Mam 73 lata i uczę się chodzić. To efektowne zdanie. Ale i prawdziwe. Udar to nie jest fajna rzecz.
Wszystko zaczęło się kilka tygodni temu, w piątek rano. Od rana czułem się dziwnie. Byłem osłabiony, a świat wyglądał trochę jak za szybą. Ale co tam słabości, muszę przecież odwieźć Anię na stację SKM, żeby mogła dojechać do pracy. Do stacji są od nas ponad 4 km, więc trudno od niej wymagać, by chodziła piechotą.
— Trochę dziwnie wyglądasz — powiedziała, wysiadając z samochodu. — Może nie rób zakupów, tylko jedź prosto do domu, połóż się i odpocznij…
A niby dlaczego mam zakupów nie robić? — pomyślałem. Przecież zawsze po jej odwiezieniu robiłem sprawunki. Wszedłem do naszego sklepu osiedlowego. Trzymając się kurczowo sklepowego wózka, bo mnie lekko znosiło na boki, kupiłem kilka niezbędnych produktów; chleb, mięso dla psów i takie tam. Załadowałem to do auta i pojechałem do domu. Kiedy rozpakowywałem siatki, poczułem się gorzej. Usiadłem w fotelu. Odpocznę trochę, to mi przejdzie — pomyślałem. Po jakichś 20 minutach poprawiło się, więc wstałem i poszedłem do kuchni zrobić psom żarcie. Wrzuciłem zawartość puszki do psich mich i pochyliłem się, by je podstawić zwierzętom. I wtedy stało się…
***
To było tak, jakby ktoś nacisnął mały guziczek, co spowodowało wyłączenie dolnych partii ciała. Nogi nagle zwiotczały, a ja ciężko zwaliłem się na podłogę. Żadnych zawrotów głowy, żadnej utraty przytomności. Stałem — leżę.
W dodatku nie byłem w stanie się podnieść. Ręce miałem sprawne, ale nogi bezwładne. Rozglądałem się po kuchni, szukając jakiegoś ratunku. O, jest krzesło. W dodatku w zasięgu ręki. Próbowałem się na nim podeprzeć, potem na jakiejś szafce. Nic to nie dało. Co się lekko na rękach uniosłem, to znowu padałem. Nie pomagało mi to, że jak runąłem, to popękało mi kilka żeber. Bolało jak cholera.
Tak więc leżę na podłodze i ogarnia mnie bezsilność. Wiem, co powinienem zrobić, żeby wstać, ale nie mogę, nie potrafię, nie mam siły. Z rozpaczą rozglądam się wokół. Widzę, jak jeden pies łakomie zajada rozsypane na podłodze śniadanie. Drugi spogląda na mnie z zadumą. A koty? Koty jak zawsze obojętne i zajęte tylko sobą.
A skoro już leżę i nie mogę wstać, to zaczynam analizować sytuację. A właściwie nie tyle analizować, co wpadać w coraz większą histerię. Jako pierwsze jak zawsze pojawia się kretyńskie pytanie: Dlaczego akurat ja? Ku…, dlaczego to właśnie ja? A potem wyobraźnia pędzi jak rozszalała kobyła. Czy kiedykolwiek będę potrafił wstać? Czy uda mi się jeszcze kiedyś postawić choć jeden krok? Czy będę kiedyś chodził?
Daremne próby podniesienia się z podłogi wywołują histeryczną wściekłość. Walę pięścią w podłogę. A potem niknie furia i w jej miejsce pojawia się żałość — zaczynam płakać jak dziecko.
Po jakichś 45 minutach udało mi się przeczołgać do pokoju i wdrapać na kanapę. I jak już trochę się uspokoiłem — wysłać wiadomość do Ani z pytaniem, czy ma klucz od furtki, „bo nie będę mógł otworzyć”. Oddzwoniła natychmiast. Wysłuchała, co mi jest i krótko zakomunikowała; „Jadę”. Wezwała też swoją córkę i mojego syna.
Przyjechali w tym samym czasie. Kiedy we troje wbiegli do domu, to jakby ktoś promień światła wrzucił w ten ponury dzień. Nareszcie nie byłem sam!
Nie byłem sam, ale ze mną było coraz gorzej. Nie tylko nie mogłem wstać z kanapy, nie mogłem nawet usiąść. Byłem zupełnie wiotki. Co chwilę któreś z nich podawało mi rękę i próbowało usadzić. A ja, już puszczony, przez chwilę kiwałem się na boki, a potem się przewracałem. Nie jest źle — pomyślałem — jest fatalnie.
Antoni Pawlak
Foto: Marek Szczczepański / Fot. Marek Szczepański
W końcu towarzystwo z wysiłkiem wzięło mnie pod pachy, zaprowadziło do sypialni i ułożyło na łóżku. Odetchnąłem, ale tylko na chwilę. Przejście tych kilku metrów było takim wysiłkiem, że się obficie zsikałem. Było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, i nowy dojmujący wstyd — zsikać się przy ludziach.
To sikanie pozostało na dłużej. Ania kupiła mi pampersy. Zakładała mi je, zdejmowała. Za każdym razem myślałem — to nie tak miało być! Coś, co zaczęło się jako fascynująca przygoda bez zobowiązań, potem przeszło w głębokie uczucie. Teraz wkracza w nową fazę. W fazę, której nawet nie potrafię nazwać. Przecież, jak postanowiliśmy się razem zestarzeć, żadnemu z nas nie przyszło do głowy, że na drodze do wspólnego starzenia pojawią się między nami pampersy.
Wieczorem decydujemy się na szpital. Ania dzwoni do znajomego ratownika medycznego. Po jakiejś godzinie facet przyjeżdża. Wnosi mnie do auta i jedziemy do jednego z podmiejskich szpitali.
***
Jechałem z obawami. To nie miał być mój pierwszy pobyt w szpitalu. Wiedziałem oczywiście, że szpital leczy. Ale nie tylko. Szpital także sprowadza nas, pacjentów, do właściwego wymiaru. Do roli pyłku, który nic nie znaczy. Pyłku, który zawadza światu w jego sprawnym działaniu. Jest wrzodem na dupie. Czymś zbędnym, zakłócającym harmonię świata.
Dotyczy to w szczególności pielęgniarek, salowych i tak dalej. Czyli tych, którzy zajmują się najbardziej niewdzięcznymi zajęciami. One — bo to głównie kobiety — są zakompleksione i pazerne. Gołym okiem widać, że są przekonane, iż zostały stworzone do wyższych celów niż zmienianie pacjentom pampersów. Żeby zechciały nocą wyjść z pokoju pielęgniarek, zazwyczaj potrzebna jest finansowa zachęta. A może to nie jest norma, może po prostu miałem pecha, że akurat na takie trafiałem? Może.
Noc na SOR. Leżę na łóżku. Nagle widzę starszego pana w podkoszulku i pampersie. Energicznie chwytając się łóżek i szaf, idzie. Z pomieszczenia obok dobiega zaspany głos pielęgniarki.
— A ty, dziadek, gdzie ku…?
— Do ubikacji idę…
— Do łóżka mi tu zaraz, pampersy masz, to w nie szczaj.
Dziadek zawrócił zniechęcony.
Obok mnie leży gruby facet. Wesoły, sympatyczny, uczynny. W pewnym momencie zdejmuje koszulę. A na jego brzuchu widzę pokaźnych rozmiarów tatuaże — swastyka i znaki SS. Ot, rodzimy folklor.
Rano pochyla się nade mną lekarka dyżurna.
— Pana żona przyjechała. Wpuścić?
— Byłbym wdzięczny…
Odeszła. Żonę wpuściła, ale żeby kobieta się zbyt nie rozpuściła, lekarka przetrzymała ją w poczekalni jeszcze jakieś 40 minut. Niech zna swoje miejsce.
W końcu po dwóch dobach zwalnia się miejsce na oddziale i mnie tam przenoszą.
Rankiem na salę szpitalną wpada lotna brygada sprzątająca. Starsze zazwyczaj panie sprawdzają, który z nas się w nocy zsikał, który się zesrał. Panie zmieniają pampersy i pościel. Robią to sprawnie, nie szczędząc nam przy tym złośliwości.
— Znowu się pan zeszczał — mówi do mnie na cały głos jedna z nich. — Nie może pan, do cholery, do kaczki lać jak każdy normalny człowiek? Pan to chyba specjalnie robi…
Specjalnie? Znów czuję się maleńki, zgnojony.
Przez półotwarte drzwi słyszę, jak na korytarzu panie rozmawiają o mnie.
— Nic dziwnego, że on tak szcza. Bez przerwy coś pije, to i szczać musi. On pije, a żona mu jeszcze jakieś napoje donosi.
Na początku bałem się, że nie będę w stanie czytać. Do szpitala Ania spakowała mi kilka książek. Bałem się do nich zajrzeć. W końcu, po paru dniach, otworzyłem zbiór opowiadań Marka Twaina. I poszło. Na szczęście. Teraz czytam jak potłuczony, jakbym chciał nadrobić stracony czas.
Udar spowodował, że odkleiły mi się nie tylko nogi. Odkleiła się także odporność na wzruszenia. Nigdy do nich nie byłem specjalnie skłonny. A tu raptem dają w telewizji „Znachora” Hoffmana. I zaczynam łkać ze wzruszenia. Rozmawiam przez telefon z przyjacielem i zaczynam połykać łzy. Ania wraca z pracy, patrzę na nią i płaczę. Dziwne i niepokojące.
A może to wcale nie jest wzruszenie? Może to jakaś forma użalania się nad sobą?
***
Po tygodniu wypisali mnie ze szpitala. I dali skierowanie na rehabilitację. Ale pomyśleliśmy z Anią, że tym razem nie skorzystamy z państwowej służby zdrowia. Nie mamy do niej zaufania. Ania znalazła w internecie jakiś zakład rehabilitacyjny. Prywatny i bardzo drogi — dwutygodniowy pobyt kosztował ponad 12,5 tys. zł.
Pojechaliśmy. Wpierw przez jakieś 20 minut nikt się nami nie interesował. Potem zaczęła się seria nieporozumień. Przede wszystkim próbowano mnie zakwaterować w dwuosobowym pokoju, chociaż miałem zamówioną jedynkę. Po interwencji udało się to wyprostować. Ale potem było już tylko gorzej.
Zgodność zapisów w umowie z rzeczywistością była niska. Miałem być pod stałą opieką lekarską. Na wejściu nikt mnie nie zbadał. A i przez następnych kilku dni lekarza nie widziałem nawet z daleka. Była też możliwość konsultacji z psychologiem. Kiedy o taką konsultację poprosiłem, usłyszałem, że to niemożliwe, bo „pani psycholog jest na urlopie w Dubaju i przed zakończeniem pańskiej terapii nie wróci”.
O zmierzenie ciśnienia musiałem się co dzień upominać. Chociaż jest ono konieczne przed rozpoczęciem terapii. Za to zaproponowano mi wodoroterapię.
Chciało mi się palić, więc zapytałem sanitariusza jak rozwiązać ten problem.
— W pokoju panu nie radzę — odpowiedział — bo tu są czujniki dymu. Ale niech pan wyjdzie na dwór po prostu…
W pokoju były drzwi balkonowe, przez które z pewnym trudem przecisnąłem się z wózkiem. A tam ceglany chodniczek i trochę zaniedbany trawnik. Stałem, opierając się o wózek i łapczywie zaciągałem się papierosem. W pewnym momencie pomyślałem; zaraz, a po co ja właściwie stoję? Wózek ma coś w rodzaju krzesełka więc mogę sobie usiąść… Usiadłem. A właściwie nie tyle usiadłem, co spróbowałem usiąść. I wylądowałem na ziemi. Pomimo rozpaczliwych prób nie udawało mi się podnieść. Próbowałem chwytać się wózka, kęp trawy. Bez rezultatów. Po półgodzinie przyszła terapeutka zaaplikować wodoroterapię i pomogła mi wstać.
Tak więc ośrodek za ponad 12 tys. oferował mi spanie, wyżywienie, wodoroterapię i dwie godziny lekkich zajęć terapeutycznych dziennie. Trochę mało.
Doszliśmy więc z Anią do wniosku, że to nie jest ośrodek terapeutyczny dla udarowców, ale zwykli naciągacze. I nie czekając na zakończenie turnusu, wyjechaliśmy do domu. Oczywiście żądając zwrotu większości zapłaconych pieniędzy. O dziwo zwrócili.
***
Niedaleko naszego domu jest pracownia terapeutyczna ciesząca się uznaniem. Więc co drugi, trzeci dzień Ania mnie tam wozi. Zajęcia trwają godzinę i są bardzo intensywne. Po takiej godzinie ćwiczeń obolały wyczołguję się z sali. Ale są efekty. Dość nieśmiało zacząłem samodzielnie chodzić. Bez wózka, bez balkonika.
Tak więc pięć tygodni po udarze mózgu zacząłem chodzić. A byłem pewien, że już nigdy nie będę. Na razie chodzę tylko po domu, jeszcze niezgrabnie i z obawą, że się przewrócę. Nie przewracam się.
To zasługa ostrych ćwiczeń. Ale to przede wszystkim zasługa Ani. Jej determinacji, uporu, jej poświęcenia. Jej wiary, nadziei i miłości.

