Równo wykoszony trawnik to biologiczna pustynia i prosty sposób na utratę wody w glebie. Jednak moda na strzyżenie trawy do gołej ziemi trwa w najlepsze. Mimo suszy i upałów.
Z tego tekstu dowiesz się:
- skąd wzięła się moda na strzyżenie trawników do gołej ziemi?
- czy niekoszenie trawników zwiększa ryzyko występowania kleszczy?
- co o koszeniu trawników mówią najnowsze badania?
- jak często powinniśmy kosić trawnik?
- czym jest koszenie mozaikowe?
Końcówka czerwca, jeden z dwóch najgorętszych dni w historii pomiarów w Polsce. — Szłam rano do sklepu, było już grubo powyżej 30 stopni, aż nagle usłyszałam warkot kosiarki przy pobliskiej szkole podstawowej. Przecież jest susza i upał, wiadomo, że po skoszeniu drastycznie spada wilgotność terenu, to, co zostało, żółknie i obumiera — denerwuje się Urszula Dragan, mieszkanka warszawskiego Mokotowa. Opowiada, że to nie pierwszy raz, kiedy widzi kosiarki w tym miejscu.
— Dyrekcja szkoły najwyraźniej nie ma litości dla tego niemal jałowego już kawałka ziemi, jesienią wygrabiają wszystkie liście, przez całą wiosnę i lato koszą, kiedy tylko cokolwiek zacznie odrastać. Jest po prostu klepisko. To trwa od lat — mówi z żalem Urszula.
Podobne obserwacje ma Remigiusz Okraska, publicysta, pisarz, mieszkaniec Cieszyna. Na swoim profilu na Facebooku napisał dosadnie: „U nas na osiedlu wczoraj wygolili trawę do gołej ziemi. Kosili w modelu zwyczajowym: ciężkie traktorki, wielkie dmuchawy, miniciężarówki do wywozu skoszonej trawy, ubijanie ziemi ciężkimi pojazdami, smród spalin, dziesiątki litrów spalonego paliwa, koszmarny hałas przez pół dnia”. A to wszystko w rosnącym upale.
To tylko dwa z wielu obrazków z polskich miast. Właściciele miejskich gruntów, zarządcy osiedli mieszkaniowych, prywatnych instytucji czy publicznych terenów od wczesnej wiosny wyciągają kosiarki i zaczynają z zapałem „porządkować teren”. Warkot kosiarek słychać też na wsiach i przedmieściach — najgłośniej w sobotę od rana. To swoisty weekendowy rytuał, niemal jak sprzątanie domu przed niedzielą. A nadmiarowe koszenie i wielkie połacie starannie przystrzyżonych trawników to wręcz gwałt na przyrodzie. I płacimy za to wszyscy.
Ma być porządek!
Od czego zależy to, jak często kosimy trawniki? To jedno z pytań, na które w swoich badaniach szuka odpowiedzi Ewelina Milewska z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
W ramach projektu badawczego „Kosić czy nie kosić?”, realizowanego na terenie UJ w Krakowie w ramach Campus Living Lab, rozmawiała ona z przedstawicielami różnych grup społecznych, by poznać ich poglądy na temat koszenia. Wywiady były przeprowadzone z urzędnikami, aktywistami proekologicznymi, działkowcami oraz pracownikami firm koszących i utrzymujących zieleń oraz architektami krajobrazu.
— Z wywiadów jasno wynika, że zwłaszcza wśród właścicieli prywatnych posesji koszenie trawników bywa swoistym rytuałem czy hobby — formą kontroli i sprawowania władzy nad otoczeniem — mówi Ewelina Milewska. Często funkcje użytkowe trawników przeważają nad argumentami ekologicznymi, choć ludzie mają już pewną wiedzę na temat szkodliwości zbyt częstego koszenia. — Duża część osób prywatnych dostosowuje koszenie do funkcji, jaką trawnik ma pełnić. Tam, gdzie gramy w piłkę, gdzie się opalamy, gdzie wieszamy pranie — trawę kosimy częściej — mówi Milewska.
To, co wyszło w badaniu przekonań społecznych, od dawna obserwuje prof. Stanisław Czachorowski, ekolog z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. — Mam wrażenie, że my po prostu musimy widzieć, że coś jest robione, nie jest zaniedbane — mówi naukowiec. — W miejscowości, w której mieszkam, w ubiegłym roku na gazonach wysiano rośliny polne. Ze strony mieszkańców szybko zaczęły pojawiać się pretensje, że gazony są zaniedbane. Teraz co piąty lub co czwarty gazon jest obsadzony pelargoniami. I już gazony z zielem nikomu nie przeszkadzają — mówi prof. Czachorowski.
Zwraca uwagę na to, że ten pęd do porządkowania czasami wspierany jest niby-racjonalnymi argumentami. — Jednym z argumentów za koszeniem jest zapewnienie widoczności. Ale gdy rabaty czy pobocza dróg obsadzone są krzewami lub roślinami ogrodowymi i są one wysokie, to nikt ich nie kosi — w opinii ludzi pełnią bowiem funkcję estetyczną i brak widoczności nagle staje się nieistotny — mówi prof. Czachorowski.
Są kleszcze czy nie ma?
— W zeszłym roku u mnie na osiedlu w kilka osób próbowaliśmy przeforsować rzadsze koszenie trawników, ten nieustający ryk kosiarek pod oknami był nie do zniesienia — opowiada Emilia z Gdańska. Gdy jednak administracja osiedla przychyliła się do tego pomysłu, okazało się, że nie podoba się on reszcie mieszkańców. — Zaczęli słać protesty, że trawa jest niewykoszona, nic przez nią nie widać i że lęgną w niej się kleszcze. Jedna pani skarżyła się, że boi się wychodzić z dzieckiem na dwór przez te kleszcze właśnie — mówi Emilia.
Argument o niekontrolowanym namnażaniu się kleszczy w niewykoszonej trawie jest jednym z najczęściej używanych przez zwolenników krótkich trawników. Czy jest w nim choć źdźbło prawdy, postanowili sprawdzić krakowscy naukowcy pod kierownictwem dr Joanny Kajzer-Bonk w ramach tego samego badania, w którym udział brała Ewelina Milewska.
Na III Kampusie UJ wyznaczyli oni 72 poletka eksperymentalne, na których przez trzy lata stosowali różne reżimy koszenia — od 12 razy w sezonie, przez osiem, sześć i cztery razy, po dwa razy w roku, raz w roku i raz na dwa lata. W miarę upływu czasu poletka zaczęły wyraźnie różnić się wyglądem i funkcjonowaniem ekosystemu trawnika — co stało się podstawą do porównań w warunkach rzeczywistych, a nie laboratoryjnych.
Przez cały czas trwania eksperymentu naukowcy badali glebę, mierzyli jej temperaturę, stan roślin, liczebność mikroorganizmów i owadów. Według dotychczasowych wyników badań kleszcze tak samo często występują na trawnikach koszonych rzadko, jak i na trawnikach intensywnie koszonych! Dla populacji tych pajęczaków nie ma to żadnego znaczenia. Częstotliwość koszenia ma za to ogromne znaczenie dla gleby i bytujących w niej mikroorganizmów. — Zbyt częste koszenie powoduje, że odsłonięta gleba traci swoją strukturę i funkcjonalność oraz szybciej się nagrzewa — ustalili badacze.
Jak często więc kosić? — Nie częściej niż raz w miesiącu — brzmi zalecenie sformułowane przez naukowców projektu po zebraniu dotychczasowych danych. Przy takiej częstotliwości koszenia gleba utrzymuje odpowiednią wilgotność, rozwijają się w niej korzystne dla roślin grzyby i mikroorganizmy*.
Ustalenia naukowców z UJ pokrywają się z tym, co od dawna obserwują inni badacze.
— Największym błędem, jaki nagminnie popełnia się w miastach, parkach, a także przy wszelkich pracach przy drogach czy miejskich ulicach, jest bezmyślne, terminowe koszenie trawników bez względu na warunki atmosferyczne — mówi dr Krzysztof Palot z Centrum Edukacji Przyrodniczej Marcelin Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. — Przychodzi czerwiec i niezależnie od tego, czy panuje upał, czy pogoda sprzyja roślinności, wykonawcy koszą. Firmy są zobligowane do tego, żeby skosić zgodnie z harmonogramem — mówi dr Palot.
Najgorzej, jeżeli koszenie odbywa się w czasie tzw. fal gorąca, czyli ciągu suchych i gorących dni, coraz częstszych ze względu na zmiany klimatyczne. — Koszenie w takim okresie powoduje całkowite wysuszenie powierzchni ziemi. Pozbawiona naturalnej osłony gleba traci wilgoć w dramatycznym tempie, co pogłębia i tak już trudną sytuację hydrologiczną w miastach — tłumaczy dr Palot.
A przecież trawniki trzeba też podlewać — im krótszy, tym intensywniej musi być podlewany, żeby nie wysechł. — Czasami słyszę wypowiedzi typu: „Stać mnie na to, żeby podlewać trawnik wodą wodociągową, bo jestem bogaty” — mówi prof. Stanisław Czachorowski. — Tyle że w ten sposób zużywamy wspólne zasoby i potem dla kogoś ich brakuje. Już teraz widzimy, że z roku na rok coraz więcej gmin doświadcza czasowych, a czasem dłuższych okresów braku wody. Niedobory wody doskwierają nam coraz bardziej i musimy nią gospodarować rozsądnie — podkreśla prof. Czachorowski.
Najgorzej na częste koszenie reagują te równiutkie, zielone trawniki, w których nie rośnie nic oprócz samej trawy. — Podczas suszy trawniki koszone rzadziej i naturalnie o większej różnorodności roślin radzą sobie znacznie lepiej — mówi prof. Czachorowski. — Chociaż trawa więdnie, inne gatunki, takie jak krwawniki, rośliny okrywowe i rośliny strączkowe, dobrze się rozwijają. Są one w stanie przetrwać okresy bez opadów, ponieważ mają dłuższe systemy korzeniowe — tłumaczy naukowiec. Do tego takie oazy zieleni w miastach pełnią funkcje chłodzące. — Teren, na którym rośnie wysoka trawa, będzie zawsze chłodniejszy niż ten pokryty asfaltem czy betonem — mówi naukowiec.
Biologiczna pustynia
Co się dzieje, jeśli kosi się częściej albo w nieodpowiednim terminie? Przede wszystkim jest brzydko. — W sobotę 27 czerwca przejeżdżałam rowerem koło biurowca, przed którym jest zieleńczyk — opowiada Irena Kołodziej z Lublina. — Akurat po poprzednim skoszeniu odrosła na nim niziutka żółta komonica i czerwona koniczyna. Pięknie to wyglądało i raj dla trzmieli. I właśnie tego dnia w słońcu musiało być pewnie z 50 stopni, kosiarz kończył jego wygalanie ręczną podkaszarką. Zwróciłam się do niego. Nie zrozumiał — myślał, że chodzi o jego bezpieczeństwo. Wyjaśniłam, że chodzi o glebę. Najwyraźniej słyszał o tym pierwszy raz w życiu. „Ja jestem tylko wykonawcą” — odpowiedział — mówi Irena Kołodziej.
Dr Palot też zna takie sytuacje. — Często obserwuję, że w najpiękniejszym momencie kwitnienia, gdy rośliny prezentują się najbardziej efektownie, nagle wszystko zostaje skoszone i nie pozostaje ślad po tej urodzie — mówi ogrodnik. Ale to nie jest najgorsze — wraz ze ścięciem kwiatów i dających cień roślin giną też owady, których i tak jest coraz mniej — według badania entomologa Andersa Mollera z Universite de Paris Sud z 2019 r., obecnie w Europie jest aż o 80 proc. owadów mniej niż w latach 80. XX w. — Owady mają swoje naturalne cykle rozwojowe. W trawach i na łąkach rozwijają się różne organizmy, które w późniejszych fazach rozwoju są w stanie uciec lub odlecieć, ale we wcześniejszych stadiach — jako larwy — są bezbronne i giną podczas koszenia — mówi dr Palot.
Do tego w trawniku może mieszkać o wiele mniej gatunków owadów niż na łąkach czy w ogrodach kwietnych. Dzisiaj ich naturalne siedliska, zamieniane na osiedla z równo przystrzyżonymi połaciami traw, dramatycznie się skurczyły. I to również jest przyczyną zjawiska, które naukowcy zaczynają nazywać wielkim wymieraniem owadów. Bo liczba gatunków owadów zależy od różnorodności roślin. Jak tłumaczy prof. Łukasz Łuczaj z Uniwersytetu Rzeszowskiego, w naszej przyrodzie wiele owadów jest ściśle powiązanych z konkretnym gatunkiem rośliny, np. piękny motyl czerwończyk żeruje tylko na szczawiu. Jeśli w trawniku nie będzie szczawiu, czerwończyk stamtąd zniknie.
Im rzadziej koszona jest trawa, zarówno w przydomowych ogródkach, jak i na terenach miejskich, tym czystsze jest powietrze. — Jeśli trawnik jest niski i suchy, przy każdym podmuchu wiatru podnosi się więcej kurzu i pyłu. Im więcej wilgoci, im więcej zieleni, tym lepiej zatrzymują się wszystkie drobne cząsteczki — na wilgotnych roślinach, na liściach — mówi prof. Czachorowski. To również ważna informacja dla alergików. — Warto powstrzymać się z koszeniem do przekwitnięcia traw, bo one wtedy drugi raz już nie kwitną. Natomiast gdy się je często kosi, najczęściej kwitną ponownie, więc alergizującego wiele osób pyłku systematycznie przybywa — tłumaczy naukowiec.
Trawnikowy kompromis
A może więc najlepiej byłoby zostawić roślinność w spokoju i nie kosić jej w ogóle? Z eksperymentów na Uniwersytecie Jagiellońskim wynika, że nie powinniśmy tego robić. Całkowita rezygnacja z koszenia zagraża bioróżnorodności — tworząc m.in. wrota dla gatunków inwazyjnych. Takim gatunkiem jest np. nawłoć kanadyjska, która w zastraszającym tempie kolonizuje nasze łąki i inne tereny zielone. To właśnie koszenie jest dziś jedną z niewielu broni przeciwko tej wysoce inwazyjnej roślinie, zabierającej rodzimym gatunkom miejsce do życia.
Badania Eweliny Milewskiej z UJ pokazały, że ludzie po prostu potrzebują też trawników i to takich przystrzyżonych. Również dr Palot uważa, że w przestrzeni miejskiej trudno byłoby zrezygnować ze wszystkich trawników.
— Piłkarze nie będą przecież grać na łące — potrzebują dobrze utrzymanej murawy. Podobnie podczas gry w badmintona nie możemy się potykać o wysoką trawę, ryzykując kontuzję — mówi dr Palot. — Tam, gdzie potrzebujemy funkcjonalnych, użytkowych powierzchni trawiastych, niezbędna jest regularna pielęgnacja: częste koszenie, nawożenie i podlewanie — argumentuje ogrodnik.
Tam, gdzie trawniki są potrzebne, warto wprowadzić tzw. koszenie mozaikowe. — Oznacza to, że tam, gdzie musimy kosić, kosimy, a gdzie nie ma takiej konieczności, zostawiamy roślinność na dłużej i zamieniamy się w obserwatorów przyrody. Zapraszamy na nasze podwórko, na nasz trawnik, rośliny i owady, które mogą tam zamieszkać — warto w ten sposób myśleć o przestrzeni, którą zarządzamy — zachęca Ewelina Milewska.
*Na podstawie wyników badań terenowych oraz społecznych naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego opracowali aplikację internetową Kosić czy nie kosić?, która w przystępny sposób pokazuje, jak częstotliwość koszenia wpływa na bioróżnorodność i miejską przyrodę. Aplikacja jest dostępna pod adresem: kosicczyniekosic.wzks.uj.edu.pl





