od 2014 roku, ale tak na dobre od lutego 2022 roku, czyli od rosyjskiej pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Decydenci na Litwie, Łotwie i w Estonii mają najczarniejszy ze scenariuszy gdzieś tam z tyłu głowy. Uważam jednak, że mimo alarmistycznego tomu zachodnich mediów, nic nie wskazuje na to, by zwiększyło się zagrożenie atakiem ze strony Rosji. Jedyną zmianą, którą zaobserwowałem w ostatnim czasie, jest wzmożenie rosyjskich oskarżeń i ataków propagandowych na Łotwę.
Moskwa poczuła krew, bo na Łotwie mamy kryzys rządowy [łotewski rząd upadł tydzień temu z powodu sporu o ukraińskie drony — red.] W Rydze mamy okres przejściowy między upadkiem jednego rządu a sformowaniem drugiego. Rosyjski wywiad oskarżył władze łotewskie o to, że udzielają zgody na start ukraińskich dronów skierowanych na Petersburg z terytorium Łotwy. Chodzi oczywiście o to, by w tej sposób odwrócić uwagę rosyjskiej opinii publicznej od tego, że Rosja nie radzi sobie z ukraińskimi nalotami. Wracając do pytania, nie sądzę, aby w tym roku mogło dojść do jakiejś akcji zbrojnej wymierzonej w kraje bałtyckie. Front na Ukrainie praktycznie stoi. Północna część Rosji zalewana jest codziennie ukraińskimi dronami. Co najwyżej można by się obawiać jakiegoś zamachu terrorystycznego lub kolejnej fali aktów sabotażu i podpaleń. Ciężko mi sobie wyobrazić, żeby mogło dojść do pełnoskalowej inwazji albo do jakiegoś poważnego ataku. Rosja musi skupić się na wojnie z Ukrainą.
Estonia ma swój plan obrony przed Rosją, który zakłada m.in. uderzenie wyprzedające. Litwini też poważnie podchodzą do sprawy. Czy Łotwa jest miękkim podbrzuszem północno-wschodniej flanki NATO?
— Tak, ale wcale nie ze względu na mniejszość rosyjską, ale głównie dlatego, że państwo jest słabe i mało sterowne. Łotwa ma sporo wewnętrznych problemów społecznych, ekonomicznych i politycznych, głównie ze względu na skomplikowaną scenę polityczną. Krajem rządzą wielopartyjne koalicje rządowe składające się z kilku małych partii, które wcześniej czy później ze sobą zrywają. Politycy szczególnie w kończącej się kadencji zajmują się głównie sami sobą, a nie problemami i wyzwaniami stojącymi przed krajem. To dlatego Łotwa zostaje w tyle za sąsiadami, i jeśli chodzi o wymyślanie i wdrażanie w życie strategii rozwojowych czy obronnych.
Rosja miesza na Łotwie?
— Kreml nie musi nawet specjalnie nic robić, bo łotewska scena polityczna jest niejako systemowo niestabilna. Od 15 lat wybory zazwyczaj (wyjątkiem były wybory w 2022 roku) wygrywa ugrupowanie populistyczne czy prorosyjskie, ale nie jest w stanie rządzić, bo nie może znaleźć koalicjantów. W związku z czym krajem rządzi konglomerat małych zazwyczaj prawicowych ugrupowań, które tworzą koalicje, czasem składające się z trzech, czasem z pięciu formacji. Często te partie nie mają ze sobą nawet punktów wspólnych, czy jakichkolwiek pokrewieństw ideologicznych. Łączy je tylko to, żeby nie dopuścić do władzy populistów. W rezultacie koalicje co jakiś czas przeżywają kryzysy, a państwo od jakiegoś czasu buksuje.
Gdyby Rosja zdecydowała się na coś więcej niż tylko rozszerzanie wojny hybrydowej, wybrałaby za cel Łotwę?
— Pewnie tak. Natomiast Rosjanie muszą się liczyć z tym, że w przypadku jakiegoś incydentu zbrojnego czy ataku, wszelkie kłótnie i niesnaski zostaną odłożone na bok i siły polityczne zjednoczą się wokół zagrożenia. Jeśli jest coś, co łączy wszystkie te rządzące na przemian Łotwą ugrupowania, to jest to właśnie niechęć do Rosji.
W 2025 roku zagraniczne media rozpisywały się o tzw. scenariuszu narewskim, czyli rosyjskiej prowokacji, która mogłaby skończyć się atakiem na przygraniczne estońskie miasto Narwa. Na ile jest on realny?
— (Rozmówca głęboko wzdycha z irytacji). Tak samo mało realny jak „scenariusz białostocki”. Nie wierzmy w bajki o Narewskiej Republice Ludowej. Między krajami bałtyckimi a Rosją są punkty sporne, które mogłyby stać się potencjalnym zarzewiem konfliktu. Jednym z nich jest np. problem braku korekty granicy estońsko-rosyjskiej od lat 90. Estonia jest jedynym państwem regionu i jedynym krajem NATO graniczącym z Rosją, które nie ma ratyfikowanego traktatu granicznego. Kraje dzieli spór o kilka procent terytorium przedwojennej Estonii (m.in. okręg Pieczory i tereny za rzeką Narwą). Na granicy są więc odcinki sporne, których przynależność może być przez Rosję podważana. Robiła już to zresztą w przeszłości. W październiku 2025 roku w regionie tzw. buta Saatse — należącym do Rosji obszarze usytuowanym przy granicy z Estonią — pojawili się umundurowani Rosjanie.
Znam jeszcze co najmniej trzy takie potencjalnie zapalne miejsca na granicy estońsko-rosyjskiej. Gdyby miało dojść do jakiegoś incydentu granicznego, to stanie się to właśnie w którymś z nich. Wystarczy, że Rosjanie zechcą zamanifestować tam swoją obecność, a Estończykom puszczą nerwy i zaczną strzelać do intruzów. Wtedy rozpęta się awantura, pojawią się pytania, kto był na czyim terytorium? I kto zaczął?
Co jest największym zagrożeniem dla Litwy? Konflikt wokół Kaliningradu?
— Największym koszmarem Rosji w tej części Europy jest wstrzymanie przez Litwinów tranzytu kolejowego z Rosji do eksklawy. Tranzyt odbywa się na podstawie obowiązującego porozumienia między UE a Rosją i wynikających z niego zobowiązań. Ilekroć pojawiają się kwestie sporne, Rosjanie grożą Litwie. Rząd litewski nie zamierza nic w tej kwestii robić, choć w październiku zeszłego roku szef litewskiej dyplomacji Kęstutis Budrys zastrzegł, że Litwa mogłaby zamknąć tranzyt do Kaliningradu, gdyby wymagało tego bezpieczeństwo kraju.