Karol Nawrocki dość sprytnie nie zawetował ustawy „lex szarlatan”, tylko przerzucił piłkę na boisko Trybunału Konstytucyjnego. Bo weto byłoby ryzykowne dla prezydenta i naraziłoby go na zarzuty, że staje po stronie szarlatanów i przeciw wiedzy naukowej. A z tym problem mogłaby mieć nawet część wyborców prawicy.

Prezydent co prawda nie zawetował ustawy potocznie znanej jako „lex szarlatan” — dającej Rzecznikowi Praw Pacjenta narzędzia do walki z dezinformacją medyczną i pseudomedycznymi praktykami zagrażającymi pacjentom — ale skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej, co w praktyce oznacza to samo. Dopóki Trybunał nie podejmie decyzji, przepisy nie obowiązują, a jeśli orzeknie, że ustawa jest sprzeczna z konstytucją, prezydent jej nie podpisze.

Karol Nawrocki, uzasadniając wniosek skierowany do TK, stwierdził, że ustawa uderza w „tysiące polskich firm i osób, zajmujących się zielarstwem, zdrowym odżywianiem czy medycyną komplementarną” oraz „nie daje prawa do sprawiedliwego procesu i skutecznej obrony” podmiotom podejrzanym o praktyki pseudomedyczne, co może godzić w wolność prowadzenia działalności gospodarczej i być sprzeczne z ustawą zasadniczą. Prezydent zapowiedział przy tym swoją inicjatywę ustawodawczą w tym obszarze, przede wszystkim polegającą na nowelizacji kodeksu karnego.

Tak jak w przypadku większości prezydenckich wet trudno się oprzeć wrażeniu, że argumenty prawne czy merytoryczne są tylko pretekstem dla decyzji zasadniczo mającej charakter polityczny.

Decyzję o faktycznym zablokowaniu ustawy na co najmniej kilka miesięcy, zanim sprawę rozpatrzy Trybunał Konstytucyjny, trzeba bowiem rozpatrzyć w kontekście drugiej tury wyborów prezydenckich sprzed roku. Karol Nawrocki wygrał ją dlatego — mimo wyjątkowo słabego jak na kandydata PiS wyniku w pierwszej turze — że poparła go cała prawica, łącznie z tą najbardziej skrajną. W tym także elektorat powtarzający teorie spiskowe o „plandemii”, „szczepionkach powodujących autyzm” i „terrorze covidowym”. Od czasu pandemii radykalna prawica w Polsce buduje się bowiem na kontestacji wiedzy medycznej. Braun cierpliwie budował bazę, nie tylko snując antysemickie teorie spiskowe, ale także odmawiając noszenia w Sejmie maseczki, protestując przeciw „przymusowi szczepień” i lockdownom.

To zjawisko nie ogranicza się zresztą do Polski. Także w Stanach radykalna prawica spod znaku MAGA budowała swoją tożsamość na sprzeciwie wobec lockdownów i zaprzeczaniu ustaleniom nauki co do COVID-u, a w 2025 r. Trump powierzył funkcję sekretarza zdrowia w swojej drugiej administracji Robertowi F. Kennedy’emu jr., znanemu z propagowania pseudomedycznych teorii. Można się więc było spodziewać, że jako franczyzobiorca MAGA Karol Nawrocki weźmie w pakiecie także pseudonaukową agendę MAHA — Make America Healthy Again, uczyńmy Amerykę znów zdrową — i przeniesie ją na polski grunt.

Można wręcz postawić hipotezę, że prawicowy populizm i altmed odrzucający szczepionki albo opowiadający o „plandemii” mają zresztą podobne korzenie. Oba zjawiska wyrastają na gruncie nieufności do elit i kontrolowanych przez nich instytucji — politycznych, medialnych, naukowych — oraz nowego porządku medialnego, w którym dzięki mediom społecznościowym pękają wszelkie bariery kiedyś zdolne chronić społeczeństwo przed dezinformacją.

Gdyby teraz prezydent podpisał ustawę politycznie postrzeganą przez zafascynowaną altmedem populistyczną prawicę jako wyraz lobbingu skorumpowanego w jego mniemaniu „mainstreamu medycznego”, to mogłoby to okazać się politycznie kosztowne przy reelekcji. Tym bardziej że narracja „rząd chce, by urzędnik mógł zakazać ci leczenia się ziołami” może trafić także do wyborców dalekich od skrajnej prawicy, a będzie nawet przekonująca dla części strony progresywnej, która ma swój własny, choć politycznie nieporównanie mniej istotny, problem z pseudomedycyną.

Prezydent przy tym dość sprytnie nie zawetował ustawy, tylko przerzucił piłkę na boisko Trybunału Konstytucyjnego. Bo weto także byłoby ryzykowne dla Karola Nawrockiego — naraziłoby go na zarzuty, że staje po stronie szarlatanów i przeciw wiedzy naukowej, z czym problem mogłaby mieć nawet część wyborców prawicy.

Prezydent zapowiada swoją inicjatywę ustawodawczą w tym obszarze, po raz kolejny sięgając po tę prerogatywę głowy państwa wbrew ustrojowej tradycji, zakładającej, że organami tworzenia prawa są przede wszystkim Sejm i Senat, a prezydent korzysta ze swojej inicjatywy ustawodawczej tylko w wyjątkowych okolicznościach, głównie w tych obszarach, które wchodzą w zakres jego kompetencji. Karol Nawrocki swoją decyzją z czwartku po raz kolejny wysyła rządowi sygnał: albo prawo będzie przyjęte dokładnie w takiej formie, jak ja sobie życzę, albo je zablokuję.

Problem w tym, że cenę za te gry i kalkulacje prezydenta zapłacą pacjenci. Bo pseudomedycyna to nie poczciwi zielarze — których uczciwej działalności ustawa zresztą wcale nie zagraża — ale potężny, przypominający zorganizowaną przestępczość biznes, wyciągający od zdesperowanych ludzi wielkie pieniądze na terapie, które nie mają prawa działać, i odciągający ich od terapii, które realnie mogą im pomóc. To czasami dosłownie jest sprawą życia i śmierci.

Sam prezydent Nawrocki przyznaje w oświadczeniu na stronach swojej kancelarii, że „potrzebne są przepisy, które w sposób skuteczny zablokują działalność oszustów”. Można mieć przy tym wątpliwości, czy wystarczy, jak przekonuje prezydent, nowelizacja kodeksu karnego. Jak na swoim koncie na portalu X zwróciła uwagę Agnieszka Szuster-Ciesielska, immunolożka z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, sens „lex szarlatan” nie polegał na tym, by móc po fakcie karać pseudomedyków, ale aby móc zablokować szkodliwe dla pacjentów terapie zanim dojdzie do tragedii.

Niezależnie od tego, jakich konkretnie rozwiązań nie przedstawi prezydent, przez co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście miesięcy państwo pozostanie bez żadnych narzędzi. Bo co się teraz najpewniej stanie? Trybunał zdominowany przez sędziów wybranych przez Sejm z większością PiS pewnie uzna, że ustawa faktycznie jest sprzeczna z konstytucją. Prezydent przedstawi swoją, która z kolei pewnie nie znajdzie większości — bo sejmowa większość będzie się bronić przed tym, by zmienić się w stempel do zatwierdzania praw wychodzących z kancelarii prezydenta. W efekcie do rozmów o ustawie nie wrócimy najpewniej do następnych wyborów. A patrząc na sondaże, mogą one wyłonić Sejm, gdzie kluby obu Konfederacji zablokują przyjęcie jakichkolwiek sensownych rozwiązań w tym obszarze.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version