Trzeba stworzyć wokół siebie bastion i nie wpuszczać tam wilków, drapieżców, którzy czynią spustoszenie w naszym życiu. Ten krąg bezpieczeństwa buduje się na zaufaniu – mówi Jan Peszek, odtwórca roli Królowej Śniegu w najnowszym musicalu Cezarego Tomaszewskiego.

Jan Peszek: Kluczem stał się zupełnie zaskakujący scenariusz, który powstał ze styku baśni o Królowej Śniegu i książki Marii „Naku;wiam zen”. Andersen napisał baśń po zawodzie miłosnym. Jego uczucie odrzuciła szwedzka śpiewaczka Jenny Lind. Motywy serca z lodu, szkła w oku, znieczulenia na rzeczywistość pojawiające się w „Królowej Śniegu” adaptatorka Klaudia Hartung-Wójciak połączyła z książką Marii, która powstała z naszych rozmów ojca z córką, o rodzinie, o naszym życiu. Z tych dwóch rzeczywistości stworzyła świat, który wydawał mi się początkowo nie do połączenia. Reżyser, Cezary Tomaszewski, przy swojej awangardowości i bardzo oryginalnych rozwiązaniach, źle znosi brednie, podobnie jak Maria i ja. Zawsze szuka sensu w zdarzeniu teatralnym. I w tej adaptacji łączącej wątki baśni z naszym życiem sens staje się czytelny. Nawet więcej, dzięki baśniowości materia osobista okazuje się czymś zewnętrznym. Gram postać, a nie siebie.

– Postaci z baśni sprawiły, że patrzymy na wydarzenia z pewnym chłodem. Nie mam poczucia, że to jest nasza historia. Trudno byłoby obarczać zespół, teatr, widzów naszą prywatną opowieścią. To jest mieszanka tego, co nasze, z mitem, dzięki temu zyskujemy uniwersalność. Każdy rodzinny świat jest jakąś mieszanką i dlatego myślę, że widzowie będą mogli się odnaleźć w tej opowieści.

– Musical jako gatunek, którego prywatnie nie jestem wielbicielem, pewnych tematów dotyka umownie. Postaci nie muszą być psychologicznie pogłębione. W tym sensie w musicalu idzie się na skróty. Ale posiada jednocześnie urodę i siłę sprawiające, że dziś jest bardzo pożądany.

– Przez cywilizację, którą sami tworzymy, w wielu wątkach naszego życia idziemy na potężne skróty. A musical jest formą, która słabo znosi niuanse, więc wydaje się idealny dla współczesnego widza. Cezary Tomaszewski jako niezwykle wrażliwy artysta, którego język teatralny właśnie jest pełen niuansów, tworzy pewnego rodzaju antymusical. Już tytuł „Serce ze szkła. Musical zen” zapowiada antynomie.

Serce jest najbardziej gorącym narządem pracującym całe życie, pompującym krew. Oczywiście sfery uczuciowe, które się mu przypisuje, to metafora, ale stojąca na przeciwległym biegunie do chłodu i szkła. A musical zen to kolejna opozycja. Musical to ruch, przebieg, akcja, śpiew, taniec. Zen przychodzi z przeciwnego porządku. Oznacza medytację, refleksję, skupienie.

Przyglądam się tej pracy z dużym zaciekawieniem, bo jako aktor jestem przygotowany przez awangardę do używania sprzeczności i bardzo silnych środków do konstruowania świata.

– Problem miłości jest niedefiniowalny. Barierą są choćby ograniczenia języka. Ale jeśli człowiek stawia sobie takie pytanie, to oznacza, że płynie ono z głębokiej wrażliwości, z potrzeby zderzenia się z powracającymi w naszej cywilizacji pytaniami, czy to, co przeżywam, jest snem czy jawą, imaginacją czy jakimś dziwnym powidokiem.

I czy w istocie to, co określamy miłością, naprawdę nią jest? Pytanie, które powtarzam w pierwszym wejściu scenicznym w piosence, brzmi: jestem człowiekiem, który uwielbia życie, ale czy jestem zdolny do miłości? To pytanie jest antynomiczne, bo kiedy człowiek docenia wartość życia, jego urodę, to jednocześnie w tym samym momencie uzmysławia sobie jego kruchość. W związku z tym, kiedy doznajemy czegoś na kształt miłości, to po prostu boimy się, że ją stracimy. Na spotkaniach autorskich, w których towarzyszyłem Marii po ukazaniu się książki, czytelnicy mówili, że wyczuwają niezwykłą emocjonalną więź między nami. Dowodem na miłość jest, przynajmniej w naszym przypadku, trwanie w relacjach. W musicalu pewnie nie ma miejsca na tłumaczenie tego.

– Kiedy dziecko przychodzi z takim pytaniem, to…

– Zawał był sytuacją, nazwijmy to, towarzyszącą. Dodawał dramaturgii. Jako ojciec czułem się wobec pytania Marii bezbronny. Ponieważ na pytanie o sens życia nie ma jednej dobrej odpowiedzi.

Moi studenci często pytają: panie profesorze, jak żyć. I po wielu przemyśleniach, żeby się nie wdawać w długie dyskusje, odpowiadam: fajnie. Oni są najpierw zdezorientowani, śmieją się, nie wiedzą, czy traktuję ich poważnie, tymczasem słowo „fajnie” zawiera cały ludzki wysiłek, żeby nie psuć życia, które samo w sobie jest cudem. Niestety bardzo często o tym zapominamy, zajmując się rzeczami w sumie nieistotnymi.

– Kazimierz Dejmek mnie oszukał. Zaprosił mnie do współpracy, a potem nie obsadzał mnie w spektaklach. Odebrał mi kilka lat zawodowego życia. Oczywiście kontekst jest ważny, ale jeśli mamy silny instynkt życia i poczucie, że ono naprawdę jest najwyższą wartością, to najgorsze rzeczy okazują się chwilowe, przemijają. Po burzy przychodzi tęcza i uspokojenie i tak jest w życiu.

– Trzeba stworzyć wokół siebie bastion i jak to określił jeden z naszych pisarzy, nie wpuszczać tam wilków, drapieżców, którzy czynią spustoszenie w naszym życiu. Ten krąg bezpieczeństwa wokół siebie buduje się na zaufaniu. Jeśli ono się załamuje, załamuje się wszystko. To jak ze zdradą. Dopóki się nie pojawia albo nie ujawnia, dopóty mamy poczucie bezpieczeństwa. Ważne, żeby azyl zamieszkiwali ludzie, którym wierzymy, na których w chwilach słabości możemy się oprzeć.

– Ostatnio moja żona przechodziła operację kręgosłupa. Termin został przyspieszony i okazało się, że mnie nie będzie w domu w czasie jej rekonwalescencji. Chciałem wszystko odwołać, ale żona, która jednocześnie cały czas powtarza, że za dużo pracuję, przekonała mnie, żebym tego nie robił. Myślę, że to pokazuje, jak wygląda nasza relacja.

Dwie Królowe Śniegu to oczywiście pomysł inscenizacyjny reżysera, który konstruuje świat na wielu poziomach. I jest mi to bardzo bliskie. W pracy ze studentami posługuję się partyturami Bogusława Schaeffera składającymi się często z kompletnie niezależnych elementów, z których żaden nie wyjaśnia w gruncie rzeczy niczego poza swoją zawartością. Dopiero zestawione razem tworzą świat. Bardzo podobnie konstruuje rzeczywistość Cezary Tomaszewski, którego cechą nadrzędną oprócz wrażliwości jest nieprawdopodobne poczucie humoru. W roli Królowej Śniegu w kryzysie obsadził kolegę, który oprócz tego, że jest fantastycznym aktorem, jest także bardzo dowcipny. Te dwie postaci są jak reverse-averse. Zastawiamy na widza pułapkę. I widz musi dokonać wysiłku wyjaśnienia sobie, o co chodzi w tej sytuacji. Postaci noszą imiona przemieszane z imionami głównie zwierząt występujących w książce Andersena i to się niezwykle zgadza z typologią rodziny, o której opowiadamy. Tworzą świat chwilami szalenie dowcipny, chwilami bardzo wynaturzony. Na pewno mówiący niezwykle odważnie o naturze i komplikacji człowieka. W tym sensie to jest antymusical.

Jeśli mamy silny instynkt życia i poczucie, że ono naprawdę jest najwyższą wartością, to najgorsze rzeczy okazują się chwilowe, przemijają

– To jest właściwe odczytanie. Oczywiście jest pytanie, w jakim stopniu uda nam się to pokazać. Jesteśmy w trakcie prób i w tej chwili toczy się bój o skalę skuteczności muzycznej, choreograficznej, scenograficznej, kostiumowej. To jest z jednej strony jakieś nieobliczalne, szalone, zaskakujące, a z drugiej niezwykle wzruszające.

– To jest ogromne zagadnienie. Mam mnóstwo znajomych kolegów aktorów w Japonii, którzy są aktorami kabuki, gdzie role kobiet grają mężczyźni, i to niezwykle wiarygodnie. To jest oczywiście kompletnie inna kultura, ale kiedy się patrzy na kogoś takiego jak Bando Tamasaburo V, najsłynniejszy aktor kabuki, którego Andrzej Wajda obsadził w podwójnej roli księcia Myszkina i Nastazji Filipownej w jego słynnej „Nastazji” według Dostojewskiego, on pojawiając się jako kobieta, jest kobietą w dwustu procentach. Zdarza się, że do starości trudno nam odkryć, kim jesteśmy. Teraz jest większe przyzwolenie na poszukiwanie własnej tożsamości, która nie musi być jednoznacznie binarna. Może mieścić się gdzieś w skali rozpiętej między męskim i żeńskim.

Jako artysta nigdy nie miałem problemu, by zderzyć się z takim światem i zawsze to było na granicy powagi i żartu. Nie miałem aspiracji, żeby bić rekordy bycia kobietą. Zakładając suknię, nie przestaję być Peszkiem, ale jednocześnie dokopuję się w sobie samym do kompletnie nieznanych przestrzeni. Taka perspektywa uwrażliwia mnie nie tylko na mnie samego, ale też na innych. Dochodzą inne impulsy, inne bodźce.

– To jest pułapka, w którą wpadają ludzie teatru na przykład, rozumiejący tożsamość z graną rolą jako podstawowy warunek wiarygodności. To jest absolutna bzdura prowadząca do stanów chorobowych. Kiedy widzę aktora, który gra Żyda dlatego, że jest Żydem, to mnie to totalnie nie interesuje. Jestem wobec tego zupełnie obojętny. Przy tautologicznych obsadach pojawiają się aspekty sensacyjne, w gruncie rzeczy pozateatralne.

– Otóż wielkość, zakres, skala tego zawału opisana w książce Marii to moja choroba odbijająca się w ich oczach, w oczach i umysłach moich bliskich.

To samo zdarzenie opowiedziane przez kogoś innego jest zupełnie inną historią. Dla mnie po pierwsze to był stan przedzawałowy. Ale jednak lekarze zdecydowali się na natychmiastową chirurgiczną interwencję. Wszczepiono mi najnowszej generacji implant, który rozszerza tętnicę blisko serca. I żyję sobie z tym po dzień dzisiejszy. Intensywność mojej pracy zwiększyła się po tym zabiegu.

Nigdy tak nie pracowałem jak teraz, ale najprawdopodobniej to jest finisz z powodu starości po prostu, z którą nie mam żadnego problemu. Kiedy kończy się 80 lat, to z takiego czystego rachunku wynika, że każdy rok eskaluje coraz mniejszą energię, sprawność. Kalendarz mam wypełniony do końca 2025 r. Przyjmuję propozycje, ale zastanawiam się, czy ktoś sobie zdaje sprawę, że może mnie nie być w 2025 r.?

– Z córką, której nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, jak powinna żyć. To może wyglądać na egotyzm lub lęk przed udzieleniem odpowiedzi. Wydaje mi się, że wspólna praca jest furtką, która otwiera przed nami możliwość pogłębienia więzi. Wzajemne poklepywanie się po plecach prowadzi do uśpienia. Nam to nie grozi. Stawiamy sobie nawzajem wymagania bez taryfy ulgowej.

– No, może jeszcze raz uzmysłowiłem sobie skalę jej wrażliwości. Czasami obowiązki, które bierze na swoje wątłe barki, po prostu przekraczają jej emocjonalną odporność. Książka i spektakl, który teraz robimy razem, potwierdza moją radość, że obcuję z kimś, kogo uwielbiam, kogo nie tylko szanuję, podziwiam jako artystkę, ale też nadludzki upór w realizacji projektów, które zawsze są na przekór konwencji, mody, polityki. Zdaję sobie sprawy z kosztów, jakie ponosi. I oczywiście, że czasami się o nią boję, ale nie mogę jej niczego zabronić.

Życie się toczy, a Maria na pewno zawsze ma we sprzymierzeńca i oparcie.

– Kolega miał szerszą wypowiedź. Powiedział, że powinienem był wychować córkę na kurwę, a syna na alfonsa. Nie wiem, czy byłoby im lżej. Byłoby na pewno inaczej.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version