Biała klasa pracująca ze środkowego zachodu nie odzyska dzięki wojnie dobrze płatnych, stabilnych miejsc pracy w przemyśle. Gospodyni domowa z niższej klasy średniej z dalekich przedmieść, którejś z metropolii na południu Stanów nie zapłaci mniej za jajka. Amerykańska granica nie stanie się dzięki temu bezpieczniejsza.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
W sobotę rano Stany i Izrael rozpoczęły ataki na cele w Iranie. Wszystko wskazuje, że będą one miały znacznie większą skalę i potrwają dłużej niż operacja przeciw Iranowi z czerwca zeszłego roku.
Trump w wideo wyemitowanym w sobotni poranek zapowiedział, że celem operacji jest nie tylko powstrzymanie Iranu przed uzyskaniem broni jądrowej, ale też zniszczenie wojsk rakietowych oraz floty reżimu ajatollahów. Amerykański prezydent wezwał też obywateli Iranu, by na razie ukryli się w bezpiecznym miejscu, a następnie, po zakończeniu działań wojennych, wyszli na ulice i przejęli kontrolę w kraju, obalając teokratyczny reżim, bo to będzie wyjątkowa, zdarzająca się raz na pokolenie szansa.
Inaczej mówiąc, Trump próbuje siłowo doprowadzić do zmiany reżimu w Iranie — choć raczej rękami Irańczyków niż przy pomocy bezpośredniej amerykańskiej interwencji wojskowej, jak w Iraku w 2003 r. To bardzo ryzykowny ruch. Wojna w Iranie, zwłaszcza jeśli coś pójdzie nie tak — a naprawdę wiele rzeczy może przebiegać zupełnie inaczej, niż zaplanowała to sobie amerykańska administracja — może okazać się kolejnym czynnikiem dzielącym wyborczą bazę prezydenta i ciążącym Republikanom w wyborach połówkowych do Kongresu.
Wyborcy Trumpa za tym nie głosowali
Trump wszedł do amerykańskiej polityki pod koniec 2015 r. jako krytyk amerykańskich interwencji zbrojnych w odległych rejonach świata, zwłaszcza tych, którym nie towarzyszyły jasno zdefiniowane cele i ochrona konkretnych, amerykańskich interesów. W trakcie prawyborów w 2016 r. równie często co Demokratów atakował dynastię Bushów i jej politykę na Bliskim Wschodzie — co okazało się bardzo efektowną bronią przeciw także walczącemu wtedy o prezydencką nominację Jebowi Bushowi.
Także w kampanii w 2024 r. Trump przedstawiał się jako kandydat pokoju, jako ktoś, kto nie tylko nie wciągnie Stanów w żadną nową wojnę, ale kierując się amerykańskim interesem, będzie raczej zmniejszał, niż zwiększał międzynarodowe zaangażowania i zobowiązania Waszyngtonu.
Z całą pewnością koalicja, która wybrała w 2024 r. Trumpa nie głosowała za wojną w Iranie. Trump został wybrany nie po to, by zmieniać rządy w Teheranie, ale by zrobić porządek z sytuację na południowej granicy i w ogóle z nielegalną migracją, rozwiązać problemem kosztów życia, a przede wszystkim dać amerykańskiej gospodarce nowy impuls do rozwoju, a zwykłym Amerykanom, także tym bez dyplomu wyższej uczelni, szansę na uczestnictwo w „amerykańskim śnie”.
Perspektywę wojny z Iranem krytykowało już wcześniej wielu liderów opinii ważnych dla trumpowskiej koalicji: od największej dziennikarskiej gwiazdy radykalnej, populistycznej prawicy Tuckera Carlsona, po opiniotwórczego post-liberalnego publicystę Sohraba Ahmariego, zresztą migranta z Iranu, nawróconego na tradycjonalistyczny katolicyzm.
To inny przypadek niż Wenezuela
Tymczasem w ciągu dwóch miesięcy tego roku Trump rozpoczął już dwie wojny — bo w styczniu amerykańskie wojsko zaatakowało przecież Wenezuelę. Tamtą operację dało się sprzedać opinii publicznej jako zabezpieczenie kluczowych amerykańskich interesów na półkuli zachodniej. Operacja była niewątpliwym wojskowym sukcesem i demonstracją skuteczności amerykańskiej armii.
Wbrew obawom niektórych komentatorów nie doprowadziła ona do chaosu i wojny domowej w Wenezueli, jak można sądzić także dlatego, że administracja Trumpa porozumiała się z zastępczynią obalonego prezydenta Maduro, Dalcy Rodríguez, wybierając stabilność współpracy z madurowskim reżimem bez Maduro zamiast ryzyka demokratycznej transformacji — ku rozczarowaniu demokratycznej opozycji w Wenezueli.
Iran to jednak inny przypadek. Reżim ma możliwość oporu i ataków na amerykańskie cele w regionie. Trump powiedział w swoim porannym wystąpieniu, że amerykańscy żołnierze mogą zginać w trakcie operacji, ale takie sytuacje zdarzają się w trakcie wojny. Jeśli faktycznie pojawią się amerykańskie ofiary, to te słowa będą ciążyć politycznie Trumpowi, zwłaszcza gdyby operacja nie doprowadziła do upadku reżimu, a administracji prezydenta nie udałoby się przekonująco wytłumaczyć amerykańskiej opinii publicznej, po co właściwie zaangażowała się w atak.
Wiele rzeczy może pójść nie tak
Z drugiej strony, gdyby po kilku dniach zmasowanych ataków z morza i powietrza Irańczycy wyszli masowo na ulice, obalili reżim ajatollahów, a władzę w Teheranie szybko przejęłyby zdolne realnie zapanować nad sytuacją w kraju, przyjazne amerykańskim interesom w regionie siły, to Trump mógłby to sprzedać jako swój wielki sukces.
Biały Dom pewnie już ma opracowaną narrację: przez kilka dekad ajatollahowie upokarzali kolejne amerykańskie rządy, ale prezydent Trump powiedział „dość” i zrobił to, czego nie byli w stanie zrobić Carter, Reagan, obaj Bushowie, Clinton i Obama. Co kluczowe, płynna zmiana reżimu na elementarnie przyjazny Stanom pozwoliłoby Waszyngtonowi zmniejszyć swoje zaangażowanie w regionie i zwiększyć w obszarze Indo-Pacyfiku — jak przewiduje to nowa Narodowa Strategia Bezpieczeństwa — gdzie toczy się prawdziwa, strategiczna rywalizacja z Chinami. Zmiana reżimu w Iranie pozbawiałaby Chiny pewnego dostawcy ropy naftowej, osłabiałaby też Rosję, importującą irańskie drony na potrzeby wojny z Ukrainą.
Problem w tym, że bardzo wiele rzeczy może po drodze pójść nie tak, uniemożliwiając ten scenariusz. Po pierwsze, reżim może przetrwać ataki, a Irańczycy nie wyjść na ulicę. Albo reżim może być w stanie — mimo osłabienia atakami — stłumić kolejną falę buntu. Wtedy Trump będzie miał do wyboru albo patrzeć, jak reżim masakruje ludzi, których zachęcał, by powstali przeciw mułłom albo jeszcze bardziej się zaangażować — być może wysyłając wojska do Iranu.
Samo obalenie reżimu wcale nie musi też prowadzić do transformacji kraju zgodnej z amerykańskimi interesami. Może się skończyć wojną domową, chaosem, bałkanizacją, falami wojennych uchodźców, destabilizujących nie tylko Bliski Wschód, ale mogących dotrzeć też do granic Europy. Atak może też ukształtować nowe pokolenie wrogich zachodowi islamskich fanatyków, mszczących się przy pomocy aktów terroru za wojnę — także wybierając cele na naszym kontynencie.
Inaczej mówiąc, atak na Iran może skończyć się podobnie jak wielokrotnie krytykowana przez Trumpa operacja Busha juniora w Iraku. Tylko znacznie gorzej, choćby dlatego, że Iran ma prawie dwukrotnie więcej ludności. W efekcie Stany, zamiast zwijać swoją obecność na Bliskim Wschodzie, musiałyby się jeszcze bardziej zaangażować w region.
Kolejny kamień u szyi
I Trumpowi będzie to bardzo ciężko wytłumaczyć Amerykanom w tym, swojej wyborczej bazie, która może zacząć się tu buntować przeciw Trumpowi podobnie jak w sprawie akt Epsteina. Trump już dziś jest negatywnie oceniany przez większość Amerykanów, nawet w tych obszarach, które rok temu były jego najmocniejszą stronę: w kwestiach gospodarczych i migrantów. Niezdolna zrealizować strategicznych celów, przeciągająca się i angażująca znaczne amerykańskie środki wojna w Iranie może okazać się kolejnym kamieniem na szyi Republikanów zatapiającym ich w roku wyborczym.