Być może Marcin Romanowski liczy, że myląc tropy, jakoś przeczeka do zmiany władzy. A nowy prokurator generalny najpierw zgodzi się na list żelazny, by następnie jak najszybciej odstąpić od ścigania byłego polityka. Do tego czasu Romanowski może stać się jednak zbyt toksyczny politycznie. Nawet dla prawicy.

Od tygodnia cała polityczna Polska zastanawia się, czy Marcin Romanowski, wiceminister sprawiedliwości w czasie rządów PiS, faktycznie przebywa w Naddniestrzu, skąd wysłany został podpisany przez niego wniosek o wydanie listu żelaznego — dokumentu, który umożliwiłby politykowi powrót do kraju i odpowiadanie z wolnej stopy na zarzuty związane z aferą w Funduszu Sprawiedliwości.

We wtorek premier Tusk mówił, że Romanowski „na 99 proc.” przebywa w Naddniestrzu, tego samego dnia „Gazeta Wyborcza”, powołując się na źródła w służbach, napisała, że Romanowski widziany był w Tyraspolu, stolicy tego parapaństwa. W czwartek „Rzeczpospolita” ujawniła, że list wysłany do prokuratury zawierał ślady biologiczne polityka, zdaniem źródeł „Rzeczpospolitej” służby nie mają jednak „koronnego dowodu”, że Romanowski faktycznie przebywa w Naddniestrzu. Żaden „koronny dowód”, np. rozmowa z Naddniestrza z Romanowskim nadana w którejś z prawicowych telewizji, nie pojawił się też w przestrzeni publicznej.

Faktyczne miejsce pobytu byłego wiceministra sprawiedliwości pozostaje więc tajemnicą. Podobnie tajemnicą pozostaje to, co właściwie chce osiągnąć, ukrywając się i wysyłając list do polskiej prokuratury właśnie z kontrolowanego de facto przez rosyjskie służby Naddniestrza. Zastanowienie może też budzić to, jaka jest strategia polityka, a ściśle mówiąc, dwie strategie: ta w postępowaniu karnym oraz bardziej długoterminowa, polityczna.

Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że Romanowski całym swoim zachowaniem od momentu, gdy polski Sejm odebrał mu immunitet, nie pomaga sobie procesowo. Ucieczka na Węgry, a potem z Węgier, ukrywanie się w nieznanym miejscu, list wysłany z Naddniestrza, w którym ostatecznie polityk wcale nie musi jednak przebywać — te wszystkie okoliczności już same dostarczają prokuraturze argumentów, że Romanowski jest osobą niegodną zaufania, niezainteresowaną współpracą z wymiarem sprawiedliwości, stwarzającą ryzyko matactwa albo ucieczki. A to uzasadnia takie środki jak areszt.

Być może list wysłany z Naddniestrza ma przekonać sąd, że Romanowskiego nie ma na terenie Unii Europejskiej i dlatego trzeba ściągnąć z niego Europejski Nakaz Aresztowania — domaga się tego zresztą, sięgając po ten argument, obrońca polityka, mecenas Bartosz Lewandowski. Ale jednocześnie wszystkie wątpliwości, jakie pojawiają się wokół tego, gdzie faktycznie przebywa były wiceminister, dostarczają bardzo silnych argumentów, by żadnego listu żelaznego mu nie wydawać, bo wykorzysta go, by dalej utrudniać prokuraturze postępowanie. Sąd nie może zresztą wystawić takiego listu przy sprzeciwie prokuratury — przepisy te wprowadziły poprzednie rządy PiS — i trudno się dziwić prokuraturze, że, patrząc na całokształt zachowania Romanowskiego, taki sprzeciw wniosła.

Być może Romanowski liczy, że, myląc tropy, jakoś przeczeka — w Naddniestrzu czy gdzie indziej — do zmiany władzy po wyborach, gdy nowa władza uzna go za „męczennika reżimu Tuska”, a nowy prokurator generalny najpierw zgodzi się na list żelazny, a następnie jak najszybciej poleci odstąpić od ścigania byłego polityka. Problem w tym, że im dłużej Romanowski się ukrywa, tym bardziej taka przyszła decyzja będzie politycznie kosztowna dla nowej władzy.

Jeśli jednak władza się nie zmieni, to Romanowski swoim obecnym postępowaniem pogarsza swoją sytuację prawną, bo gdy w końcu trafi przed sąd, to stanie przed nim z opinią osoby skrajnie niewiarygodnej i działającej w złej wierze.

„Rzeczpospolita” przedstawiła też w czwartek, powołując się na rozmowę z niewymienionym z nazwiska bliskim znajomym Romanowskiego, hipotezę, że celem polityka miałaby być „kompromitacja państwa Tuska”. I faktycznie jest to hipoteza, która może się pojawić, gdy patrzymy na zachowanie byłego wiceministra sprawiedliwości.

To, że od utraty władzy na Węgrzech przez Viktora Orbána polskie służby nie są w stanie ustalić, gdzie właściwie przebywa Romanowski, nie mówiąc już o postawieniu go przed polskim wymiarem sprawiedliwości, będzie kompromitujące dla wielu wyborców, w tym także tych obecnej koalicji rządowej. Ta obiecywała przecież twarde i skuteczne rozliczenia z PiS, tymczasem zarówno Ziobro, jak i Romanowski, przynajmniej jak na razie, skutecznie wymknęli się polskiemu wymiarowi sprawiedliwości.

Całe zamieszanie wokół Naddniestrza i rzeczywistego miejsca pobytu Romanowskiego czy paszportu na inną tożsamość, którym — jak sam twierdzi w liście do prokuratury — były polityk ma się obecnie posługiwać, może umacniać wrażenie, że rząd i podległe mu służby są zupełnie bezradne i dają się ośmieszać politykowi byłej Suwerennej Polski. Im więcej zasobów państwo będzie przeznaczać, by w końcu doprowadzić Romanowskiego przed wymiar sprawiedliwości, nie uzyskując przy tym żadnych rezultatów, tym faktycznie gorzej wygląda to dla Tuska. Obrońca Romanowskiego, wspomniany mec. Lewandowski, żądając wezwania Tuska jako świadka, który potwierdzi, że Romanowski przebywa poza UE, tak, by można było uchylić ENA, nie tylko dba o interes prawny swojego klienta, ale też uczestniczy w grze na osłabienie premiera.

Tyle że zachowanie Romanowskiego szkodzi przy okazji także jego własnemu obozowi politycznemu. Bo już same spekulacje, czy były wiceminister sprawiedliwości nie ukrywa się w kontrolowanym przez Rosję mafijnym parapaństwie, uderza w wizerunek PiS i daje paliwo do pytań o związki tej partii z Rosją.

Gdyby okazało się, że Romanowski faktycznie układa sobie życie w Naddniestrzu, to będzie to pewnie dla niego droga bez powrotu. Bo pojawią się zarzuty, że były polityk dostał ochronę miejscowych, powiązanych z Rosją służb, a nawet oskarżenia o zdradę Polski, co może uczynić Romanowskiego postacią tak politycznie toksyczną, że nawet dla prawicy stanie się nie do obrony. Bo utrącenie na polityczne polecenie sprawy karnej byłego polityka, przebywającego przez kilka miesięcy na terytorium faktycznie podległym Kremlowi, to już coś naprawdę grubego. Zresztą, choćby środowisko Rozwoju Plus — bez którego PiS raczej rządu nie stworzy — wprost dziś deklaruje, że Naddniestrze byłoby dla niego czerwoną linią.

Gdzie dziś nie przebywałby Romanowski, trudno spodziewać się, by jego odyseja miała szczęśliwy polityczny koniec. Ziobro ze Stanów może jeszcze wrócić do Sejmu i polityki — choć w nowym układzie na prawicy już pewnie nie do takiej władzy jak w okresie 2015-2023. Trudniej spodziewać się, by Romanowski wszedł do następnego Sejmu, kandydując z ukrycia. Romanowski może i ośmiesza rząd, może zapewni sobie bezkarność po ewentualnej zmianie władzy, ale nie pomaga też swojej politycznej przyszłości.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version