Mogła poprzestać na imponującym dorobku: 20 Kryształowych Kulach, ponad 80 pucharowych zwycięstwach i olimpijskim złocie w zjeździe. Zamiast tego po niemal sześciu latach przerwy Lindsey Vonn wróciła na stok i jako pierwsza alpejka po czterdziestce wygrała zawody Pucharu Świata. Legendarna narciarka 2 września przyjechała do Warszawy na Impact Leading Minds.
Lindsey Vonn jest gościnią Impact Leading Minds, wydarzenia odbywającego się 2 września w Warszawie.
Lindsey Vonn ma w Stanach Zjednoczonych status celebrytki, choć narciarstwem alpejskim interesuje się tam garstka kibiców. Ma wszystko, co do tego potrzebne: jest atrakcyjna, bogata, dobrze radzi sobie w social mediach (3,6 mln obserwujących na Instagramie, 1,9 mln na Facebooku), nie ma obaw przed dzieleniem się życiem prywatnym, bywa na czerwonych dywanach, pozuje do zdjęć w bikini (a nawet bez), zna inne gwiazdy (w tym naszą Igę Świątek), udziela się charytatywnie i mówi to, co myśli.
Ale niech nikogo nie zwiedzie ta celebrycka otoczka. Lindsey Vonn, zanim w lutym 2019 r. w wieku 33 lat zakończyła (wtedy wydawało się, że definitywnie) karierę, zdobyła wszystko, co w narciarstwie alpejskim można zdobyć: cztery wielkie Kryształowe Kule dla najlepszej zawodniczki sezonu, 19 małych Kul za wygranie klasyfikacji w jednej konkurencji, medale olimpijskie — złoto, czyli trofeum, które w Ameryce znaczy najwięcej, i dwa brązy, medale mistrzostw świata — dwa złote, trzy srebrne i trzy brązowe.
W grudniu 2024 r. — kilka miesięcy po 40. urodzinach, po prawie sześciu latach sportowej emerytury — ponownie stanęła w bramkach startowych. W Pucharze Świata od grudnia 2024 r. do lutego 2026 r. sześć razy zajęła miejsce na podium, z czego dwa razy zwyciężyła. Wielu świetnych alpejczyków nie osiągnęło przez kilkanaście lat tyle, co ona w 13 miesięcy.
10 stycznia 2026 r., w dniu swojego 84. (jak na razie ostatniego) zwycięstwa, Vonn miała 41 lat, 2 miesiące i 23 dni. Najstarsza do tej pory zwyciężczyni w alpejskim Pucharze Świata, Federica Brignone, była młodsza o ponad sześć lat.
Vonn zajmowała pierwsze miejsce w klasyfikacji zjazdowej jeszcze na początku marca, na dwa tygodnie przed finałami Pucharu Świata. Gdyby nie kraksa na igrzyskach, jej kolekcja Kryształowych Kul prawdopodobnie powiększyłaby się o kolejny egzemplarz.
Sport dla szaleńców
Narciarstwo wyczynowe to sport piękny, ale i okrutny. Zwycięzców od przegranych często dzieli zaledwie kilka setnych sekundy. To też sport bardzo wrażliwy na kaprysy natury. Podmuch wiatru, chmura, przebłysk słońca — zależy, co wylosujesz w pogodowej loterii — może zniweczyć twój wysiłek albo zrobić z ciebie bohatera dnia.
Żeby trenować zjazd, czyli koronną konkurencję Vonn, trzeba nie mieć jakiejś klepki w mózgu — albo wręcz przeciwnie, mieć jedną dodatkową. Zjazdowiec na twardej jak skała, stromej, często nierównej trasie przekracza prędkość dopuszczalną na autostradzie. A w razie upadku chronią go tylko kask i poduszka powietrzna na karku. Cienki aerodynamiczny kombinezon trudno nazwać jakąkolwiek ochroną.
— Strach nie jest elementem układanki. Nie biorę go pod uwagę. Oczywiście oceniam ryzyko, ale pod kątem tego, jak pojechać, by wygrać — opowiadała Vonn w 2017 r. w CBS News.
Kariera Amerykanki przebiegała w rytmie: sukces — kontuzja — rehabilitacja — powrót. Za każdym razem, gdy zwożono ją z trasy toboganem lub odlatywała helikopterem, zapowiadała, że wróci.
Na liście części ciała, które w ciągu kilkunastu lat naraziła na szwank, są: oba kolana, kostka, ramię, bark, nadgarstek, mały palec u ręki oraz kciuk, który zraniła, otwierając szampana po jednym ze zwycięstw. Kilka razy — a pewnie i więcej, bo nie po każdym upadku decydowała się na badania — miała wstrząśnienie mózgu.
Przez sześć lat Vonn ścigała się z niesprawnym i bolącym prawym kolanem. To przez nie po mistrzostwach świata w Åre w lutym 2019 r. zakończyła karierę. Zakończyła po swojemu: z trasy supergiganta wypadła i mocno się potłukła, a kilka dni później wywalczyła brąz w zjeździe.
Koniec zawodowego ścigania nie oznaczał, że ból minął. — Przez ponad 10 lat nie byłam w stanie w pełni wyprostować prawej nogi i normalnie chodzić — powiedziała w niemieckiej telewizji Sport1 w kwietniu 2024 r.
Chwilę wcześniej Vonn zdecydowała się na wszczepienie w prawe kolano częściowej protezy z tytanu. Za pół roku (Lindsey urodziła się 16 października 1984 r.) miała jej stuknąć czterdziestka. Normalny człowiek w jej wieku, nawet emerytowany sportowiec, pomyślałby wtedy na przykład: „Fajnie, będę mógł chodzić na długie spacery”. Co pomyślała Vonn? „Fajnie, to chyba wrócę do ścigania się na nartach”.
Powrót Lindsey Vonn bardzo zdenerwował wielu ekspertów i byłych alpejczyków. Szczególnie zajadłe (a może po prostu zazdrosne?) były starsze koleżanki Vonn, które kariery pokończyły w okolicach trzydziestki. — Lindsey wraca, bo nie umie żyć poza światłem reflektorów. Jest mi jej żal. Nie wierzyłam, że jest aż tak głupia, żeby naprawdę próbować się ścigać z metalem w kolanie — tak komentowała Szwajcarka Sonja Nef, 54-letnia była mistrzyni świata, która też ma protezę kolana. — Czy ona chce się zabić? Moja rada dla Lindsey: powinna odwiedzić psychologa — to słowa 53-letniej podwójnej mistrzyni olimpijskiej, Austriaczki Michaeli Dorfmeister.
Odpowiedziała im — dość pompatycznie — na Instagramie po swoim pierwszym po powrocie zwycięstwie. Ujęciom z trasy w St. Moritz towarzyszy głos Theodore’a Roosevelta. To słynny fragment z jego przemówienia na Sorbonie w 1910 r. „Nie krytyk się liczy; nie ten, który wskazuje, jak potyka się silny. (…) Chwała należy się człowiekowi, który jest na arenie, którego twarz jest umazana kurzem, potem i krwią; który dzielnie walczy, który błądzi, który raz po raz ponosi porażkę” — peroruje 26. prezydent USA. Lindsey dodaje od siebie: „Do wszystkich, którzy mówili, że nie dam rady, że mój czas minął. (…) Dziękuję wam. Ale nie wróciłam dla was. Zrobiłam to dla siebie. (…) Wam, hejterzy, dziękuję za dodatkową motywację do wysiłku”.
Dziewięć dni przed walką o kolejne olimpijskie złoto Vonn zerwała więzadło w lewym — tym mniej uszkodzonym — kolanie. Wtedy wszyscy, nawet jej sztab, byli pewni, że to koniec. A co na to Vonn? Na pięć dni przed olimpijskim zjazdem zwołała konferencję. I zapowiedziała: — Wiem, że moje szanse już nie są tak wielkie jak przed wypadkiem. Ale są. A dopóki są, to muszę spróbować.
Nie znosi słowa „nie”
Vonn nie znosi, gdy się jej mówi, że czegoś jej nie wolno albo że czegoś nie potrafi. — To mnie dopiero nakręca. Wtedy zrobię wszystko, żeby udowodnić, że jest odwrotnie — tłumaczy.
Kiedy w wieku 16 lat po raz pierwszy trafiła do kadry, podsłuchała, jak starsze koleżanki i trenerzy mówią, że niczego specjalnego się po niej nie spodziewają. Nie miała wyjścia — musiała im pokazać, na co ją stać.
Miała 23 lata, gdy postanowiła wyjść za mąż za starszego o dziewięć lat zawodnika (a potem jej trenera) Thomasa Vonna. Od tego pomysłu próbował odwieść ją ojciec. Posłuchała? A gdzie tam! Przez kolejne lata po prostu nie rozmawiała z ojcem. Choć to on miał rację, bo małżeństwo nie było udane i po kilku latach zakończyło się trudnym rozwodem.
Vonn kilka razy próbowała przekonać działaczy FIS, żeby pozwolili jej ścigać się z mężczyznami. — Trenuję z nimi i wiem, że od wielu jestem po prostu szybsza. Jasne, ze wszystkimi nie wygram, ale chciałabym sprawdzić się z najlepszymi i zobaczyć, jak wypadnę — tłumaczyła w rozmowie z Grahamem Bensingerem na jego kanale na YouTubie w 2020 r. Ale działacze pozostali nieugięci, bo to „wbrew zasadom”.
W 2023 r., w czasie swojej przerwy w ściganiu, Vonn zagrała działaczom na nosie. Jako pierwsza kobieta przejechała po Streifie — trasie legendarnego męskiego zjazdu w Kitzbühel. I to w nocy. FIS nie pozwolił jej się ścigać z mężczyznami? To ona pościga się sama ze sobą na tej najbardziej męskiej z tras.
W pogoni za olimpijskim złotem
Amerykanie, wpatrzeni w swoich futbolistów, koszykarzy i bejsbolistów, inne sporty dostrzegają w rytmie igrzysk. Chcesz mieć swoje pięć minut? Przywieź olimpijski medal, najlepiej złoty. Nie udało się? Następna szansa za cztery lata.
Lindsey Vonn przed Cortiną w igrzyskach startowała cztery razy. Zadebiutowała w 2002 r., jeszcze jako nastolatka. Jej szóste miejsce w kombinacji było niespodzianką. Cztery lata później do Turynu jechała jako faworytka. Miała przywieźć złoto, może dwa. Rozbiła się na treningu zjazdu, jeszcze przed ceremonią otwarcia. Ze stoku zabrał ją helikopter. Lekarze podejrzewali, że mogła złamać kręgosłup. Okazało się, że miała szczęście i jest tylko bardzo mocno poobijana. Wystartowała, ale do medalu nawet się nie zbliżyła.
W swojej autobiografii „Rise: My Story” Vonn podkreśla, że porażka w Turynie wiele ją nauczyła: „Zrozumiałam, że wszystko może zostać odebrane w każdej chwili, więc trzeba doceniać każdy dzień, każdy wyścig”.
Upragnione złoto wywalczyła w zjeździe w 2010 r. w Vancouver. Z tych igrzysk przywiozła też brąz w supergigancie.
Szanse na występ w Soczi Vonn straciła przez kraksę w Schladming rok przed ich początkiem. Bardzo poważnie uszkodziła wtedy prawe kolano. To, które lekarze naprawili jej dopiero w 2024 r. Po operacji za wcześnie wróciła na stok. I ponownie naderwała więzadło. Po miesiącu rehabilitacji znów zaczęła trenować. Poddała się dopiero miesiąc przed startem igrzysk. „Okazało się, że bez więzadła krzyżowego nie jestem w stanie ścigać się na najwyższym poziomie” — napisała w swoich mediach społecznościowych.
Z Pjongczangu przywiozła brąz. Liczyła na więcej. Do igrzysk przygotowywała się ostrożnie. Chciała dotrwać do nich bez kontuzji. Dawkowała sobie starty. „Każdy posiłek, każda sesja na siłowni w ciągu ostatnich dwóch lat, wszystko było podporządkowane tym dwóm minutom na trasie zjazdu” — wspominała w „Guardianie” Karin Kildow, siostra Lindsey.
Wszystko na jedną kartę
Lindsey Vonn podkreślała: gdyby konkurencje alpejskie kobiet nie były na igrzyskach rozgrywane na trasie Olympia delle Tofane w Cortinie d’Ampezzo, jej powrotu mogłoby nie być. Bo z tą trasą Amerykanka ma specjalną relację: między rokiem 2008 a 2018 wygrała tu sześć zjazdów i sześć supergigantów.
Tylko czy ulubiona trasa może zrekompensować brak więzadła w kolanie? Wątpliwości miał nawet Aksel Lund Svindal, były wybitny alpejczyk i przyjaciel Vonn, który zgodził się zostać jej trenerem na ten olimpijski sezon. Ale kiedy zobaczył swoją zawodniczkę na ostatnim oficjalnym treningu przed startem, wątpliwości zniknęły.
8 lutego o godz. 11.30 Vonn po raz czwarty w karierze stanęła na starcie olimpijskiego zjazdu. Nie dojechała nawet do pierwszego pomiaru czasu. Po 13 sekundach było po wszystkim. Vonn pojechała zbyt blisko tyczki, zahaczyła o nią ręką i runęła na zmrożony śnieg. Mocno dokręcone wiązania nie wypięły i alpejka toczyła się w dół stoku z przypiętymi nartami. Krzyczała. W końcu zatrzymała się w siatkach zabezpieczających trasę.
W czasie upadku Vonn pogruchotała obie kości w lewym podudziu. Po piątej, na razie ostatniej operacji, którą przeszła już w Stanach, pokazała na Instagramie rentgenowskie zdjęcie. Kombinacja płyt i śrub, które trzymają jej kości w ryzach, wygląda na nim jak wieża Eiffla.
A jakby tego było mało — alpejka złamała też kostkę w prawej nodze.
Przez pierwsze dni po wypadku w klinice we Włoszech lekarze stoczyli ciężką batalię nie o to, by mogła się znowu ścigać na nartach czy chodzić, ale o uratowanie jej nogi. Po pierwszej operacji łydka zaczęła gwałtownie puchnąć z powodu nagromadzonych płynów. Gdyby nie udało się przywrócić prawidłowego krążenia krwi, mogłoby dojść do martwicy tkanek i infekcji.
W kwietniu dziennikarz „New York Timesa” spytał Vonn, czy żałuje, że nie pojechała dalej od tyczki. — To byłaby bardziej zachowawcza linia, a nie taki był mój plan — odpowiedziała bez wahania. — Przyjechałam wygrać. Musiałam postawić wszystko na jedną kartę, bo właśnie tego wymaga olimpijskie zwycięstwo.
Teraz przed Vonn jeszcze kilka operacji (trzeba wyjąć trochę żelastwa z jej lewej nogi i naprawić zerwane więzadło) i długa rehabilitacja. Ale nie tym martwi się alpejka. — Nie chcę, żeby ludzie skupiali się wyłącznie na tym upadku i żeby właśnie z tego mnie zapamiętali — przyznała w rozmowie z „Vanity Fair”. Dodała, że przed igrzyskami była liderką klasyfikacji generalnej i chciałaby być znana przede wszystkim ze swoich zwycięstw. Tym bardziej że w wieku 41 lat wciąż należała do ścisłej światowej czołówki, a do rywalizacji w Cortinie d’Ampezzo przystępowała jako jedna z kandydatek do złota. Dzień po olimpijskim zjeździe napisała na swoim Instagramie: „Niczego nie żałuję. To, co czułam wczoraj, stojąc na starcie, było niesamowite i nigdy tego nie zapomnę. Sama świadomość, że stanęłam tam z szansą na zwycięstwo, już była dla mnie wygraną”.





