„Powitanie na lotnisku to czas dla kibiców. Nie przewidujemy tam możliwości przeprowadzania wywiadów” – przeczytałem w poniedziałkowy poranek, 8 czerwca, na portalu X, we wpisie Polskiego Związku Tenisowego. Uśmiechnąłem się pod nosem, wiedząc, że tak to nie zadziała. I skończy się dokładnie tak, jak kończy się zawsze.
Żadna to wina mediów, które chcą mieć teraz choć „kawałek” Mai Chwalińskiej dla siebie. Choć przyznaję, śledzenie trasy samolotu na żywo, na antenie TVN24, nie było czymś, co miałem w swoim „bingo” po sukcesie Polki w Roland Garros. Około godziny 9:25 pojawił się jednak sporych rozmiarów komunikat na pasku informacyjnym: Maja wylądowała!
„Pszczółka Maja” dobrem narodowym. Szaleństwo po turnieju w Paryżu
Lotnisko w Warszawie miało jedną bohaterkę. W tle „Pszczółka Maja” Zbigniewa Wodeckiego, do tego mnóstwo kamer, mikrofonów i kibice. Wszyscy czekali na tenisistkę, która zupełnie w swoim stylu – pojawiła się, spędziła skromnie kilka minut na lotnisku – po czym ruszyła w dalszą drogę. Zarażając jednak swoim uśmiechem obecnych na miejscu, chcących choć przez chwilę zobaczyć zawodniczkę, która dała Polsce tyle radości.
Co będzie dalej? Chwalińska turniejem w Paryżu oficjalnie zakończyła swoje poprzednie życie. Niezależnie od tego, co dalej będzie dziać się w karierze Polki, powracanie do niezwykłej historii kwalifikantki, która w Roland Garros 2026 dotarła aż do finału, będzie regularnie zataczać koło. Nic w tym dziwnego, w końcu mająca 24 lata dziewczyna dokonała tej sztuki, jako pierwsza w dziejach paryskiego klasyka. Dość napisać, że Chwalińska jest dopiero dwunastą tenisistką z Polski, która awansowała do czołowej setki rankingu światowego. Zmiana po RG jest przełomowa – z 114. na 21. miejsce WTA.
Pozostając jeszcze na chwilę przy liczbach… Chwalińska na Instagramie przed wyjazdem do Paryża miała niecałe 25 tysięcy obserwujących. Po powrocie do Polski zaraz (stan na poniedziałek 8 czerwca) przekroczy pół miliona. Wartość medialna publikacji o Polce? Przekroczyła 65 mln złotych. Bez zaplanowanych kampanii wizerunkowych czy innych sztucznych tworów. To pokazuje, że sukces i w tym globalnym, internetowym miejscu, można podnieść z kortu. Przepraszam. Wywalczyć. Ale nadal sportowym wynikiem.
Ten sportowy wynik będzie teraz jednak wyznacznikiem. Nie napisałbym, że teraźniejszości, bo po takim sukcesie Chwalińska ma spokojny (choć tylko z nazwy) czas na oddech. Głównie finansowo-organizacyjny, może pomijając zapchaną skrzynkę od ofert sponsorskich. Ale za kilka chwil pojawi się weryfikacja, z którą od dłuższego okresu radzić sobie musi rówieśniczka „Czarodziejki Mai” – czyli Iga Świątek. Przyjaciółka finalistki z tegorocznego RG, nazywana przecież do niedawna Królową Paryża. Nazywana, bo przy okazji tegorocznej edycji, niestety, nie spotykałem się z tym wyjątkowym określeniem aż tak często. Delikatnie rzecz ujmując.
Będąca w zupełnie innym miejscu, trzecia rakieta światowego rankingu, była dokładnie tam, gdzie jest Chwalińska. W 2020 roku przedstawiając się światu na tej samej, paryskiej mączce. Świątek jednak wtedy wygrała, co powtórzyła jeszcze trzykrotnie w Paryżu. A teraz znalazła się w cieniu Chwalińskiej, co może być dla niej akurat… najlepszym scenariuszem z możliwych. Zwłaszcza w obliczu nadchodzącego Wimbledonu.
O pomocy Chwalińskiej dla Świątek pisałem jeszcze przed finałem RG 2026 w osobnym komentarzu, do którego odsyłam na łamach WPROST. Role mogą się jednak błyskawicznie odwrócić. Jak? Chwalińska może obecnie mnóstwo skorzystać na radach przyjaciółki, tym bardziej że uśmiechy i radość prędzej czy później, zamienią się w skwaszone, kibicowskie miny i kręcenie nosem. Bo „finalistka Roland Garros”, bo przecież „tak dobrze grała”, bo „powinna to i tamto”, itd.
Nie ma się co obrażać, drodzy Państwo. To scenariusz stary jak świat. Rzeczywistość, którą Świątek przerabia przy każdym możliwym potknięciu. Choć zaznaczam, że pakowanie ludzi rozumiejących tenis, całą sportową codzienność, z kanapowymi/niedzielnymi kibicami, nie ma większego sensu. Ale potrafi zadziałać stymulująco, na tych drugich, głośniejszych.
Stąd też mój mały apel, który tak właściwie mógłby zamknąć się w jednym zdaniu: Dajmy Polce przestrzeń i zrozumienie. W końcu każdy i każda z nas pisze swoją, życiową historię. Chwalińska nie będzie drugą Świątek. Maja będzie Mają, a Iga Igą. Ale jestem przekonany, że skoro ta filigranowa Czarodziejka pokonała tak wiele przeciwności losu, to będziemy mieć jeszcze z jej gry sporo pociechy.
Tylko dajmy Mai na to przestrzeń i wystarczające zrozumienie.















