— Obecna sytuacja polityczna jest dla republikanów tak niekorzystna, że prawdopodobnie stracą Izbę Reprezentantów, choć przewaga demokratów będzie mniejsza, niż wcześniej sądzono — przyznaje w rozmowie z „Newsweekiem” Alex Patton, strateg Partii Republikańskiej.

Poparcie dla Donalda Trumpa utrzymuje się na poziomie ok. 40 proc., a przewaga Partii Demokratycznej w ogólnokrajowych badaniach do Izby Reprezentantów od miesięcy wynosi około 6-7 pkt proc. Jak pokazuje historia, taka kombinacja powinna wystarczyć, by demokraci przejęli kontrolę nad Izbą i zyskali realną szansę na Senat. Ale do ewentualnego zwycięstwa jeszcze daleko.

Na przestrzeni dekad partia, która sprawuje władzę w Białym Domu, podczas wyborów śródokresowych traciła średnio 22 mandaty w Izbie Reprezentantów. Nie wynika to z konkretnej porażki politycznej, lecz raczej z trwałego przekonania wyborców, że zmiana jest zdrowa dla kraju.

— Zmagamy się z typowymi dla wyborów środka kadencji trudnościami politycznymi i pewnymi problemami gospodarczymi. Ludzie martwią się o gospodarkę, koszty życia i całą resztę. Słusznie, bo to kwestie, które odczuwają bezpośrednio. O to właśnie chodzi w większości wyborów — powiedział lider większości w Senacie John Thune podczas rozmowy z dziennikarzami.

Są jednak trzy czynniki, które mogą sprawić, że partii uda się utrzymać władzę w listopadzie:

  • zmiany w okręgach wyborczych, które faworyzują Partię Republikańską;
  • orzeczenie Sądu Najwyższego, które zapewniło republikańskiej kampanii senackiej przewagę finansową;
  • mapa wyborcza Senatu, która strukturalnie sprzyja republikanom i pozostawia demokratom bardzo małe pole do błędu.

Nowe mapy okręgów wyborczych w Teksasie, Missouri, Indianie, Florydzie i innych stanach mogą dać republikanom ok. 12-14 mandatów więcej w skali kraju. Demokraci mają z kolei szansę na kilka dodatkowych miejsc w Kalifornii. To największa inicjatywa zmiany granic okręgów w środku dekady, jakiej podjęła się którakolwiek partia (z reguły mapy zmienia się po odbywającym się raz na dekadę spisie powszechnym). Zmienia to też liczbę miejsc, które muszą zdobyć demokraci, by przejąć kontrolę nad Izbą Reprezentantów.

Z kolei czerwcowa decyzja Sądu Najwyższego daje kolejną przewagę republikanom w wyborach do Senatu. Orzeczenie uchyliło limity na skoordynowane wydatki między ogólnokrajowymi komitetami partyjnymi a ich kandydatami, co sprawia, że komitet dysponujący większą ilością pieniędzy może skuteczniej planować wydatki. Obecnie jest to National Republican Senatorial Committee. W Izbie Reprezentantów sytuacja wygląda jednak odwrotnie — tam to Komitet Kampanii Demokratycznej przegania swojego republikańskiego odpowiednika pod względem zbiórek.

Jest jeszcze senacka matematyka. Aby mieć większość w Senacie, demokraci muszą zdobyć cztery mandaty, ale jak na razie wydaje się, że tylko jeden wyścig — ten w Karolinie Północnej — może okazać się dla nich zwycięski. By mieli realną szansę na większość, wszystko inne musiałoby pójść po ich myśli. Republikańscy stratedzy, którzy rozmawiali z „Newsweekiem”, zgadzają się, że te trzy czynniki mają znaczenie, ale twierdzą, że sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana.

— Nowe granice nie są nie do przejścia — ocenia Alex Patton, strateg Partii Republikańskiej z Ozean Media. — Obecna sytuacja polityczna jest dla republikanów tak niekorzystna, że prawdopodobnie stracą Izbę Reprezentantów, choć przewaga demokratów będzie mniejsza, niż wcześniej sądzono.

Część republikanów wskazuje, że największe znaczenie w walce o Senat będzie miała część stanów, które zadecydują o ewentualnym zachowaniu większości przez partię. Opinie na temat tego, jak dużo mogą ugrać demokraci, są podzielone, ale większość zgadza się co do najważniejszych pojedynków.

W walce o Senat republikański strateg Matt Klink dzieli stany na trzy grupy. Maine, Alaska i Ohio to według niego prawdziwe pola bitwy, które zadecydują o kontroli nad izbą wyższą. Michigan i Teksas mają charakter bardziej nieprzewidywalnych rozstrzygnięć, natomiast Kansas znajduje się na ostatnim miejscu i, jak wskazuje, może zyskać na znaczeniu tylko wtedy, gdy demokraci zaliczą 3 listopada prawdziwą falę zwycięstw, co uznaje za mało prawdopodobne.

— Demokraci muszą uzyskać cztery mandaty. Na ten moment tylko Karolina Północna przechyla się na ich korzyść — podkreśla Klink.

John Thune ocenia sytuację w podobny sposób. Jak zaznacza, republikanie atakują w Michigan, Minnesocie, New Hampshire i Georgii. W defensywie znajdują się z kolei w Maine, Ohio, Iowie i na Alasce, które określa jako mur ochronny partii. — Jeśli nie utrzymamy pewnych stanów, stracimy kontrolę nad Senatem — przyznaje.

Alex Patton przywiązuje większą wagę do Teksasu, wskazując na pojedynek demokraty Jamesa Talarico z republikańskim prokuratorem generalnym Kenem Paxtonem jako test tego, czy przewaga struktur republikanów wytrzyma w starciu z silnym kandydatem demokratów. Paxtona opisał jako mocno kontrowersyjnego, a Talarico jako wyjątkowo silnego, choć przyznał, że Partia Demokratyczna ma jeszcze wiele do zrobienia, zanim Teksas stanie się rzeczywistym celem wielkiej fali demokratów.

— Uwierzę, że demokrata może wygrać w Teksasie, kiedy rzeczywiście to się stanie — kwituje Patton. — Jeśli Talarico wygra, to będzie prawdziwe trzęsienie ziemi.

Patton wskazuje także na Maine, gdzie — jak ocenia — demokraci prowadzili chaotyczną kampanię, która zakończyła się wycofaniem się Grahama Platnera, jednak wciąż mają realną szansę pokonać wieloletnią republikańską senator Susan Collins, z uwagi na ogólnokrajowy klimat polityczny. Jak podkreśla, nawet mapa faworyzująca republikanów nie jest w stanie całkowicie ochronić poszczególnych kandydatów przed nieprzychylnym nastrojem w kraju.

— W listopadzie, w takim środowisku, z pewnością wydarzy się coś niespodziewanego i dziwnego — ocenia Patton.

Najnowszy sondaż Fox News pokazuje, że kandydaci demokratów prowadzą także w sześciu innych kluczowych stanach: Georgii, Karolinie Północnej, Ohio, Iowa, Teksasie i Maine. Te zyski zrównoważyłyby stratę w Michigan i dałyby Partii Demokratycznej większość w Senacie, jeśli 3 listopada zdobędzie ona cztery nowe mandaty. Republikanie prowadzą tylko w Michigan, gdzie bronią mandatu należącego dotychczas do demokratów.

Republikanie mają jeszcze jedną przewagę — pieniądze. Nowe zasady wydatkowania dają National Republican Senatorial Committee (NRSC) większą elastyczność, by bezpośrednio wspierać swoich kandydatów, potencjalnie umożliwiając im większy zasięg reklamowy niż demokratycznym komitetom. Obecnie daje to przewagę republikanom w Senacie. W Izbie Reprezentantów sytuacja jest odwrotna — tam Komitet Kampanii Demokratycznej pod względem zbiórek wyprzedza swojego republikańskiego rywala.

W notatce dla darczyńców, do której dotarł „Washington Reporter”, NRSC określa siebie jako „najważniejsze narzędzie inwestycyjne w cyklu wyborczym 2026”, odkąd zniesiono limity wydatków. Przed tą decyzją wydatki skoordynowane były ograniczone do ok. 4 mln dol. na wyścig. Dalsze pieniądze musiały być wydawane przez niezależną komórkę, która zgodnie z prawem nie mogła kontaktować się ze sztabem, co — jak zaznaczono w notatce — prowadziło do „marnotrawstwa, dublowania działań i niespójnych przekazów”.

Obecnie NRSC wygasza swoją niezależną komórkę i przerzuca się na zakupy reklam bezpośrednio skoordynowane z kandydatami. Komitet podkreśla, że ta zmiana pozwala kupować czas antenowy po niższych stawkach przysługujących kampaniom, a nie po wyższych, obowiązujących organizacje zewnętrzne. Przewaga finansowa jest już widoczna w kilku wyścigach, które republikanie uznają za kluczowe dla utrzymania Senatu. W Maine Partia Republikańska zarezerwowała 107 mln dol. na reklamy. Dla porównania, demokraci w tym samym stanie uzbierali tylko 55,5 mln.

Nowe zasady mogą jeszcze bardziej pogłębić tę różnicę, pozwalając NRSC na skoordynowane zakupy reklam po stawkach kampanijnych. Przewodniczący NRSC Tim Scott informował darczyńców, że wydatki w samym Maine mogą sięgnąć 600 mln dolarów, a w Karolinie Północnej mogą być jeszcze wyższe. Ohio i Michigan także znalazły się w nowej strategii wydatków NRSC. Komitet zapowiedział wygaszenie niezależnych komórek w tych stanach i przejście na skoordynowane zakupy reklam z kandydatami. Przewagę cenową wewnątrz komitetu określono od trzech do trzynastu razy tańszą niż w przypadku grup zewnętrznych.

Ta przewaga finansowa ma jednak znaczenie tylko wtedy, gdy republikanie mają wyborców, których mogą przekonywać, a jak pokazują wewnętrzne dane partii, elektorat nie jest szczególnie przekonany do żadnej ze stron. Badania Pew Research wykazały, że na wiosnę różnica między partiami wynosiła zaledwie punkt procentowy, przy czym 59 proc. dorosłych miało negatywne zdanie o demokratach, a 58 proc. wyrażało negatywną opinię o republikanach.

Matt Klink uważa, że odwrócenie historycznego trendu wymagałoby szybkiego i korzystnego zakończenia wojny z Iranem, powrotu cen paliw do poziomów sprzed wojny i wyraźniejszego odbicia gospodarczego niż obecne, nierówne ożywienie. Na ten sam element wskazuje John Thune.

— Ostatecznie ludzie będą oceniać partię przez pryzmat wpływu na gospodarkę i ceny paliw oraz to, czy Cieśnina Ormuz pozostaje otwarta — mówi.

Średnia sondaży prowadzonych przez Silver Bulletin wskazuje, że 18 sierpnia poparcie dla Trumpa wynosiło 38,1 proc., a poziom dezaprobaty 58,2 proc., co daje saldo -20,1 pkt proc. Jest to rekordowo niski poziom poparcia dla prezydenta od początku jego drugiej kadencji. Największą różnicę w tym roku odnotowano 30 lipca, gdy saldo wyniosło -20,6 pkt proc. Nawet najbardziej optymistyczni republikańscy stratedzy przyznają, iż prywatnie nastroje w partii są dużo mniej pewne niż publiczne deklaracje.

— Gdy mikrofony są wyłączone, większość szepcze: „to będzie ciężka noc” — twierdzi Patton.

Thune, zapytany wprost, czy republikanie są w stanie utrzymać większość w Senacie, nie dał takiej gwarancji.

— To trudny rok — przyznaje. — Wybory śródokresowe zawsze takie są.

Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version