Przyznanie się do słabości nie jest dobrze widziane wśród lekarzy. Jedni usiłują przetrwać, pijąc alkohol, inni biorą leki, a jak się uzależnią, to długo tego nie widzą — mówi dr n. med. Bohdan Woronowicz, psychiatra, specjalista i superwizor psychoterapii uzależnień.
Newsweek: — Badania wskazują, że nawet 15 proc. lekarzy może się zmagać z uzależnieniem. Nie wiedzą, jak niebezpieczny jest nałóg?
Dr Bohdan Woronowicz: — Przeciętny lekarz wie o uzależnieniu niewiele więcej od zwykłego człowieka, w programach studiów poświęca się temu za mało czasu. Nadużywający substancji lekarz podlega dokładnie tym samym mechanizmom, co każdy inny chory, a podstawowy mechanizm tej choroby jest taki, że się jej bardzo długo nie widzi u siebie. Nie chcę się wpisywać w żadną kampanię o lekarzach, którzy nie dość, że zarabiają straszne pieniądze, to do tego jeszcze ćpają. Każde środowisko ma swoje czarne owce. Z badań wynika, że rozpowszechnienie występowania zaburzeń związanych z używaniem substancji psychoaktywnych wśród lekarzy jest zbliżone do populacji ogólnej. Jesteśmy chyba jedynym środowiskiem, które mówi o tym głośno, szuka się rozwiązań. Lekarzom należy pomagać, bo zagrażają nie tylko sobie, ale też swoim pacjentom. Rzadziej niż populacja ogólna korzystają z nielegalnych narkotyków, ale częściej nadużywają leków na receptę, m.in. benzodiazepin i opiatów.
Kliknij, by przeczytać więcej.
Foto: Newsweek
Sami sobie przepisują?
— Albo pacjentowi czy znajomemu, którzy nawet nie muszą o tym wiedzieć. Czasem leki po prostu znikają. Praca lekarza jest obciążona większym stresem niż większość zawodów. Lekarz jest pod ciągłą presją: jest odpowiedzialny za zdrowie, czasem za życie innych osób. Każdy pacjent oczekuje, że go lekarz wyleczy. A on musi mu czasem powiedzieć, że nie tylko nie będzie lepiej, tylko gorzej, albo bardzo źle. Musi się konfrontować z bólem, cierpieniem, śmiercią. Czasem musi pacjentowi odbierać resztki nadziei. Doświadcza nieustannego stresu, często jest przemęczony, wypalony. To jest trudny zawód, nie każdy sobie w nim radzi. Przyznanie się do słabości nie jest dobrze widziane wśród lekarzy. Uzależnienie to wędrówka w poszukiwaniu ulgi, tyle, że ona prowadzi do jeszcze większego cierpienia. Jedni usiłują przetrwać, pijąc alkohol, inni biorą leki, a jak się uzależnią, to długo tego nie widzą. Niektórzy podejmują „samoleczenie”, a ponieważ mają łatwy dostęp, to jaki to kłopot.
Ja się wcale nie dziwię. Tak działają substancje — mają szybko pomóc.
— Przeciętny człowiek, jak ma problemy, idzie do psychiatry i dostaje od niego leki wraz z zaleceniami co, w jakich ilościach i przez jaki czas przyjmować. A lekarz nie pójdzie, zacznie po prostu brać lek. Niech pan porozmawia z lekarzami medycyny ratunkowej, tam jest rzeźnia. Ciągły stres, nie widzisz nawet, czy pomogłeś pacjentowi, czy nie, zaraz przywożą następnego. Nie wspomnę już o onkologach, którzy często wiążą się z pacjentami emocjonalnie, towarzyszą im w tych ciężkich chorobach, a potem cierpią po ich odejściu. Ja mam dobrze, bo zajmuję się uzależnieniami. Zawsze powtarzam: pacjent zdrowiejący z uzależnienia staje się jeszcze lepszym człowiekiem. Znam mnóstwo ludzi, na których wszyscy postawili krzyżyk, a którzy wyszli z choroby i są dziś szczęśliwi.
Rozumiem, że łatwo było przepisywać samemu sobie leki w czasach papierowych druczków, ale dziś? Leki, które mogą mieć działanie narkotyczne, nie są rejestrowane?
— Nie ma znaczenia. Osoba uzależniona dba o to, żeby nie zabrakło substancji. Całe życie jest temu podporządkowane, bo jak zabraknie, pojawią się bardzo, bardzo przykre objawy zespołu odstawiennego. Ludzie sobie nie zdają sprawy z tego, jak cierpią osoby uzależnione. Ile przestępstw jest popełnianych po to, żeby zdobyć pieniądze, albo substancję! Ze strachu, żeby nie zabrakło, albo z cierpienia, kiedy to się już stało. Dla uzależnionego to jest kwestia przeżycia, on się zachowuje tak, jakby uciekał przed śmiercią.
Ale to trzeba jakoś ukryć! A lekarz musi przyjmować pacjentów, prowadzić zabiegi. Musi stwarzać pozory. Jak oni to robią?
— Jeśli biorą nieduże dawki, to tego nie widać. Problem jest poważniejszy, systemowy. Każdy lekarz, który jest w pracy pod wpływem substancji, powinien być w pierwszej kolejności zdiagnozowany. Nie tylko karany. Karałbym ich przełożonych za to, że dopuszczają do takich sytuacji, przymykają oko. Kodeks etyki lekarskiej mówi nie tylko o tym, że lekarz podczas pracy nie może być pod wpływem substancji zaburzających zdolności psychofizyczne, ale też o tym, że osoby pełniące funkcje kierownicze są zobowiązane do kontroli, w jakim stanie pracują ich podwładni. Na przykład: łapią lekarza, który ma 3 promile, pacjenci na niego donieśli. Wyrzucają go z pracy, a jeśli sprawa się zrobiła głośna, to zaraz pojawia się w mediach wywiad z dyrektorem szpitala, który udaje, że nie wiedział o problemie, wyjaśnia, że nigdy nie było z nim problemu, albo wyraża wielkie zdumienie, że tak się stało, taki wspaniały specjalista, jak on mógł coś takiego zrobić. Dla mnie ktoś, kto podejmuje pracę, mając 3 albo 3,5 promila alkoholu we krwi, to prawie na pewno osoba uzależniona, z bardzo wysoką tolerancją na alkohol.
A pan by karał dyrektora?
— Tak, także ordynatora, szefa poradni czy kierownika kliniki. W każdym szpitalu i w każdej przychodni wiedzą, kto pije, kto coś bierze.
Powiedzą: nie reagowałem, bo chroniłem człowieka. Każdy zasługuje na drugą szansę.
— Z jednej strony ma pan rację, do tych drugich szans za chwilę wrócimy. Ja rozumiem, że dyrektor może powiedzieć: żal chłopiny, pije, czy tam leki bierze, ale tak to dobry gość. Co więcej — rozumiem też, że dyrektor może udawać, że nie wie o problemie, bo nie ma nikogo innego na jego miejsce, a przecież musi świadczyć usługi. Ale co mamy zrobić, skoro Naczelna Izba Lekarska po uchwale z 2007 r. sprawę zaniedbała, nie korzystała w kolejnych latach z doświadczeń i nie znowelizowała tej uchwały? Dopiero ostatnio przerabia się uchwałę, ale to za mało. Konieczne jest ustawowe uregulowanie tych spraw. Uchwały samorządu lekarskiego mają inną wagę, to jest wewnętrzny akt. Nie ma odpowiedzialności cywilnej, karnej, administracyjnej. To może zrobić tylko Sejm, ale ktoś powinien z tym pójść do posłów. Kto? Najlepiej samorząd lekarski.
Środowisko chroni, a jednocześnie nie jest do końca świadome skali problemu. Podejmowałem w tym kierunku działania już na początku tego stulecia i później będąc Pełnomocnikiem do spraw Zdrowia Lekarzy przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie. Ostatnio opracowałem i nieodpłatnie rozpowszechniam broszurę „Dostrzegajmy i ostrzegajmy” z wskazówkami, jak zauważyć problem i jak postępować w przypadku podejrzenia uzależnienia. Myślę, że powinien zapoznać się z nią każdy szef, nie tylko w ochronie zdrowia. Wielu kolegów się tym zainteresowało. Ale były też głosy, w tym jednego z dyrektorów dużego warszawskiego szpitala, który powiedział wprost: mnie to nie interesuje.
Uzasadnił?
— A po co? Nie po to jest się dyrektorem czy członkiem zarządu, żeby coś uzasadniać.
Czy lekarz, który jest pod wpływem benzodiazepin, albo opiatów może być niebezpieczny dla pacjenta?
— Oczywiście, że tak. To tak samo, jakby był pijany. Zależy, jaką przyjął dawkę, jaką ma tolerancję. Ale każda ilość każdej substancji psychoaktywnej zmienia nasze reagowanie, myślenie. Łatwiej wtedy popełnić błąd. To dlatego uzależnienia lekarzy są szczególnie niebezpieczne.
Jeśli lekarz jest uzależniony, to musi wziąć substancję, żeby jakkolwiek funkcjonować.
— No tak, tylko, że dziś już naprawdę wiemy, jak to leczyć. Znam tysiące osób, które sobie poradziły z tym problemem. Tylko wielu z nich trzeba do tego najpierw przymusić. I tu wracamy do dawania drugiej szansy. Ja bym powiedział takiemu doktorowi: albo się idziesz leczyć, albo proszę się zgłosić do odgarniania śniegu. Wybieraj. Nikt nie zmusi do leczenia, ale można przecież zajmować się czymś innym. Nie może być zgody, żeby ktoś pod wpływem substancji psychoaktywnych wykonywał zawód lekarza. Skala problemu jest naprawdę poważna. Załóżmy — bardzo ostrożnie — że 10 proc. lekarzy może mieć problem z przyjmowaniem substancji. Mówimy o ok. 20 tysiącach osób. Oni wymagają pomocy specjalistów, ludzi, którzy będą wiedzieli jak z nimi rozmawiać i co zaproponować. Kiedy przeciętny pacjent przychodzi do lekarza, wyolbrzymia objawy i dodaje sobie dolegliwości, żeby go lepiej leczyli. A do mnie ludzie przychodzą po to, żebym im powiedział, że oni nie są chorzy. Czy to jest lekarz, aptekarz, czy mecenas — nie ma znaczenia. Ludzie na poziomie, czasem znani z mediów. Pytają: „Czy to już niebezpieczne?”, „niech mi pan powie, że ja nie mam problemu”. Wielu chciałoby wyjść z mojego gabinetu z przekonaniem: wszystko jest OK, mogę dalej pić, brać, nie ma się czym martwić.
Co im pan mówi?
— Zależy od pacjenta. Jednemu mówię, że albo przestanie, podejmie leczenie, albo umrze. Innemu, że musi uważać.
Nie zna pan chirurgów, co mówią, że przed operacją warto wypić lufę, żeby dłonie nie drżały? Nawet ja takich znam, a w życiu operacji nie miałem.
— Powiem tak: każda ilość alkoholu opóźnia czas reakcji. Każda zmienia to, jak myślimy, jak reagujemy. Skoro kierowcom zabrania się jazdy pod wpływem, to jakim cudem lekarzom miałoby się pozwalać iść do pracy po przyjęciu jakiejkolwiek substancji? Tu nie chodzi o to, żeby lekarzy karać, ale by im pomóc. Dać wybór: albo idziesz się leczyć, albo zabieramy ci prawo wykonywania zawodu. Według statystyk ponad połowa przypadków zawieszenia czy odebrania lekarzom prawa wykonywania zawodu wiąże się z uzależnieniem. Druga szansa? Jak najbardziej. Ale pod warunkiem, że pójdziesz się leczyć.
Ale żeby się pójść leczyć, to się trzeba przyznać. Przed sobą, przed światem. A to trochę wstyd.
— Rzeczywiście, dość powszechnie uważa się, że uzależnienie jest powodem do wstydu. To dlatego ludzie się ukrywają, nie tylko z obawy przed utratą prawa do wykonywania zawodu, ale właśnie — kto wie, czy nie bardziej — ze wstydu. Często koledzy wzajemnie się kryją.
Gdyby było tak, że w przypadku zaistnienia jakichkolwiek dziwnych sytuacji, różnych zachowań typowych dla osób używających substancji: zakłócania porządku publicznego, bójek, przemocy domowej, awantur, agresji, autoagresji w wykonaniu lekarzy, policja i straż miejska miały obowiązek informować samorząd lekarski, łatwiej byłoby takie przypadki wyłapywać i odpowiednio wcześnie reagować. To powinno trafiać do samorządu, a samorząd powinien być ustawowo zobowiązany do podjęcia działań. Nie pytać żadnego uzależnionego pana doktora, czy chce się leczyć, czy nie. Tylko dać mu wybór: albo się leczysz, albo cię pozbawiamy prawa wykonywania zawodu, nie będziemy ryzykować zdrowia i życia twoich pacjentów.
Ale on powie: ja nie jestem uzależniony, raz się zdarzyło, po co mam się leczyć.
— Ma prawo tak mówić. Wtedy można powołać komisję, która oceni stan zdrowia i postawi diagnozę. Jeśliby taka komisja stwierdziła, że ta osoba jest uzależniona, to znaczy, że jest chora. A jeśli chora, to wymaga leczenia. A jeśli nie chce się leczyć, to niech idzie do innej roboty i koniec dyskusji. Jeśli lekarz jest w pracy pod wpływem alkoholu, to znaczy, że nie mógł się powstrzymać. A jeśli nie mógł się powstrzymać, to najprawdopodobniej ma zaawansowane uzależnienie. A ten problem nie będzie się sam z siebie zmniejszał, tylko wręcz przeciwnie. Ja nie chcę walczyć z lekarzami, przeciwnie: uważam, że należy ich wesprzeć, pomóc w zauważeniu problemu i w podjęciu terapii. Ludzie się uzależniają niezależnie od pochodzenia, pozycji zawodowej czy zasobności portfela.
Osoba uzależniona nie może po prostu pić albo brać mniej? Nie da się?
— Przez pewien czas da się wytrzymać na tak zwanym „dupościsku” nie brać niczego. Każdy uzależniony czegoś takiego próbował: od dziś koniec! Ale się nie leczy. Jeden wytrzyma trzy dni, drugi przez wiele miesięcy, ale w końcu każdy wymięknie. Każdy uzależniony jedzie na tym samym wózku, czy to jest alkohol, narkotyki, leki, seks, hazard. Są terapie, są grupy wsparcia, Anonimowi Alkoholicy, Anonimowi Narkomani. Bez terapii niezwykle trudne, a często wręcz niemożliwe, jest odstąpienie od tych zachowań. To jest tak, jakby facet pod Pałacem Kultury dostał biegunki. Leci od toi toia do toi toia, ale wszystkie zamknięte. W którymś momencie nie wytrzyma.
Tekst publikujemy w ramach cyklu „Pod presją. Psychiczne koszty kariery”, poświęconego zdrowiu osób aktywnych zawodowo. Opowiadamy w nim o kryzysach, przeciążeniu, depresji i innych problemach, które często pozostają niewidoczne, choć dotykają milionów pracujących Polaków.
***
Jeśli mierzysz się z kryzysem psychicznym, nie jesteś sam/sama. W tych miejscach znajdziesz pomoc:
- Dorośli w kryzysie psychicznym: Zadzwoń pod numer: 800 70 22 22 (Centrum Wsparcia) lub 116 123 (Ogólnopolska Poradnia Telefoniczna).
- Funkcjonariusze i pracownicy służb mundurowych, ratownictwa medycznego i ich rodziny: 800 702 430
- Dzieci i młodzież: 116 111 (Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży).

