Nie możesz zdradzić naszych nazwisk. Nie możesz zrobić nam żadnych zdjęć. Nikt nie może się dowiedzieć, kim jesteśmy. Bo nawet nasi znajomi i sąsiedzi nie wiedzą, co robimy – słyszę na pierwszym spotkaniu.
„Pracuj w ciszy, niech efekt przyniesie hałas” – takie hasło znajduję na korytarzu jednego z budynków na warszawskim Mokotowie. Murowana kamienica z czerwonej cegły, nieco na uboczu. Ogrodzona metalowym płotem, otoczona zielenią. Schowana przed wzrokiem ludzi przechodzących w pobliżu. Jest zresztą dobrze zabezpieczona przed dostępem osób postronnych. I choć znajduje się na terenie należącym do policji, większość funkcjonariuszy nie ma do niej wstępu. To tutaj jest siedziba łowców cieni – funkcjonariuszy elitarnej, a jednocześnie najbardziej tajemniczej formacji śledczej w polskiej policji.
Nikt nie zna ich twarzy, 10 nazwisk, pseudonimów, życia prywatnego. Nie wypinają piersi w galowym mundurze do orderów, nie organizują pokazowych widowiskowych akcji, nie chodzą na defilady czy inne oficjałki. A jeżeli już, to z zasłoniętymi twarzami. Działają po cichu, dyskretnie, bez hałasu, jakby w równoległym, niewidocznym świecie, znajdującym się pod powierzchnią tej rzeczywistości, w której my żyjemy. To właśnie oni łapią najgroźniejszych i najbardziej poszukiwanych przestępców, ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości. Tropią ich konsekwentnie i uparcie niczym wataha wilków, aż pochwycą swoją „zdobycz”. Są dla nich postrachem. Paradoksalnie podczas zatrzymywania sami bandyci, gangsterzy czy zabójcy wzdychają z ulgą i mówią: „Uff, dobrze, że to akurat wy, ciężko mnie było dopaść, skoro musieli wysłać najlepszych”. Wiedzą bowiem, że z tego powodu będą mieli większy szacunek wśród współwięźniów lub członków grup przestępczych. Łowcy cieni zajmują się też rozwiązywaniem dramatycznych uprowadzeń dla okupu, co również dzieje się zazwyczaj w ciszy i mroku, bez fleszy i rozgłosu. Kiedy do nich dochodzi, rzucają wszystkie inne sprawy i pracują 24 godziny na dobę, bo – jak sami mówią – to jedno z tych przestępstw, które rozgrywa się na żywo, tu i teraz, więc każda minuta jest ważna, a priorytetem życie i zdrowie zakładników oraz ich uwolnienie.
To oni brali udział w namierzaniu najbardziej poszukiwanych bandytów na czele z „Belmondziakiem”, „Smokiem” czy „Twardym”. Uczestniczyli, wraz z innymi policjantami, w zatrzymaniu na Malcie Kajetana P., polskiego Hannibala Lectera, który zamordował nauczycielkę języka włoskiego, chciał uciec do Afryki i dalej zabijać. To dzięki nim w ręce wymiaru sprawiedliwości wpadła słynna „miss listów gończych”. To oni, wraz z innymi funkcjonariuszami, namierzyli i zatrzymali tych, którzy uprowadzili dla okupu dziesięcioletniego Kamilka z Krakowa czy żonę biznesmena z Dolnego Śląska. O szczegółach swojej pracy nie rozmawiają nawet z rodzinami czy przyjaciółmi. Właściwie z nikim. Dla mnie zrobili wyjątek. Dlatego, na ich prośbę, w książce zmieniłem nawet ich imiona.
Jak dostać się do tego elitarnego kręgu? Dlaczego nazywani są „wydziałem walizkowym”? Dlaczego podszyli się kiedyś pod zespół disco polo? Dotąd nie zdradzali kulisów swojej służby. Oddaję im głos. Mówią o tym, o czym do tej pory nie mówili nikomu.
Milioner w stroju budowlańca
Bywa, że przestępcy stosują naprawdę nieszablonowe sposoby, by dobrze się zakamuflować. I robią to naprawdę konsekwentnie, by nie pozwolić sobie na wpadkę. Tak było w przypadku Arkadiusza Ł., ps. „Hoss”, inicjatora i kierującego tak zwaną mafią wnuczkową, czyli grupą przestępców wyspecjalizowanych w oszustwach metodą „na wnuczka” i ich odmianami, na przykład „na policjanta” czy „na wypadek”, po których zmanipulowane ofiary przekazują oszustom swoje pieniądze dobrowolnie, myśląc, że przeznaczają je na ratunek kogoś rodziny bądź chronią je przed złodziejami, dając na przechowanie policjantom.
Tomasz: Brałem udział w jego zatrzymaniu w 2017 roku. „Hoss” udawał zwykłego robotnika. Kasy miał jak lodu, a nie chodził w garniturze ani w modnych ciuchach. Od razu wychodził ze swojego apartamentu w stroju budowlańca. Mieliśmy wytypowane mieszkanie, w którym miał przebywać. Zaczęliśmy obserwację, ale było puste. W pewnym momencie ruch w mieszkaniu, ktoś się pojawił. Przejrzeliśmy monitoring i okazało się, że wchodził do mieszkania w białym kasku i kamizelce, z torbą narzędziową i poziomicą w ręku. Nie pasował do wizerunku, który mieliśmy. Ale sprawdziliśmy na zbliżeniach i potwierdziliśmy, że to on. Zatrzymaliśmy go w tym mieszkaniu.
Piotr: Faceci poszukiwani w związku z niepłaceniem alimentów ukrywają się tak: wychodzą z domu przed szóstą rano, a jak widzą policjanta, to chowają się za sklep. Ktoś poszukiwany za grubsze sprawy, kto ma więcej kasy i jakieś zaplecze w środowisku, ukrywa się inaczej. To są historie, którymi oni żyją w świecie przestępczym. Jeżeli wiedzą, że jest ktoś, kto ukrywa się pięć lat, to inni członkowie jego grupy są gotowi mu pomagać. Ale ciekawe jest też to, że większość ludzi, których zatrzymujemy, mówi: „Uff, dobrze, że to się wreszcie skończyło”. Bo psychicznie mają dość, ale sami z siebie by się nie poddali. Taki paradoks.
Bogdan: To nie jest też tak, że poszukiwani wymyślają nie wiadomo co, że zostają jakimiś superbohaterami albo pielęgniarkami w szpitalu. Jeżeli masz pieniądze i możliwości, a wiesz, że będziesz mocno poszukiwany, to musisz zmienić swój wizerunek. Były przypadki operacji nosa czy innej części twarzy. Niektórzy oczywiście zmieniają też fryzury czy zarost.
Tomasz: Był jakiś czas temu przypadek, że facet zoperował sobie uszy, bo miał bardzo charakterystyczne. I ostrzygł się. Od razu zmieniło mu to rysy twarzy. Dlatego najważniejszym aspektem ukrywania się jest przede wszystkim zmiana tożsamości. Albo na czyjąś, czyli podszywanie się pod kogoś istniejącego w rzeczywistości. Albo zupełnie fałszywą, czyli nadanie sobie zupełnie nowego imienia i nazwiska, całkowicie zmyślonego, i wyrobienie nowego dokumentu na te dane, choć często z własnym zdjęciem, żeby nikt się nie przyczepił. Fałszywą tożsamość trudniej stworzyć. Na przykład zdarza się, że ukrywający podaje się za swego brata. Policja sprawdza jego imię i nazwisko, jest OK, czysty, nie jest ścigany, nie ma na koncie przestępstw, do widzenia. Ale mieliśmy przypadek, że facet wyrobił sobie dokument w ambasadzie na dane kolegi. Był tak bezczelny, że nikomu nie przyszło do głowy, że ktoś może być aż tak zuchwały. I dostał nowy, już autentyczny dokument, tyle że nie na swoje dane.
Król whisky
Jako przykład bezczelności można przypomnieć historię „króla whisky”. Jego namierzyli co prawda nie łowcy cieni, a tak zwani łowcy głów z Łodzi. Łukasz R., ps. „Rataj”, znany łódzki gangster, był poszukiwany od 2004 roku. Na koncie miał między innymi nielegalne posiadanie broni, wymuszenia rozbójnicze, rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, działalność w zorganizowanej grupie przestępczej, a nawet usiłowanie zabójstwa w 1997 roku. Wydano za nim międzynarodowy list gończy. Gangster był ścigany przez polski wymiar sprawiedliwości przez blisko 20 lat. W 2023 roku sprawę przejęli łódzcy łowcy głów, czyli funkcjonariusze z Wydziału Poszukiwań i Identyfikacji Osób Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Podejrzewali, że Łukasz R. może przebywać poza granicami Polski.
– Ich działania szybko skoncentrowały się na terenie Wielkiej Brytanii. Gdy ustalili, jakimi danymi osobowymi posługuje się poszukiwany mężczyzna, zaczęli „deptać mu po piętach”. Wiedzieli już, czym się zajmuje i jakim imieniem i nazwiskiem się posługuje. Informacje te przekazali policyjnemu oficerowi łącznikowemu w Wielkiej Brytanii, który przekazał je miejscowym służbom – relacjonowała nadkom. Aneta Sobieraj, rzeczniczka KWP w Łodzi.
Brytyjscy policjanci ustalili, gdzie konkretnie przebywa poszukiwany. 18 stycznia 2024 roku zatrzymali go w jego miejscu zamieszkania. Łukasz R. nie stawiał oporu. Był zaskoczony, że policjanci dopadli go po tak długim czasie. W końcu przyznał się też do tego, jak się naprawdę nazywa. Wyszło na jaw, że posługiwał się personaliami istniejącej i mieszkającej w Polsce osoby. Okazało się, że Łukasz R. przez te 20 lat nie próżnował. Pod przybranymi personaliami, już jako Dariusz P., rozpoczął nowe życie, założył rodzinę i dobrze prosperującą firmę produkującą wysokoprocentowe alkohole. Specjalizował się w kraftowej whisky. Interes szedł mu tak dobrze, że pod zmienionym nazwiskiem zaczął nawet udzielać wywiadów mediom, chętnie opowiadając o swoim biznesie i powodach, dla których przeprowadził się do Wielkiej Brytanii. W niektórych środowiskach zyskał nawet z tego powodu przydomek „król whisky”. Oczywiście w wywiadach nie wspominał o swojej przestępczej działalności w Polsce. Ostatecznie nie uniknie jednak odpowiedzialności. Po jego zatrzymaniu w Wielkiej Brytanii rozpoczął się długi i żmudny proces ekstradycji. Łukasz R. nie chciał się na nią zgodzić. Robił też wszystko, by nie siedzieć za kratami. Dwukrotnie odwoływał się od decyzji sądu. Proponował 200 tysięcy złotych kaucji za możliwość wyjścia na wolność. Argumentował, że ma ustabilizowaną sytuację rodzinną i życiową, dom w Londynie i prowadzi dużą firmę. Przekonywał, że dawno zerwał z przeszłością i przestępczymi działaniami. Zapewniał, że nie zamierza już uciekać. Sąd mu nie uwierzył. Po ponad roku procesu ekstradycyjnego przyszło wreszcie rozstrzygnięcie. – 29 maja 2025 roku konwój z zatrzymanym wylądował na warszawskim Okęciu. Obecnie 48-latek przebywa w areszcie – informowała nadkom. Aneta Sobieraj, dodając, że w Polsce mężczyznę czeka długoletnia odsiadka.
Piotr: Zajmujemy się teraz kilkoma sprawami, co do których wiemy, gdzie ktoś się ukrywa. Ale są problemy. Często trzeba się przebijać przez międzynarodową biurokrację. Tak jest na przykład w przypadku Piotra O. Piotr O. to właściciel wytwórni płytowej nazwanej jego nazwiskiem, która współpracowała między innymi ze wspomnianym już „Jongmenem”. Wytwórnia zasłynęła na przykład produkcją teledysku tego rapera kręconego w Dubaju. Wielu innych artystów także do niego jeździ, nagrywa z nim klipy i piosenki. Bogdan: „Robiłem go” w 2017 roku. W 2019 roku był zatrzymany, ale znowu został zwolniony. Mamy informacje, że jest w egzotycznym kraju. Ale my wiemy, że on tam jest, wiemy gdzie. I zaczyna się od początku. Jest nawiązanie kontaktu z tamtą stroną, a oni wymyślają: „Nie mamy umowy ekstradycyjnej”. Jest jednak dopuszczalna wymiana, więc polski prokurator w trybie pilnym występuje z odpowiednimi dokumentami. Trwa to wszystko rok i kiedy już jest blisko do zatrzymania, okazuje się, że oni zgubili jakiś jeden dokument. I wszystko od nowa. Inna sprawa, że ci ludzie tam na miejscu czują się na tyle pewni – nie wiem, z czego to wynika – że często przeglądając na przykład miejscowe media, ze zdziwieniem odkrywamy, że facet udziela tam wywiadów, bo jest związany z lokalnym biznesem. Jak ten „król whisky”.
Publikujemy fragment książki Piotra Halickiego „Łowcy cieni. Kulisy działania najbardziej tajemniczej jednostki policji” wydanej nakładem Wydawnictwa Otwarte.





