Liza Minnelli: — To się naprawdę wydarzyło. Ludzie, którzy tamtego październikowego dnia w 2003 roku przechodzili nade mną i pędzili dalej Lexington Avenue, mieli w nosie, kto leży na chodniku. Chciałabym móc wam powiedzieć, że to był jedyny raz, kiedy urwał mi się film. Bardzo bym chciała. Wiem tylko, że ilekroć upadałam, zawsze się podnosiłam. I dlatego nadal tu jestem.
Wyobraźcie sobie następującą scenę: mam dziewiętnaście lat i siedzę w sali balowej nowojorskiego hotelu Astor w najważniejszy wieczór dla Broadwayu. Ogłaszają laureatów Nagrody Tony i nie mogę uwierzyć w to, co się właśnie stało. Bert Lahr, Tchórzliwy Lew mamy z „Czarnoksiężnika z Oz”, wyczytał moje nazwisko. Zdobyłam Nagrodę Tony dla najlepszej aktorki w musicalu. Jestem córką Doroty, najmłodszą osobą, która dostąpiła tego zaszczytu.
Niesamowite, co chodzi człowiekowi po głowie w takiej chwili. Nie wiecie, ile to dla mnie znaczy, bo dokonałam tego własnymi siłami. Zawsze będę córką Judy Garland i Vincente’a Minnellego, i jestem z tego cholernie dumna. Mama jest jedną z najbardziej cenionych, kochanych i kultowych artystek na świecie. Papa to nowatorski reżyser, który zmienił oblicze kina. (Zwykle nazywam go „tatusiem”, ale w tej książce będzie papą). Może i pracował za kamerą, ale on też mnie ukształtował. Jak to mawiają młodzi, byłam „OG nepo baby”. Dziś przynajmniej mam własną tożsamość.
Brawa się wzmagają, gdy z mętlikiem w głowie wybiegam na scenę. Słyszę w myślach słowa „A Quiet Thing”, pięknego utworu, który śpiewam co wieczór jako odtwórczyni głównej roli w spektaklu Flora the Red Menace. Do dziś to moja ulubiona piosenka.
„Kiedy nadchodzi dzień,
Gdy spełnia się twój sen,
Wszystko spowija cisza,
Cisza jak makiem zasiał.
Szczęście przychodzi nad ranem,
Nie czeka na wezwanie.
Szczęście nie krzyczy z afisza,
Ono jest tam, gdzie jest cisza”.
Pokrótce dziękuję osobom, które mi to umożliwiły — kompozytorowi Johnowi Kanderowi, autorowi tekstu Fredowi Ebbowi, producentowi Halowi Prince’owi, reżyserowi George’owi Abbottowi i Bobowi Dishy’emu, odtwórcy głównej roli męskiej. Ślę zarazem wiadomość tym, którzy mówili, że nigdy nie dorównam mamie. A kto mógłby jej, do cholery, dorównać? W ten niesamowity wieczór moja przyszłość maluje się w radosnych barwach. I mimo lęku, że wszystko może zostać mi odebrane w jednej chwili, naprawdę chcę w nią wierzyć.
Nie mogę się doczekać, kiedy zadzwonię do papy do LA, bo wywodzi się z magicznego świata teatru. W tamtych czasach nie mieliśmy komórek, więc wrzucam monety do automatu w holu i dzwonię z urządzenia, którego wielu z was nie widziało na oczy. Nazywaliśmy je budką telefoniczną. Dzieci, jeśli nie wiecie, co to jest budka telefoniczna, sprawdźcie w internecie.
Myślę również o mamie, do niej też zadzwonię. Wiem, że będzie zachwycona, choć nie dawała mi szans na wygraną. Zanim ją osądzicie — ja to rozumiem. To nie był dla niej łatwy wieczór. Życie mamy nie zawsze było beczką śmiechu, mimo jej niezrównanego poczucia humoru. Spędza ten wieczór w kalifornijskim szpitalu z powodu „reakcji alergicznej” na koktajl przepisywanych jej leków. (Rano miałam do niej lecieć, ale mama wypisze się ze szpitala i poleci do Las Vegas na występ w Thunderbird Hotel). Zapewnia, że czuje się sto razy lepiej.
Szpitale to jej codzienność. Jest jak nasza ukochana przyjaciółka rodziny, Elizabeth Taylor. Szpitale są dla nich drugim domem.
Prawda jest taka, że mama zawsze chciała zagrać główną rolę w przedstawieniu na Broadwayu, ale nigdy nie miała okazji. Dlatego moją radość mąci jej rozczarowanie, jej niespełnione ambicje. Ja, nastolatka, dokonałam tego, co jej się nie udało. Gdy wreszcie podnosi słuchawkę, jest czuła i serdeczna.
Mawiam, że motywację mam po mamie, a marzenia po papie. Ich talenty połączyły się tego wspaniałego wieczoru. Zawsze rozpiera mnie duma, że jestem ich córką, a dziś nareszcie duma rozpiera mnie także z tego powodu, że jestem mną. Za sprawą Nagrody Tony zyskałam coś, czego nikt mi nie odbierze. Nad moją głową rozpościera się błękitne niebo.
No bo cóż mogłoby pójść nie tak?
Hm, człowiek dorasta i nabiera rozumu, więc lepiej nie zadawać tego pytania! Przecież nie mogę wiedzieć, że wraz z nagrodą otrzymuję cały bagaż dorosłości. Owszem, kolejne lata będą magiczne. Dostanę jeszcze trzy nagrody Tony i dwie nominacje do Oscara, którego mi wręczą za główną rolę w „Kabarecie”. Zdobędę Emmy za „Liza with a Z” i Nagrodę Grammy Legend, dzięki czemu w 1990 roku zostanę najmłodszą laureatką EGOT (Emmy, Grammy, Oscar i Tony) w historii. Odniosę ogromny sukces, robiąc to, co kocham. I poznam fascynujących ludzi.
Ale to jedynie część mojej opowieści
Tamtego wieczoru w Nowym Jorku, ponad sześćdziesiąt lat temu, nie mogłam wiedzieć, że zaledwie czterdzieści osiem miesięcy później moja matka umrze w wyniku nieumyślnego przedawkowania leków… że będę kilkadziesiąt lat wypruwać sobie żyły, aby utrzymać zarówno rodzinę, jak też oszustów i naciągaczy, gotowych oskubać mnie z pieniędzy do ostatniego centa… że któregoś dnia, pijana i naćpana, stracę przytomność na ulicy w drodze do mojego pięknego mieszkania przy Upper East Side.
To się naprawdę wydarzyło. Ludzie, którzy tamtego październikowego dnia w 2003 roku przechodzili nade mną i pędzili dalej Lexington Avenue, mieli w nosie, kto leży na chodniku. Chciałabym móc wam powiedzieć, że to był jedyny raz, kiedy urwał mi się film. Bardzo bym chciała. Wiem tylko, że ilekroć upadałam, zawsze się podnosiłam. I dlatego nadal tu jestem.
Któż mógł wiedzieć, że po latach wykryją u mnie zapalenie mózgu? Jego powodem może być ugryzienie komara. A także nadużywanie leków, jak w moim przypadku. Można zapaść w śpiączkę, no i oczywiście umrzeć. Lekarze mówili, że nie będę chodzić ani śpiewać. Dziennikarze pisali mi nekrolog. Nie znali jednak mojej motywacji i nie żyli moimi marzeniami.
W końcu wyszłam z tego koszmaru. I teraz, kiedy to piszę, od jedenastu lat żyję w trzeźwości.l. Ale uprzedzam: nie mówię o wielkim zwycięstwie nad uzależnieniem. Osoba uzależniona zawsze jest na odwyku albo umiera. Możesz zerwać z nałogiem, lecz on zostaje z tobą na zawsze, czyha na twoje potknięcie. Nigdy nie pozbywasz się go całkowicie.
Dla mnie i milionów innych ludzi nałóg jest chorobą. Czymś, co masz we krwi i nad czym nie panujesz, katastrofą odciśniętą w twoim DNA. Nie dotyczy to wszystkich uzależnionych, ale tak było ze mną. Po latach wreszcie to rozumiem. Przez całe dorosłe życie wojowałam z czymś, co dzisiaj nazywamy SUD, zaburzeniami związanymi z używaniem substancji psychoaktywnych. To choroba, stan spowodowany fizycznymi i psychicznymi predyspozycjami, które mogą prowadzić do nadużywania narkotyków i alkoholu. Odziedziczyłam go po mamie, podobnie jak moja siostra Lorna i mój brat Joey, a ona po swoich rodzicach. To nasze dziedzictwo, podobnie jak jej poczucie humoru.
Jak miliony osób dzień w dzień toczę walkę z tą chorobą. Nie wierzcie nikomu, kto twierdzi, że ją pokonał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bo nie pokonał. Nie może. Osoba uzależniona stale musi mieć się na baczności. W przeciwnym razie grozi jej nawrót.
To nieodłączna część mojego życia, tak jak bycie artystką. I nie jestem w tym odosobniona. Doniesienia Światowej Organizacji Zdrowia są przerażające: blisko trzysta milionów ludzi między piętnastym a sześćdziesiątym rokiem życia stosuje substancje psychoaktywne, co prowadzi do prawie sześciuset tysięcy zgonów rocznie. Alkoholizm, również należący do tego rodzaju zaburzeń, niszczy prawie czterysta milionów osób rocznie. I ta liczba stale rośnie. Od początku pandemii COVID-19 ludzie coraz częściej sięgają po szkodliwe substancje — od opioidów po metamfetaminę.
Jeśli dotyczy to ciebie i nie poszukasz pomocy, zginiesz. To jeden z najważniejszych powodów, dla których dzielę się z wami moją historią. Mam osiemdziesiąt lat i wielkie szczęście, że żyję. Większość osób z SUD nie dożywa tego wieku. Ale dzięki opiece i leczeniu mamy szansę na przeżycie. Modlę się, aby moja historia ci pomogła, jeśli ty albo ktoś z twoich bliskich zmagacie się z tym podstępnym problemem.
Tamtego pamiętnego wieczoru w 1965 roku nie było nikogo, kto by mi powiedział, że moje życie przez kolejne sześć dekad będzie niczym napisane dla mnie piękne piosenki: zlepkiem oszałamiających wzlotów i zatrważających upadków.
Mama i ja wybrałyśmy inne ścieżki w swojej twórczości. Ona w dużej mierze polegała na współczuciu. Dzięki niemu utrzymywała się na powierzchni, choć nie była postacią tragiczną, jak się powszechnie pisze. Mama była fantastyczna. Od słuchaczy domagała się miłości i wsparcia, niczym anioł o złamanych skrzydłach. I wszyscy ją za to kochali. Ale ja nigdy tego nie chciałam. Przychodzę do ludzi z całkiem innego miejsca. Jestem wesoła z natury i chcę zarażać radością i nadzieją. Chcę podnosić na duchu.
Nigdy nie śpiewam dla publiczności. Śpiewam dla was. I zwracając się do was, pytam — czy kiedykolwiek przeżyliście coś podobnego? To chwila głębokiego porozumienia. Chcę, żebyście pod koniec występu wiedzieli, że razem idziemy przez życie. Oto, jak nawiązuję kontakt.
Liza Minnelli
Foto: Prószyński i S-ka
Fragment autobiografii Lizy Minnelli „Wysłuchajcie mnie” Michaela Feinsteina oraz Josha Getlina i Heidi Evans przełożonej przez Magdalenę Moltzan-Małkowską i wydanej przez Prószyński i S-ka. Relacja. Tytuł, lead i skróty od redakcji „Newsweeka”.