Rozpoczęcie przez Donalda Trumpa do spółki z premierem Binjaminem Netanjahu wojny z Iranem stało się dla Arabii Saudyjskiej czymś, co przypomina wepchnięcie na tory. Po nich nadjeżdża pociąg, niebezpiecznie przyśpieszając. Jego rolę wziął na siebie irański reżim wsparty przez rebeliantów Huti.
Obaj śmiertelni wrogowie Saudów dostrzegli, że pojawiła się niepowtarzalna okazja zamknięcia ich w pułapce. Gdyby okazała się szczelna, ma szansę zmienić Bliski Wschód nie do poznania. Długotrwałe odcięcie Arabii Saudyjskiej od możliwości eksportu ropy naftowej grozi bowiem upadkiem rządzącej dynastii, a nawet całego państwa.
Chcąc to osiągnąć, należy zablokować trzy szlaki komunikacyjne. Mowa o cieśninach Ormuz i Bab al-Mandab, prowadzących na Ocean Indyjski, oraz o Kanale Sueskim i biegnącym na zachód od niego rurociągu SUMED, zapewniających dostęp do Morza Śródziemnego.
Iranowi udaje się utrzymywać blokadę cieśniny Ormuz. Choć w środę rzecznik Centralnego Dowództwa Stanów Zjednoczonych (CENTCOM) Tim Hawkins przekazał mediom, że to nieprawda. Oznajmił bowiem:
– Od początku maja pomogliśmy statkom handlowym przetransportować ponad 900 milionów baryłek ropy naftowej przez cieśninę Ormuz na światowy rynek energetyczny.
Poza tym twierdzi, że siły USA oczyściły całą cieśninę z min morskich. Ale jego twierdzenie, że: „Cieśnina jest otwarta. Te szlaki są otwarte” brzmi nie do końca wiarygodnie. Przed wojną tankowce transportowały przez Ormuz każdego miesiąca ok 603 mln baryłek ropy i nic nie wskazuje na to, aby znów osiągano ten wynik.
Arabia Saudyjska w tarapatach. Co z pozostałymi szlakami?
Coraz realniejsza staje się też groźba zablokowania cieśniny Bab al-Mandab od momentu, gdy w połowie września rebelianci Huti zdobyli strategiczne portowe miasto Mokka. Leży ono niemal u wrót tego przesmyku, będącego niegdyś rajem piratów. Stąd też arabska nazwa „Brama łez”.
W przypadku wspominanego tu szlaku Huti grają bardzo zręcznie. Jak doniosła w środę agencja Reuters, ich przedstawiciele spotkali się z amerykańskimi dyplomatami w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w stolicy Omanu Maskacie.
„Huti zapewnili przedstawicieli władz USA, że nie mają zamiaru atakować amerykańskich statków i że są zdeterminowani, aby utrzymać zawieszenie broni z USA”
– informuje Reuters.
Poza tym wysłannicy rebeliantów ponoć obiecali, że: „nie zaatakują izraelskich statków ani żadnych statków handlowych, z wyjątkiem tych należących do Arabii Saudyjskiej”. Zatem robią wszystko, żeby Donald Trump nie zechciał wysłać Saudom z odsieczą amerykańskiej floty oraz lotnictwa.
Jednak najbardziej efektownym ruchem tandemu, jaki tworzą Iran oraz Huti, stał się dronowy atak na przecinający Półwysep Arabski rurociąg Wschód-Zachód. Gdy spojrzymy na mapę, zobaczymy, że to dzięki niemu koncern Aramco może przesyłać ropę z pól naftowych nad Zatoką Perską aż do portu Janbu (Yanbu) nad Morzem Czerwonym. Zniszczenie tego rurociągu, oznacza dla Saudów koniec możliwości ekspediowania paliwa w świat ostatnią z wolnych dróg przez Kanał Sueski (co i tak jest dla supertankowców kłopotliwe) oraz rurociągiem SUMED.
Wprawdzie Arabia Saudyjska twierdzi, że zdołała przywrócić około 50 proc. przesyłu ropy nitką rurociągu Wschód-Zachód w ciągu kilku najbliższych dni, lecz nie zmienia to faktu, że wciąż leży na torach, a pociąg się zbliża.
Najdobitniej komunikują o tym dane dotyczące spadku wydobycia ropy. W sierpniu 2026 r. wynosiło ono 6,24 mln baryłek dziennie. Czyli o ok. 2 mln mniej niż przed wybuchem wojny i najmniej od początku lat 90. Skoro państwowy koncern Aramco traci zdolność dostarczania paliwa odbiorcom, musi redukować wydobycie.
A może być gorzej, ponieważ Arabia, pomimo olbrzymich wydatków na zbrojenia, okazuje się niezdolna, by samodzielnie odblokować i zabezpieczyć kluczowe dla niej szlaki komunikacyjne. Nie potrafi nawet chronić przemysłu naftowego przed atakami wrogów. Tymczasem pomimo próśb księcia Salmana ich adresat Donald Trump ociąga się z militarną odsieczą. Choć pociąg się rozpędza, bo przyszłość Arabii jest całkowicie zależna od ropy.
Klęska księcia
Któż jeszcze pamięta, że zaraz po rozpoczęciu swej drugiej kadencji Donald Trump udał się w pierwszą oficjalną podróż zagraniczną do Rijadu. Tam uroczyście sygnował „wielką, piękną umowę” o bliskim partnerstwie między USA a Arabią Saudyjską. Dotyczyła ona współpracy w takich obszarach, jak: energetyka, zbrojenia, przemysł naftowy etc. Książę Salman zobowiązał się w niej, że jego kraj wyda 142 mld dolarów na zakup amerykańskiego uzbrojenia oraz zainwestuje w Ameryce co najmniej 600 mld USD.
Ta hojność następcy tronu, rządzącego Arabią w imieniu swego ojca króla Salmana ibn Sauda, wynikła z bardzo namacalnych przyczyn. Książę zdawał sobie sprawę, że w coraz bardziej niestabilnym świecie opieka ze strony Ameryki staje się dla jego rodu oraz państwa rzeczą cenniejszą od złota.
10 lat wcześniej, przejmując władzę, ogłosił swój projekt uniezależnienia Arabii od dochodów z ropy naftowej. Nazwał go „Saudi Vision 2030”.
Podczas jego realizowania utopiono w piaskach Arabii ponad 60 mld dolarów. Budowa ciągnącego się 170 km przez pustynię megamiasta „The Line” została wstrzymana we wrześniu 2025 r. Następnie przystąpiono do redukowania gigantomańskiego projektu, który w zamyśle miał być hubem nowoczesnych technologii, przyciągającym inwestorów z Zachodu i Chin oraz 90 milionów zagranicznych turystów rocznie.
Zamrożono też wznoszenie na pustynnych piaskach górskiego kurortu Trojena, dla miłośników narciarstwa i innych sportów zimowych. Z tego powodu Arabia Saudyjska wycofała się z pomysłu organizacji Azjatyckich Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2029 r. Stanęły w miejscu inne inwestycje, których celem było generowanie dochodów niezwiązanych z przemysłem naftowym.
Nie wiadomo, czy powstanie pod Rijadem gigantyczny park rozrywki Qiddiya oraz nowe centrum stolicy. A zamiast bijących światowe rekordy wieżowców książę Mohammed bin Salman – jak ujawnił „The Wall Street Journal” – półtora roku temu dostał na biurko wyniki audytu „Saudi Vision 2030”.
Mówią one, że jego wizja nie będzie kosztowała, jak pierwotnie zakładano, 500 mld dolarów, lecz 8,8 biliona. Poza tym nie ma szansy, aby inwestycje zaczęły przynosić pożądane profity przed rokiem… 2080. Zatem do tego czasu gospodarka Arabii Saudyjskiej pozostanie całkowicie zależna od światowych cen ropy naftowej. Gdy książę zaczął godzić się z porażką i uciął wydatki na własną wizję, jego przyjaciel Donald Trump uderzył na Iran i w konsekwencji wepchnął sojusznika wprost pod pociąg.
Arabia Saudyjska i jej zapasy na czarną godzinę
To, że Saudowie wylądowali na torach, nie oznacza, że nie wywiną się z opresji. Aczkolwiek w stuletniej historii ich państwa nie przytrafiła się im do tej pory większa od obecnej. Wedle oficjalnego sprawozdania ministerstwa finansów Arabii w 2025 r. kraj ten odnotował około 291 mld dolarów dochodów budżetowych. Z tego około 157 mld (ok. 54-54,6 proc.) pochodziło bezpośrednio z sektora naftowego. Pozostaje więc jeszcze 46 proc. innych.
Jednak nawet połowę dochodów podatkowych w tej puli ściągnięto od podmiotów związanych z gałęziami gospodarki, których kondycja zależy od stanu sektora naftowego. Zatem poważne ograniczenie możliwości sprzedaży ropy musi przynieść załamanie się dochodów państwa. Zwłaszcza że w tym samym 2025 r. Arabia wydała o 65 mld USD więcej niż wpłynęło do budżetu. Oznacza to deficyt na poziomie ok. 22 proc. dochodów budżetowych i 5,3 proc. PKB, jeszcze przed nadejściem kryzysu.
W tej sytuacji największymi atutami księcia Salmana stają się gromadzone przez dekady zasoby finansowe. Kluczowym jest Państwowy Fundusz Majątkowy, zarządzający obecnie aktywami wycenionymi na 1,21 biliona dolarów oraz rezerwy Saudyjskiego Banku Centralnego (SAMA), oscylujące w okolicach 440-480 mld USD. Zatem posiadane zasoby mają astronomiczną wartość i teoretycznie monarchia szybko nie upadnie. Chyba że Iran i Huti na stałe przejmą kontrolę nad cieśninami i jeszcze długo nie zaprzestaną swych ataków.
Zasobem jest jeszcze ok. 35 mln mieszkańców państwa Saudów. Jeśli nie są zagranicznymi robotnikami, to żyje im się jak w finansowym raju. Nie płacą podatku dochodowego ani żadnych innych, poza VAT-em wynoszącym 15 proc. oraz daniną nazywaną Zakat. Dobry muzułmanin, żyjący wedle nakazów, płaci swemu władcy roczną składkę wynoszącą 2,5 proc. od tego, co cennego posiada: gotówki, złota, srebra, akcji, innych aktywów inwestycyjnych itp. W Arabii Saudyjskiej robi się to dobrowolnie i samemu wylicza sumę, korzystając z internetowych kalkulatorów.
Cena za podatkowy raj jest taka, że krajem rządzi monarcha absolutny oraz jego krewni. Poddanym wolno ich kochać oraz być posłusznym. Zatem próba wyższego opodatkowania rodziłaby niebezpieczeństwo, że w odpowiedzi obywatele zażądają prawa głosu oraz możliwości wpływania na władzę. Jednak tego samego mogą zacząć się domagać, jeśli odczuwalnie zbiedniają. Tymczasem wszelkie ustępstwa grożą szybkim końcem władzy Saudów.
Zatem imponujące zasoby finansowe, którymi rozporządza książę Mohammed bin Salman, wcale nie muszą oznaczać, że pozostało jeszcze mnóstwo czasu i może on po prostu przeczekać stan oblężenia, w jakim znalazła się Arabia Saudyjska. Nawet jeśli potrwa to długie miesiące lub nawet lata.
Acz w tej serii nieszczęść, jakie spadły na Rijad, najgorszym jest to, że wszyscy już zobaczyli, iż Saudowie nie są w stanie militarnie stawić czoła ani Iranowi, ani nawet rebeliantom Huti. Choć stworzyli potężnie uzbrojoną armię. Ich wrogowie widzą więc, że mają do czynienia z bajecznie bogatym królestwem, którego fundamenty zbudowano na ruchomym piasku. Widzą i wyciągają wnioski na przyszłość.
Andrzej Krajewski


