Muszle to temat popularnego językowego łamańca w angielszczyźnie – „She sells sea shells on the sea shore” to nasze „Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru kolorowego” – test na giętkość języka. W Ameryce morskie muszle stały się właśnie testem na giętkość kręgosłupów.
Zaczęło się od zdjęcia, które na Instagram wrzucił były dyrektor FBI James Comey: muszle na plaży układają się w napis „86 47”. I tu potrzebna jest glossa lingwistyczna. Czytelnikom „Newsweeka” nie trzeba tłumaczyć, co oznacza „47” – to numer porządkowy obecnego prezydenta. Ale „86”? To slangowe określenie wyrzucenia. Najbliższe jest porównanie z gablotą pana Sławka z „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” – sklepowa ścianka zdjęć z tytułem „Tych klientów nie obsługujemy”. Według słownika Merriam Webster termin „86” narodził się w latach 30. w barach z napojami orzeźwiającymi i oznaczał, że „towar wyszedł”. Z czasem „86” przeniosło się do prawdziwych barów i oznaczało wyproszenie klienta, który przesadził z alkoholem. Stąd był już tylko krok do codziennego języka. W Polsce „86 47” można by przetłumaczyć jako „Trump wyp…” albo „***** Trumpa”.
Comey szybko zdjęcie wykasował, ale dwór Trumpa zdążył zareagować oburzeniem. Każda okazja, by podlizać się wodzowi, jest dobra, ale każdy miał też inne powody, by zapłonąć oburzeniem. Kristi Noem, szefowa Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego, uznała, że były szef FBI wzywa do zabójstwa Trumpa i jej resort już bada sprawę. Lepiej, żeby ludzie mówili o Comeyu niż o zgubionej torebce i przepustce pani Noem czy jej ambicjach, by kupić do resortu luksusowy odrzutowiec. Temat podchwycił też obecny szef FBI Kash Patel. W końcu lepiej, żeby plotkowano o „muszelkowych groźbach” byłego szefa FBI niż o częstych nieobecnościach w biurze obecnego, nie wspominając o pieniądzach, jakie zarabiał u Katarczyków.
James Comey ma prawo nie przepadać za Trumpem. W maju 2017 r. wyleciał z FBI, kiedy zaczął badać związki z Rosją gen. Michaela Flynna, prezydenckiego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Już po wyborze Trumpa w 2016 r. Flynn potajemnie kontaktował się z ambasadą Rosji. Kiedy FBI zaczęło śledztwo, Flynn podał się do dymisji po zaledwie 24 dniach pracy. Trump bardziej wściekł się na Comeya, że utrącił mu doradcę niż na to, że Flynn spiskował z Rosjanami. Comeyowi nie pomogło nawet to, że w końcówce kampanii wyborczej de facto zatopił kandydaturę Hillary Clinton, wszczynając śledztwo w sprawie domowego serwera, na którym Clinton przeglądała służbową pocztę, choć przy dzisiejszej aferze signalowej w Pentagonie były to niewinne igraszki.
Czy dawny szef FBI „trafi za kratki”, co zasugerowała na antenie Fox News Tulsi Gabbard, szefowa wywiadu i wielka sympatyczka Rosji? W Ameryce roku 2025 nie da się niczego wykluczyć: służby federalne zatrzymywały już sędziów i burmistrza Newark, a przedstawiciele Białego Domu otwarcie mówią, że marzy im się zniesienie prawa do skargi na areszt. Dwór Trumpa posunie się do wszystkiego, byle nie mówiono o ich grzechach i grzeszkach. No i żeby chronić wrażliwe ego króla.

