Na jednym z przedwyborczych filmików Konfederacji Sławomir Mentzen zapytał Bartosza Bocheńczaka w żartobliwej formie, gdzie ten zaliczył alkoholowy „pierwszy zgon” w Krakowie. Minęło kilkanaście dni, a Bocheńczak zanotował ostatni, tym razem polityczny „zgon”.
Kandydat Konfederacji na prezydenta Krakowa nie zebrał wymaganych prawem 3 tys. podpisów, by ubiegać się o najwyższy urząd w mieście. To kompromitacja partii, która zamierza za rok rządzić Polską i nie ukrywają tego sami politycy tej formacji.
Wstyd, żenada, ośmieszenie – to tylko niektóre określenia, które padają z ust polityków Konfederacji, z którymi rozmawiała Interia.
Nasi rozmówcy wskazują, że wybory w Krakowie miały być testem dla całej formacji przed daniem głównym, czyli przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Problem w tym, że test został widowiskowo oblany, a potencjalne głosy kandydata Konfederacji mogą niespodziewanie zbudować np. Michała Klimka z Konfederacji Korony Polskiej.
Tym samym – czego w Konfederacji obawiają się najbardziej – Grzegorz Braun mógłby nabrać rozpędu przed jesienią 2027 roku.
To jednak melodia przyszłości, bo dziś liczą się bieżące rozliczenia. Bocheńczak na mocy decyzji Sławomira Mentzena przestał być szefem krakowskich struktur Nowej Nadziei. Co więcej, całe struktury zostały tam rozwiązane. Czy to załatwia sprawę?
– Mentzen jest w tym momencie wściekły, ponieważ cała ta porażka musi pójść na jego konto. To w 100 proc. jego odpowiedzialność. Zdążył się odgryźć swojemu przybocznemu, pozbawiając go lokalnych stanowisk. Bocheńczak to przecież w 100 proc. jego zaufany człowiek – słyszymy od polityka doskonale orientującego się w realiach Konfederacji.
Bocheńczak traci Kraków. Straci jeszcze więcej?
Bocheńczak dostał spory kredyt zaufania od Mentzena i choć krakowski test oblał, wciąż będzie liderowi Nowej Nadziei potrzebny. Poza lokalnymi funkcjami pełni też poważne role partyjne. Należy do ścisłego kierownictwa tej formacji, pełniąc stanowisko sekretarza.
Co więcej, jest też członkiem tzw. Rady Liderów całej Konfederacji. To o tyle istotne, że od dawna Rada Liderów jest miejscem, gdzie zderzają się interesy dwóch koalicjantów – Nowej Nadziei i Ruchu Narodowego. Pozbycie się Bocheńczaka mogłoby utorować drogę narodowcom do większego wpływu w tym ciele.
– Narodowcy poczuli krew. Pierwsze ich wypowiedzi były buńczuczne, ale skończy się na niczym, bo nikomu nie opłaca się wewnętrzny konflikt. PiS, Braun i Morawiecki tylko na to czekają, a Bosak i Mentzen doskonale o tym wiedzą – mówi nam polityk znający to środowisko.
– To się nie wydarzy (odwołanie Bocheńczaka z Rady Liderów – red.), bo żeby kogoś odwołać potrzebna jest większość w Radzie Liderów i to chyba kwalifikowana. W historii zdarzyło się to raz, gdy pozbyto się Janusza Korwina-Mikkego – przypomina nam jeden z rozmówców.
– W dodatku Mentzen nie pozbędzie się Bocheńczaka, bo ten jest mu wierny. Byłoby to dla niego zupełnie niepotrzebne – słyszymy.
Z prośbą o komentarz zwróciliśmy się do kilku polityków Konfederacji. Ci z ramienia Nowej Nadziei jakby zapadli się pod ziemię, natomiast politycy Ruchu Narodowego byli bardziej chętni do rozmowy.
– Architektura Rady Liderów została zaprojektowana w sposób gwarantujący żelazny parytet i równą reprezentację obu podmiotów. To fundament naszej stabilności. Z całą stanowczością wykluczam możliwość jakiegokolwiek „zamachu stanu” wewnątrz Konfederacji – mówi nam Michał Wawer, który wcześniej na antenie Radia Zet domagał się wyciągnięcia konsekwencji na krakowskim podwórku.
– Doniesienia o eskalacji konfliktu wewnętrznego są całkowicie nieprawdziwe. Czujemy żal i wstyd z powodu krakowskiego błędu, ale nadrzędną wartością pozostaje dla nas spójność Konfederacji. Wyciągamy wnioski i razem pracujemy dalej – przekonuje.
Wawer: To wstyd dla całej Konfederacji
Co to za wnioski?
– To powód do wstydu dla całej Konfederacji. Próby pudrowania rzeczywistości byłyby błędem. Odnotowaliśmy jednak uderzenie się w piersi i przeprosiny ze strony kierownictwa Nowej Nadziei. Cenię fakt, że nie szukano kozłów ofiarnych ani wymówek. A koszt wizerunkowy ponosimy wspólnie i jest to dla nas gorzka lekcja politycznej pokory – uważa Wawer.
– Wstyd niekoniecznie – nie zgadza się z kolegą Krzysztof Tuduj z Ruchu Narodowego.
– Wstyd to jest fałszować podpisy albo nie podjąć rękawicy. Polec w walce to nie jest wstyd. Tam zabrakło jedynie ok. 1,5 proc. wymaganych podpisów – zauważa.
– Zbiórki podpisów to element prozy życia działaczy i kandydatów partyjnych. Doświadczenie wskazuje, że zawsze trzeba zbierać ze znaczną górką, a prowadzone dla działaczy szkolenia z przepisów są konieczne, by błędów było jak najmniej. Ta sytuacja przypomina, że zbiórki to poważna sprawa, a ryzyko porażki zawsze istnieje. Najbardziej szkoda wyborców Konfederacji, którzy nie będą mogli oddać głosu zgodnie ze swoim przekonaniem – dodaje Tuduj.
I tu dochodzimy do sedna problemu. Sam Bocheńczak w rozmowie z Interią wskazywał, że liczy na kilkunastoprocentowy wynik dający mu drugie miejsce w pierwszej turze. Przedwyborcze badania dawały mu mniejsze szanse, ale zazwyczaj było to ok. 10 proc. poparcia. Dziś ten elektorat trafi w inne miejsce.
Kto zgarnie głosy Konfederacji? „Oby nie Korona”
Naturalnym beneficjentem wydaje się Michał Drewnicki z PiS. Możliwe jednak, że najwięcej zyska Michał Klimek z Konfederacji Korony Grzegorza Brauna. Na głos może liczyć też główny faworyt, czyli Łukasz Gibała, który choć wywodzi się z lewicy, szuka wsparcia w każdej grupie społecznej.
– Nasze analizy wskazują, że elektorat Konfederacji w ramach partii drugiego wyboru dzieli się głównie między PiS a Koronę. Jednakże specyfika krakowska wprowadza dodatkową zmienną w postaci kandydatury Łukasza Gibały, uderzającego w Koalicję Obywatelską – wyjaśnia Wawer.
– Nasi wyborcy prawdopodobnie rozproszą swoje głosy między kandydatów o profilu antyrządowym i kontestującym obecny układ. Zachęcam, żeby każdy krakowski wyborca Konfederacji poszedł na głosowanie i poparł kandydata wybranego według własnego sumienia i poglądów – precyzuje.
Rozmówca z Konfederacji: – Kraków historycznie zawsze był okręgiem, w którym Janusz Korwin-Mikke notował znacznie lepsze wyniki niż w pozostałych częściach kraju. Niekiedy nawet dwukrotnie wyższe. Problem polega na tym, że środowisko Grzegorza Brauna, z którym Korwin dziś sympatyzuje, wystawiło w Krakowie kandydata zupełnie nieznanego. Gdyby tam wystawiono kogoś rozpoznawalnego, kto mógłby zdobyć wynik na poziomie 10 proc., byłaby to prawdziwa sensacja.
Po blamażu związanym z kandydaturą Bocheńczaka Konfederacja będzie musiała teraz minimalizować straty, czyli liczyć na to, że nie urosną główni rywale do ogólnokrajowego podium, czyli Korona Brauna (z kandydatem Klimkiem w Krakowie – red.) oraz Rozwój Plus (bez kandydata w Krakowie – red.).
Jeśli natomiast sytuacja zacznie wymykać się spod kontroli, a słupki poparcia zaczną spadać, wewnętrznych tarć w Konfederacji może być więcej.
Zresztą już pod Wawelem było widać, że wielkiej miłości między dwiema frakcjami nie ma. Jak pisał red. Dawid Serafin, w zbiórkę podpisów Bocheńczaka nie zaangażował się Ruch Narodowy.
– Teza o celowym bojkocie zbiórki podpisów przez Ruch Narodowy jest całkowicie pozbawiona podstaw w faktach – odpowiada Wawer.
– W naszej partii wszyscy zdają sobie sprawę, że porażka zbiórki podpisów uderza w całą Konfederację i szkodzi całemu projektowi. Nikt nie odmówiłby wsparcia, gdybyśmy otrzymali sygnał o zagrożeniu zbiórki. Zawiodła komunikacja i planowanie – dodaje.
Rozmówca znający doskonale to środowisko, który chce pozostać anonimowy: – Mentzen i Bosak podzielili strefy wpływów po pozbyciu się Korwina i Brauna, a teraz narodowców niezwykle irytują głupie ruchy Mentzena, bo to głównie na jego wizerunku opiera się poparcie całej koalicji. Tylko nic się nie wydarzy, bo chcą dotrwać do wyborów. Cała Polska będzie patrzeć na Kraków pod kątem wyborów parlamentarnych. Fakt, że trzecia siła w sondażach ogólnokrajowych nie bierze udziału w tym wyścigu w tak ważnym mieście, jest po prostu komiczny.
Łukasz Szpyrka














