Do szkół pełznie niż o jakim nam się nie śniło. Jak się nie obudzimy, nie będzie co zbierać. – To będzie Armagedon — mówią eksperci.

Kiedy jedyny pierwszak z Rębielic Szlacheckich pod Kłobuckiem zachorował, przez dwa tygodnie nie było wiadomo, do jakich zadań przydzielić jego nauczycielkę. Miała w klasie tylko jedno dziecko – to właśnie, które zachorowało.

Na taką sytuację nikt w Polsce nie jest przygotowany. Choć niedługo kryzys może dotknąć twoje dziecko i inne – w każdym zakątku kraju.

Do tej rębielickiej szkoły chodziło tylko 28 uczniów. W tym samym czasie, w gminnej podstawówce raptem pięć kilometrów dalej, obrastało kurzem dziesięć pustych sal lekcyjnych. Bo nie miał kto zasiąść w ich ławkach. Czy to jest właśnie przyszłość polskiej szkoły?

***

Skutki uboczne reform szkolnych wprowadzonych przez rząd PiS, ciągle dają o sobie znać. Szkoły nie radzą sobie z wakatami dla nauczycieli – zwłaszcza przedmiotów ścisłych. Licea są przepełnione – dawniej trzyletnie, teraz muszą zmieścić cztery roczniki uczniów. Dwa z nich są podwójne: jeden, bo skupił ostatnich gimnazjalistów i pierwszych ósmoklasistów. Drugi – ponieważ trafiły tam dzieci z regularnego i dodatkowo ostatnie sześciolatki z reformy, którą PiS odwołał. Mamy więc ponad 30-osobowe klasy, lekcje w szkolnych kafeteriach i na korytarzach oraz przerabianie suteren na sale lekcyjne. Do tego – nieustające zmiany szkolnego programu. Zmęczeni nagłymi zmianami i presją nauczyciela masowo uciekają z zawodu. To już wystarczy na głęboki kryzys w edukacji. Niestety, to nie koniec. Nadciąga nowa fala uderzeniowa – najpierw trafi w podstawówki.

***

– Za trzy lata do pierwszych klas przyjdzie prawie sto dzieci mniej, niż teraz, co oznaczaa o jedną trzecią mniej – liczy Krzysztof Kania, wiceprezydent Oświęcimia. W pierwszych klasach dziewięciu szkół podstawowych jego miasta rozpoczęło w tym roku naukę 323 dzieci. Za trzy lata według niego, pierwszaków ma być zaledwie 230. To tak, jakby wycięło jedną małą podstawówkę. – Spadek urodzeń o 30 proc. w ciągu zaledwie pięciu lat świadczy o dużym problemie. Ta bomba wybuchnie zaraz, już widać jej pierwsze jaskółki: w przedszkolach dotąd brakowało miejsc, w tym roku nie było już tego problemu, nawet zostało kilka wakatów. Przewiduję, że w przyszłym roku już nie uda nam się zorganizować wszystkich grup – mówi wiceprezydent.

Spędza mu to sen z powiek, bo pieniędzy na utrzymanie szkół będzie musiał wydać tyle samo a subwencja z budżetu państwa płynie do gminy według liczby uczniów, a nie na utrzymanie szkół. Nietrudno się domyślić, co się stanie, gdy liczba uczniów gwałtownie się obniży. – Już dopłacamy do edukacji połowę niezbędnej kwoty. Przy takim niżu przyjdzie moment, że nie będzie nas już stać na przyzwoitą, publiczną szkołę – ostrzega Kania.

***

Prognozy GUS wskazują na to od lat – liczba urodzeń w Polsce spada.

W 2016 r. urodziło się 382 tys. dzieci. To są dzisiejsi pierwszoklasiści. W 2017 r. nastąpiło niewielkie odbicie – urodziło się wówczas 402 tys. dzieci – o 20 tys. więcej, niż rok wcześniej. Te dzieci pójdą do szkoły we wrześniu. Potem jednak nastąpi sukcesywny, nieubłagany lot w dół.

W ciągu ostatnich sześciu ostatnich lat liczba urodzeń spadła o ponad 30 proc. W 2018 r. urodziło się 388 tys. małych Polaków, w 2022 r. już tylko 305 tys. (ponad 70 tys. mniej niż 10 lat wcześniej), a w 2023 r. przebiliśmy kolejne dno – urodziło się zaledwie 272 tys. dzieci.

Dzieci z tego najniższego rocznika pójdą do szkoły za sześć lat. Do tego czasu, szkoły już częściowo opustoszeją – z liceów w latach 2027 i 2028 wyjdą tzw. podwójne roczniki, czyli ponad 300 tys. nadprogramowych uczniów dopchniętych kolanem przez reformy PiS. Już za rok zresztą, sprowokowany decyzjami poprzedniego rządu tłok rozluźni tzw. pusty rocznik a ściślej – połowa rocznika (te dzieci, których rodzice wybronili przed rozpoczęciem edukacji w wieku 6 lat).

W tym czasie przez podstawówki będą już szły roczniki. osłabione postępującym niżem demograficznym.

***

– To będzie Armagedon. Na początku w podstawówkach. Jak się nie obudzimy i nie wdrożymy kompleksowej strategii demograficznej, to zafundujemy sobie ogromny problem w edukacji – mówi Marek Wójcik, pełnomocnik zarządu Związku Miast Polskich. Podaje przykład: do wałbrzyskich szkól podstawowych w 2022 r. uczęszczało 6 934 dzieci, za sześć lat będzie ich o tysiąc mniej, a za dziesięć ubędzie kolejny tysiąc. – Potrzebujemy jak najszybciej konkretnego planu przeciwdziałania skutkom kryzysu demograficznego — mówi Wójcik.

Zmiany demograficzne w największym stopniu dotkną miast — do 2040 r. ma w nich ubyć blisko 4,3 mln mieszkańców. Tu jednak w razie kryzysu, dzieci znajdą miejsce w innej placówce, a nauczyciele będą w stanie uzbierać godziny na etat w kilku szkołach i do każdej dojechać. Gorzej będzie w małych miastach i na obszarach wiejskich. Rzecz w tym, że gdy ubywa w klasie dzieci, za którymi „idą pieniądze z subwencji oświatowej”, tę klasę nadal trzeba ogrzać i oświetlić w takim samym stopniu, jak dotychczas. Trzeba też zatrudnić tę samą liczbę nauczycieli. – Potrzebujemy narodowej strategii i konkretnego planu działania. Nie w przyszłości, ale na już – mówi Wójcik.

Na wsiach to już nawet nie jest kwestia przyszłości, zapaść demograficzną widać już teraz. Samorządy uciekają w likwidację małych szkół, a tam, gdzie się da, dopychają szkołom przedszkola lub łączą w zespoły: przedszkole z podstawówką, do tego jeszcze liceum lub technikum. Najnowszy trend – do tego wielozadaniowego kombo dorzucamy jeszcze żłobek, a już są plany na dodatkowe świetlice dla seniorów.

***

Każdemu ministrowi w MEN i MPiPS Marek Wójcik już pokazał swoją analizę na podstawie danych i prognozy GUS pod tytułem: „Demografia człowieku!” Prezentacja najeżona jest liczbami, które wskazują, że żadne województwo nie obroni się przed znacznym spadkiem ludności – największym w Świętokrzyskim, bo aż o 30,6 proc. w dół do 2060 r. a najmniejszym w Mazowieckiem (głównie dzięki stołecznej Warszawie, która ściąga młodych ludzi do pracy) – bo tylko na poziomie minus 7 proc. – Znam kilkanaście gmin wiejskich, które w ciągu życia zaledwie jednego pokolenia, straciły blisko jedną czwartą ludności. Tak jest na Podlasiu i jest to prawdziwy dramat – mówi Wójcik. Sam jest z jednego z najliczniejszych roczników po wojnie. Wtedy rodziło się ok. 800 tys. dzieci, czyli trzy razy więcej, niż przyszło na świat w Polsce w minionym roku. To dla jego rówieśników w 1958 r. Władysław Gomułka ukuł hasło „budowy tysiąca szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego”. Czy trzeba je teraz będzie w takim samym tempie zamykać?

***

Szkoła w Rębielicach Szlacheckich jest właśnie typową „tysiąclatką”: dwa piętra, kształt prostopadłościanu z płaskim dachem, szerokie, dzielone okna. Wewnątrz szerokie korytarze i sale, w których łatwo byłoby w razie czego zorganizować szpital – to na wypadek wojny. Rębielicka podstawówka została zbudowana w 1970 r. gdy przyrost demograficzny w Polsce był nadal jednym z najwyższych w Europie. Szkoła w tym miejscu stała jednak od 1895 r. Na początku z jedną klasą i mieszkaniem dla nauczyciela, ale już przed II wojną światową, w nowym, murowanym już budynku, uczyło się 175 dzieci.

W przyszłym roku ponad czterystu mieszkańców Rębielic obchodziłoby hucznie 130-lecie szkolnictwa we wsi – podobnie, jak obchodzili jubileusz 120 lat.

Rocznicy jednak nie będzie. Bo właśnie w ubiegłym tygodniu Rada Gminy podjęła decyzję o likwidacji szkoły.

– Zorganizujemy w tym budynku mieszkania socjalne – obiecuje Bożena Wieloch, wójtka gminy Lipie, do której należą m.in. Rębielice Szlacheckie. Podobnie gmina wykorzystała budynek zlikwidowanej szkoły w pobliskich Kleśniskach. Po innej w Zimnowodzie z kolei, oprócz mieszkań, pozostała świetlica środowiskowa.

W Rębielicach pięć lat temu w szkole uczyło się 51 dzieci i 14 przedszkolaków, w tym roku już tylko 28 uczniów i 8 przedszkolaków. Utrzymanie szkoły kosztowało ok. 1,5 mln zł rocznie.

– W pierwszej i trzeciej klasie było po jednym uczniu. Pierwszak pobierał właściwie indywidualne nauczanie za publiczne pieniądze – mówi wójtka Wieloch.

Tymczasem, zaledwie pięć kilometrów wzdłuż drogi stała inna, gminna podstawówka. Z pustymi klasami. O likwidację szkoły w Rębielicach wójtka walczyła przez sześć lat. Przez cały ten czas proces skutecznie hamowali rodzice, przy wsparciu kuratora oświaty. Gdy zmienił się rząd, nowy kurator posłuchał argumentów wójtki. I choć rodzice rębielickich dzieci w ostatnich wyborach nie oddali głosu na Bożenę Wieloch, ona i tak wybory wygrała i w tym samym tygodniu przeprowadziła likwidację szkoły.

– Nawet gdyby pominąć kwestie finansowe, to jaka jest edukacja w klasie z jednym uczniem? Gdzie tu kompetencje kluczowe? Jak ma się nauczyć umiejętności współpracy, kompromisu, dialogu? – tłumaczy mi wójtka. Trochę na wyrost, bo o ile pierwszaka szkoła zgodnie z prawem, nie mogła dokooptować do innych dzieci, to już pozostali uczniowie pracowali w połączonych, różnowiekowych grupach.

***

Teraz jednak dzieci z Rębielic dołączą do 164 uczniów szkoły w centrum gminy i będą do niej dojeżdżały. A i tak w każdym roczniku uda się zorganizować tylko po jednej klasie. Podobny plan marzy się od lat Leonowi Małaszewskiemu, wójtowi Dubicz Cerkiewnych na Podlasiu. Nie może jednak zlikwidować jedynej szkoły publicznej na terenie gminy, bo mu prawo na to nie pozwala. Nawet jeśli jest to gmina uznawana za najszybciej się wyludniającą w kraju. W latach 2004–2020 liczba mieszkańców zmalała tu o 27 proc. a co trzeci mieszkaniec jest emerytem. W jedynej szkole na terenie niegdyś licznej gminy, pod okiem 23 nauczycieli uczy się zaledwie 36 dzieci plus 15 przedszkolaków. Dziesięć lat temu szkoła liczyła 150 uczniów, a 20 lat wcześniej w kilku miejscowościach gminy działało prężnie aż sześć pełnowymiarowych placówek. W nowej demograficznej sytuacji wójt proponował, żeby dzieci dojeżdżały do sąsiedniej gminy.

– Dochodzę do wniosku, że takie małe szkoły są raczej po to, aby utrzymywać nauczycieli, nie uczniów – kpi wójt Małaszewski. A jako argument podaje, że jego szkoła ma najgorsze wyniki w województwie. – I takie to efekty nauczania indywidualnego – ponuro żartuje wójt.

Paradoksalnie jednak, o ile dzisiaj martwimy się nauczycielskimi wakatami, wkrótce rzeczywiście może się okazać, że zanim wykształcimy nowe pokolenia pedagogów, żeby uczniom zapewnić wystarczającą liczbę kadry, dopadnie nas problem całkiem przeciwny – dla nauczycieli nagle zabraknie pracy.

***

Nie wiadomo np. czy znajdzie się zatrudnienie dla ośmiorga nauczycieli z likwidowanej podstawówki w Rębielicach. W gminnych szkołach najprawdopodobniej nie wystarczy dla nich godzin. Wójtka Wieloch liczy raczej, że skorzystają ze świadczeń przedemerytalnych i emerytur.

Jeszcze rok temu, były minister edukacji Przemysław Czarnek, straszył nauczycieli, że z powodu niżu straci pracę ok. 100 tys. belfrów. Nie miał jednak żadnych danych na poparcie swojej tezy i próbował w ten sposób odwrócić uwagę od pogłębiającego się deficytu przedmiotowców w szkołach.

– Jeszcze dwa lata i będzie problem z zatrudnieniem – przyznaje jednak Urszula Woźniak, wiceprezeska ZNP. Choć związek również nie zna skali problemu i nie ma żadnych symulacji ani prognoz.

Łatwo jednak przewidzieć kolej rzeczy. W dużych miastach już za dwa lata nauczyciele stracą większość nadgodzin. Dotąd gromadzili je skrzętnie i traktowali jako sposób na uzyskanie wyższej pensji. Przy pogłębiającym się kryzysie kadrowym, nadgodziny stały się nawet nadmiernym obciążeniem – belfrzy najczęściej są przymuszani brać półtora etatu, rekordziści dochodzą nawet do 40 godzin w tygodniu „przy tablicy”. – To się skończy, wraz z niżem demograficznym. Wtedy jednak znowu odezwie się problem zbyt niskich zarobków i będzie jeszcze trudniej znaleźć chętnych do zawodu – ostrzega Woźniak.

***

Co innego w małych miastach i na wsiach. Tam nauczyciele przedmiotów podstawowych, jak polski i matematyka mogą liczyć na pełen etat, ale świeżo wykształconych już do szkół nikt nie wpuści. Za to przedmiotowcom bardzo trudno będzie uciułać etat.

– Już jeżdżą między kilkoma szkołami, a to się odbija na jakości nauczania – ostrzega Krzysztof Kania.

– Niż demograficzny to jedno z ważniejszych wyzwań, które stoi przed szkołą – przyznała ministra edukacji Barbara Nowacka podczas konferencji prasowej. Podkreślała, że rządowi „bardzo zależy na zachowaniu małych, wiejskich szkół”. – Trwają rozmowy, by dzieci młodsze, które są w wieku nawet nie przedszkolnym miały możliwość pobytu w szkole – mówił Nowacka. – I aby przygotować i nauczycieli i szkoły na pewną zmianę, dopuścić elastyczność i tak zbudować (szkołę), żeby żaden nauczyciel nie stracił pracy – mówiła ministra.

Już na początku roku, po spotkaniach z przedstawicielami samorządów, ministra zapowiadała, że przygotuje program ratunkowy dla szkół. Rozwiązaniem ma być łączenie różnych funkcji w jednym obiekcie szkolnym. Nie tylko szkoły więc, ale też lokalnej świetlicy. W naprawdę małych miejscowościach MEN chciałby zostawić tylko najmłodszych uczniów – klasy od pierwszej do trzeciej. Starsi mieliby być dowożeni do szkół zbiorczych. Na osłodę MEN zapewnia, że te zbiorcze szkoły byłyby świetnie wyposażone i „obsługiwane” przez dobrych nauczycieli. Kiedy nastąpią te zmiany i będzie można zobaczyć szczegóły propozycji – nie wiadomo. Ministra Nowacka uspokajała, że ma na to jeszcze sześć lat – do czasu, aż pokolenie 2023 r. pójdzie do pierwszej klasy. Pytanie tylko, czy do tego czasu samorządy nie zlikwidują na własną rękę wszystkich małych szkół.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version