-
Polska i inne państwa wschodniej flanki NATO doświadczają wzmożonej presji i działań hybrydowych ze strony Rosji.
-
Eksperci i wywiady wskazują na rosnące ryzyko prowokacji wojskowych ze strony Rosji na terytorium Polski lub państw bałtyckich.
-
Istnieje ryzyko wykorzystania rosyjskiej broni chemicznej przeciwko Europie.
-
Rosja posiada zdolności do wytwarzania bardzo niebezpiecznych gazów bojowych.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Polska i inne państwa wschodniej flanki NATO znajdują się pod ciągłą presją ze strony Rosji. W środę polskie myśliwce przechwyciły nad Bałtykiem dwa rosyjskie Su-30, a dzień wcześniej musiały odprowadzić rozpoznawczy samolot Ił-20, który znajdował się około 30 km od Ustki.
– Federacja Rosyjska cały czas prowadzi wojnę hybrydową, prowadzi rozpoznanie, jest wrogo nastawiona do wszystkich państw Sojuszu Północnoatlantyckiego – mówił podczas wtorkowej konferencji prasowej wicepremier, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz.
Optymizmu nie dodają ostatnie doniesienia amerykańskiego i łotewskiego wywiadu. Według ustaleń Moskwa ma przygotowywać „prowokacje wojskowe” przeciwko państwom bałtyckim lub Polsce, żeby sprawdzić, czy sojusznicy – w szczególności Stany Zjednoczone – ruszą z pomocą. Sam premier Donald Tusk przyznał, że sytuacja jest „bardzo niestabilna”, a w nadchodzących tygodniach czy miesiącach można spodziewać się „różnego rodzaju eskalacji”.
„Ryzyko bardzo duże”. Były szef BBN wskazał, jak może eskalować Rosja
Analityk Atlantic Council i były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Jacek Siewiera w rozmowie z Interią poruszył jeden z aspektów „całego spektrum potencjalnych zdolności eskalacyjnych Federacji Rodyjskiej, na który nikt nie zwraca uwagi”. – W Ukrainie przez te ponad 4 lata wojny użyto broni chemicznej 13 tys. razy – powiedział.
Wskazał, że Rosjanie używają na froncie gazów łzawiących, chloropikryny czy innych pochodnych chloru. – Są wykorzystywane niemal na masową skalę. To jest również aspekt eskalacyjny, który jeszcze nie dotknął Europy, natomiast moim zdaniem ryzyko jest bardzo poważne – zaznaczył.
Jest to oczywiście jeden z wielu sposobów, w jaki Kreml może prowokować państwa Zachodu, ale – w opinii naszego rozmówcy – w Rosji istnieje „taka mentalna gotowość”.
Gdyby Moskwa chciała posunąć się do takiego kroku „najprostszą metodą byłoby użycie drona np. typu Shahed„. – Tylko zamiast betonowej głowicy na pokładzie może mieć fosgen (toksyczny gaz – red.), który ulega rozproszeniu. W mieście mogłoby to skutkować ofiarami śmiertelnymi i paniką – mówił Siewiera.
Zdaniem Jarosława Wolskiego z Defence Channel taki scenariusz mógłby być zrealizowany tylko na zasadzie operacji „fałszywej flagi”.
– Czyli Rosjanie prawdopodobnie staraliby się tego typu akt terroru zamaskować, jako dokonany przez jakiś partyzantów albo wprost zrzucić to na stronę ukraińską – mówi Interii.
– Dopuszczam sytuację, że mogliby wykorzystać przechwycony ukraiński dron, który z głowicą wypełnioną jakimś bojowym środkiem trującym byłby skierowany na terytorium któregoś z państw bałtyckich – tłumaczy Wolski. Zaznacza jednak, że – w jego ocenie – „optyka rosyjska jest taka, że im się nie opłaca używanie broni chemicznej”.
Przypomina natomiast, że Rosjanie „mają możliwość używania tego typu środków”. – Pokazało to otrucie Siergieja Skripala w Wielkiej Brytanii. To było użycie bojowego środka na terytorium członka NATO – dodał.
Jacek Siewiera o „dylemacie strategicznym”. „Obywatele mogą wyrażać niechęć wobec zestrzeliwania dronów”
W konsekwencji uderzenia takiego drona mogłoby dojść do pewnego rodzaju paradoksu. Zdaniem byłego szefa BBN obywatele mogliby wyrażać niechęć wobec zestrzeliwania bezzałogowców, które znalazłyby się w przestrzeni powietrznej ich kraju nad terenem zurbanizowanym.
– Powstałby dylemat strategiczny – czy strącić drona i zagrozić ludności, czy pozwolić mu uderzyć w infrastrukturę krytyczną. W obu przypadkach mógłby zadawać straszliwe zniszczenia, ale innej natury – zakończył Siewiera.
Jednak sama neutralizacja tak uzbrojonych dronów nie powinna stwarzać zagrożenia, bo jak tłumaczył Wolski, „pociski przeciwlotnicze działają poprzez uderzenie w głowicę, co w większości niszczy ładunek biologiczny czy chemiczny, który mógłby upaść na dane miasto”. – W większości drony są zwalczane za pomocą systemów radioelektronicznych i spadają w całości, a ładunek odzyskują saperzy – dodał.
Wolski uważa też, że skutek psychologiczny takiego ataku mógłby być mniejszy, niż mogliby szacować Rosjanie.
– Jest to jakaś eskalacja, ale koszty mogłyby dla Rosjan przekraczać zyski, bo oznaczałoby to odpowiedź NATO – adekwatną i skalowaną. Tego typu działania szokują raz, a później przestają – wskazuje.
Sojusz nie miałby możliwości symetrycznej odpowiedzi, czyli stosując tę samą broń, ale dysponuje innymi środkami. W przypadku Polski mogłyby się tym zająć Wojska Obrony Cyberprzestrzeni.
– Byłyby w stanie zepsuć jakąś tamę albo śluzę w Rosji, czy spalić jakąś fabrykę. Są to środki odpowiedzi trudne do identyfikacji, ale które wskazują potencjalnemu agresorowi, że nie będzie on bezkarny – przekonuje Wolski.
Odnosząc się do doniesień zagranicznych wywiadów, według których Polska może stać się celem nieprzyjaznych operacji ze strony Rosji, Wolski jako bardziej prawdopodobne wskazał „zamachy terrorystyczne, kolejną falę dronów, albo 'przypadkowe’ odpalenie rakiety w naszym kierunku”.
Ukraina. Rosjanie używają broni chemicznej na froncie? Doniesienia wywiadów
Słowa Siewiery o „masowym użyciu” środków chemicznych przez stronę rosyjską na froncie były już potwierdzane m.in. przez holenderską Główną Służbę Wywiadu i Bezpieczeństwa (AIVD) oraz niemiecką Federalną Służbę Wywiadu (BND), które alarmowały o naruszeniach Konwencji o zakazie używania broni chemicznej.
W lipcu zeszłego roku ówczesny minister obrony Holandii Ruben Berkelmans przekazał, że Rosja coraz częściej sięga po broń chemiczną. – Broń ta jest używana systematycznie i na dużą skalę. To niebezpieczny proceder – powiedział.
W raporcie holenderskiej agencji wskazano, że strona rosyjska stosuje na froncie nie tylko gaz łzawiący, ale też „chloropikrynę, silniejszy środek chemiczny, który może być śmiertelny w przypadku użycia go w wysokich stężeniach w pomieszczeniach zamkniętych”.
W rozmowie z Interią o skutkach stosowania tej substancji opowiada jeden z żołnierzy Sił Zbrojnych Ukrainy, który chciał zachować anonimowość. – W przypadku takiego ataku trudno oddychać, a jak weźmie się zbyt dużo powietrza, może dojść do poparzenia dróg oddechowych – mówi.
Przekazuje, że jego jednostka podczas operacji kurskiej dwa razy doświadczyła tego, jak działa chloropikryna – w październiku oraz grudniu 2024 roku.
– Za pierwszym razem Rosjanie zrzucali granaty z chloropikryną do ziemianek. Taktyka polegała na tym, żeby zmusić żołnierzy do ucieczki z kryjówek. Wtedy byli atakowani dronami, albo moździerzami. W drugiej sytuacji zrzucili kilka granatów przez dziurę w dachu budynku, który zdobyliśmy. Wszyscy, którzy byli w środku trafili do szpitala – mówi ukraiński wojskowy.
Wiele wskazuje na to, że Rosjanie cały czas stosują tę praktykę. Przed kilkoma dniami Damian Duda, który jako ochotnik wraz z innymi polskimi medykami pola walki z fundacji „W międzyczasie” ratuje na froncie Ukraińców, zwrócił się przez media społecznościowe z apelem.
„Rosjanie intensywnie używają środków chemicznych. Pilnie potrzebujemy sprawnych masek gazowych! Wszystkich mogących pomóc prosimy o kontakt!” – napisał 10 lipca na platformie X.
„Kreatywna księgowość”. Jarosław Wolski o wyliczeniach Ukraińców
Holenderski wywiad w raporcie z lipca zeszłego roku przytoczył dane ukraińskiego resortu obrony, według który Rosjanie dokonali ponad 9 tys. ataków bronią chemiczną na żołnierzy Ukrainy.
Zdaniem Wolskiego takie wyliczenia są jednak efektem „kreatywnej księgowości„. – To jest możliwe tylko wtedy, kiedy policzymy sobie wszystkie przypadki użycia gazów łzawiących i środków zapalających – ocenia.
Tłumaczył, że stosowanie broni chemicznej jest zakazane, więc „Rosjanie robią wszystko, żeby nie powiązano ich z jej używaniem”. – Co więcej nie ma ono charakteru systemowego w armii rosyjskiej. Jest to robione na poziomie pojedynczych pododdziałów – wyjaśnia Wolski.
Ekspert nie wyklucza jednak, że może dojść do sytuacji, kiedy jakaś grupa rosyjskich żołnierzy „wytworzy coś, co będzie prawie wojskowym gazem bojowym”.
Federacja Rosyjska odziedziczyła po Związku Radzieckim zdolności do produkcji „bardzo niebezpiecznych gazów bojowych”. Nie oznacza to, że Moskwa po nie sięgnie. – Dla Rosjan straty wizerunkowe byłby duże, a zysk taktyczny byłby minimalny. To jest główna przyczyna, dla której Rosjanie nie stosują gazów bojowych, mimo że je mają. Składują je, magazynują – podkreśla Wolski.
Artur Pokorski














