Ogólnonarodową debatę wywołała decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy honorowe miano „Bohaterów UPA”.
W Polsce wszystkie partie i czołowi politycy nie kryli oburzenia, wskazując, że upamiętnianie formacji odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej jest nie do przyjęcia.
Oczywiście Warszawa nie ma skutecznych narzędzi ingerencji w decyzje Kijowa dotyczące ukraińskiej polityki pamięci, jednak najnowsze napięcie w relacjach dwustronnych zawiodło nasze zrozumiałe oczekiwania pewnego politycznego zadośćuczynienia. Dla wielu z nas indywidualna pomoc wschodnim sąsiadom, bandycko zaatakowanym przez Federację Rosyjską, była naturalnym odruchem.
Sądziliśmy, że po wspólnym przeżyciu tamtych dramatycznych chwil władze Ukrainy wykażą się zrozumieniem, iż odnalezienie i godny pochówek ofiar UPA stanowi dla Polek i Polaków moralny obowiązek. Przeciąganie poszukiwań zbiorowych mogił na Wołyniu, połączone z gloryfikowaniem zbrodniarzy, całe polskie społeczeństwo odczuwa jako dotkliwą obelgę.
Polska i Niemcy wytyczyli szlak pojednania
Rodzi się w tym miejscu pytanie, czy w obecnych i przyszłych warunkach trwałe oraz szczere pojednanie między państwami, politykami i wreszcie narodami Polski i Ukrainy jest w ogóle możliwe.
Lily Gardner Feldman, uznana badaczka historycznych koncyliacji, wskazuje na kilka kluczowych czynników tego procesu: wizję, polityczne przywództwo, uczciwe zmierzenie się z trudną przeszłością, symboliczne gesty porozumienia oraz instytucjonalne ramy wsparcia.
Dobrym punktem odniesienia jest niełatwe, lecz doniosłe pojednanie polsko-niemieckie. Zarówno polscy biskupi, którzy w 1965 roku skierowali do niemieckich braci list ze słynną frazą „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”, jak i kanclerz Willy Brandt, uznający granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej, wykazali się dalekowzrocznością i polityczną odpowiedzialnością.
Tak prymas Stefan Wyszyński, jak i legendarny lider niemieckiej SPD byli bezpardonowo atakowani za ówczesne gesty porozumienia. Dziś niemiecka odpowiedzialność za zbrodnie popełnione na obywatelach II RP – trzech milionach Polaków oraz na trzech milionach polskich Żydów – nie jest już osią sporu między rządami, elitami politycznymi czy historykami obu krajów.
Budowę mostów między społeczeństwami co roku wspiera szereg wspólnych instytucji, choćby Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Polsko-Niemiecka Współpraca Młodzieży czy Polsko-Niemiecka Fundacja na rzecz Nauki. Na tym tle trzeba uczciwie przyznać: polsko-ukraińskie pojednanie po prostu nie istnieje.
Bez rachunku sumienia nie będzie niczego
Polska od początku wspierała Ukrainę na arenie politycznej. Jako pierwsze państwo uznaliśmy jej niepodległość w 1991 roku; w 2004 roku Aleksander Kwaśniewski, a w 2014 roku Radosław Sikorski zaangażowali się we wsparcie ukraińskiej opozycji demokratycznej.
Każdy prezydent i premier RP po 1989 roku prowadził politykę sprzyjającą zachodnim aspiracjom Kijowa. Trudno jednak doszukać się autentycznych symboli i wizji pojednania. Jedynymi przywódcami, którzy wspólnie pokłonili się polskim i ukraińskim ofiarom, byli prezydenci Kwaśniewski i Leonid Kuczma.
Od tamtej pory oglądaliśmy raczej gesty mniej lub bardziej prowokacyjne: w 2010 roku prezydent Wiktor Juszczenko pośmiertnie przyznał Stepanowi Banderze tytuł Bohatera Ukrainy; w 2018 roku ukraińskie władze zasłoniły paździerzowymi płytami rzeźby lwów na Cmentarzu Orląt Lwowskich; w tym roku Wołodymyr Zełenski nadał elitarnej jednostce imię „Bohaterów UPA”. Do dziś stoją zaś na Ukrainie pomniki Bandery i Romana Szuchewycza – architektów ludobójstwa dokonanego na Polakach.
Problemem fundamentalnym pozostaje brak uczciwego podejścia do historii. Strona ukraińska tłumaczy się przy tym trwającą wojną obronną z Rosją, niestabilnością polityczną minionych trzech dekad oraz dużym zróżnicowaniem językowym i pamięciowym własnych obywateli.
Tymczasem prócz uznania win UPA – popełnionych na Polakach, Żydach, Rosjanach i własnych rodakach – Ukraina będzie musiała w przyszłości zmierzyć się również z mroczną kartą udziału swoich przodków w formacjach kolaboranckich, takich jak dywizja SS-Galizien czy oddziały wartownicze (SS-Wachmannschaften), z których wywodzili się m.in. „trawnikowcy” pełniący służbę w niemieckich obozach zagłady w Bełżcu, Sobiborze i Treblince.
Ukraińscy ochotnicy brali czynny udział w tłumieniu powstania w getcie warszawskim oraz powstania warszawskiego.
Bez tego rachunku sumienia droga Ukrainy do Unii Europejskiej i NATO będzie zwyczajnie zamknięta – i to nie tylko z powodu ewentualnego polskiego weta.
Pytania, na które musi odpowiedzieć Ukraina
Przy okazji kolejnych historycznych przesileń strona ukraińska sięga często po argument, że przeszłość należy zostawić historykom, a bliskość naszych narodów wymaga patrzenia w przyszłość. To narracja niebezpieczna i dwulicowa. Zbrodnie UPA pochłonęły życie około stu tysięcy Polaków – to bilans porównywalny z obecnymi ukraińskimi stratami wojny z putinowską Rosją.
Czy zatem po zakończeniu kremlowskiej napaści Kijów również zechce zapomnieć o własnych ofiarach w imię budowy przyszłych relacji z Moskwą? Czy Ukraińcy będą gotowi darować Rosji jej winy, powołując się na bliskość językową, religijną i osobistą milionów rodzin? Pytania te najlepiej obnażają fałsz wezwań, byśmy „spojrzeli w przyszłość”, zanim rozliczono przeszłość.
Pozostaje więc pytanie, na które odpowiedzieć musi sama Ukraina – nie Polska. Czy państwo, które dziś walczy o swoją wolność i niepodległość, naprawdę chce odwoływać się do haniebnego dziedzictwa rodzimych faszystów i nazistowskich kolaborantów? Czy bohaterski żołnierz broniący Kijowa przed Putinem musi być firmowany nazwiskami zbrodniarzy z Wołynia?
Wolna Ukraina naprawdę zasługuje na lepszych patronów niż ci, którzy mordowali bezbronne kobiety i dzieci.
Polska historyczna racja stanu nakazuje godne upamiętnienie wszystkich Polek i Polaków, którzy zginęli z rąk niemieckiej III Rzeszy, Związku Radzieckiego oraz Ukraińskiej Powstańczej Armii.
To obowiązek, którego nie znosi ani upływ czasu, ani doraźna geopolityczna koniunktura – i z którego żaden polski rząd, niezależnie od barw partyjnych, nie ma prawa zrezygnować. Pamięć o pomordowanych nie jest kartą przetargową w negocjacjach o przyszłość, lecz fundamentem, na którym jakakolwiek przyszłość może się dopiero wesprzeć.














