Gdyby w jakimkolwiek państwie demokratycznym doszło do zamachu na wiceszefa instytucji nadzorującej rynek finansowy i byłoby wiadomo, że w ten zamach bezpośrednio angażują się ludzie służb, państwo gruntownie wyjaśniłoby sprawę. A u nas cisza — mówi Wojciech Kwaśniak, były wiceszef Komisji Nadzoru Finansowego.
Wojciech Kwaśniak, były wiceszef Komisji Nadzoru Finansowego: Współpracując z grupą przestępczą, wiceszef KNF organizuje sam na siebie zamach, by załatwić sobie alibi na przyszłość. Wynajęty sprawca łamie mu czaszkę, a biegli medycy przed sądem nie potrafią wyjaśnić, jakim cudem przeżył, chodzi na własnych nogach i w miarę logicznie mówi. Przyzna pan, że tylko w jakichś nierealnych scenariuszach filmowych można pokazać kogoś tak przebiegłego… jak ja. To znaczy, za jakiego uważają mnie prokuratura i niektórzy politycy.
Newsweek: Ale pan przeżył i od lat mówi o konieczności powołania sejmowej komisji śledczej w sprawie systemu SKOK.
— Gdyby w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, jakimkolwiek państwie demokratycznym doszło do zamachu na wiceszefa instytucji nadzorującej rynek finansowy i byłoby wiadomo, że w ten zamach bezpośrednio angażują się ludzie służb specjalnych, a w działalność nadzorowanego podmiotu uwikłane są osoby publiczne, to na pewno skończyłoby się to systemowymi działaniami, które gruntownie wyjaśniłyby sprawę. A u nas cisza.
Spróbujmy po nitce do kłębka. Pana dotyczą dwie główne sprawy.
— Jedna, związana z napaścią na mnie, zleconą przez byłego członka władz SKOK Wołomin i oficera służby kontrwywiadu wojskowego, żebym nie przeszkadzał w wyprowadzaniu z tego SKOK pieniędzy. I druga, w której to ja jestem oskarżony de facto o to, że miałem wspierać funkcjonującą tam grupę przestępczą, działając zbyt wolno.
Obydwie sprawy właśnie przyśpieszają, choć to wygląda jak sprinterski finisz prawnego maratonu. Po 12 latach od zamachu zostanie wznowiony proces „Twardego”, który miał pobić pana na progu domu w Wilanowie.
— Formalnie postawiono mu zarzut pobicia, ale z reprezentującym mnie mecenasem Jerzym Naumannem od początku uważaliśmy, że to była próba zabójstwa.
Sprawca dostał zaliczkę w postaci motocykla i kilka tysięcy złotych na zakup pałki, sprzętu do przecięcia ogrodzenia, używanego samochodu na rejestracjach spoza województwa mazowieckiego, żeby trudniej było go zidentyfikować.
Potem pośrednik w zleceniu zamachu miał mu przekazać jeszcze 200 tys. zł, ale nie zdążył, bo został zatrzymany w innej sprawie.
Czyli na około 250 tys. zł wyceniano w 2014 r. pana życie?
— Tak jest. W 2019 r. minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro informował, że wykryto próbę zamachu na niego i sprawcy oferowano 100 tys. zł. Już te proporcje pokazują, że w moim przypadku zwykłe pobicie raczej należało wykluczyć. Sprawcy co najmniej godzili się z tym, że mogę nie przeżyć.
Policja 12 lat temu zadziałała bardzo sprawnie: „Twardy”, czyli Krzysztof A., szybko został złapany, zasiadł na ławie oskarżonych, ale zaraz poszedł do szpitala…
— … a stamtąd po decyzji sądu został wypuszczony na wolność, bo w świetle opinii lekarskich wymagał leczenia i zebrania się konsylium lekarskiego, które miało się odbyć w Płocku. Nie stawił się na nie. Organom ścigania podał adres zamieszkania, który okazał się nieprawdziwy.
Przed rokiem został zatrzymany w Biszkeku, stolicy Kirgistanu. Ekstradycja do Polski nastąpiła w marcu 2026 r., ale nie na podstawie listu gończego w pana sprawie.
— Nie dotyczył ani mojej sprawy, ani innego procesu, w którym Krzysztof A. był oskarżony o próbę zabójstwa i kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Ekstradycji dokonano na podstawie listu gończego wystawionego przez Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia za próbę wymuszenia zwrotu długu. To pokazuje priorytety w tej sprawie.
Żeby było dziwniej, zatrzymać miało go w Kirgistanie amerykańskie FBI w związku z aferą z jakąś kopalnią złota.
— Wiem o tym tylko z mediów. Za to dostałem już postanowienie sądu o wznowieniu postępowania i spodziewam się, że w maju lub czerwcu pewnie dojdzie do pierwszej rozprawy.
Sąd niedawno uznał, że zleceniodawcą pana pobicia był Piotr Polaszczyk — skazany prawomocnie na osiem lat — były funkcjonariusz służb specjalnych i wiceprzewodniczący rady nadzorczej SKOK Wołomin.
— Przed sądem zeznał, że w jego służbie nie ma byłych funkcjonariuszy i czuje się funkcjonariuszem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Przekonywał też, że służby mają inne instrumenty oddziaływania niż fizyczna eliminacja człowieka. Zbierają informacje o potencjalnych słabościach: do hazardu, zadłużania się, do nietypowych kontaktów z jakimiś ludźmi. A on — jak zapewniał — nie proponował nikomu pobicia mnie, a wprost przeciwnie, rekomendował, żeby takich działań nie podejmować. Sądy pierwszej i drugiej instancji w świetle zebranych dowodów nie uznały tych tłumaczeń za prawdziwe. A Sąd Najwyższy oddalił 4 marca 2026 r. wniosek jego obrońców o kasację wyroku jako bezzasadny.
Po ogłoszeniu wyroku Polaszczyk mówił: „W polskich więzieniach przebywa 15 proc. osadzonych za przestępstwa, których nie popełnili (…). Mam wrażenie, że brałem udział w farsie, a nie w uczciwym, sprawiedliwym postępowaniu sądowym”.
— Cały czas bronił się tym, że jest funkcjonariuszem państwa i nigdy by nie podniósł ręki na innego funkcjonariusza.
Sprawa zamachu zbliża się do finału. Z czterech oskarżonych bezpośrednich sprawców trzech już zostało skazanych. Polaszczyk dostał osiem lat. Dwa lata dostała osoba pomagająca w wykonaniu zlecenia. Prawomocnie skazano również trzeciego sprawcę, który korzystał z przywileju małego świadka koronnego, a był to zaufany Polaszczyka, który miał znaleźć wykonawcę zlecenia na mnie. Jego sprawę wydzielono do odrębnego procesu, bo w międzyczasie odsiadywał wyrok w Niemczech za inne przestępstwa.
Coś jeszcze wymagałoby wyjaśnienia w sprawie motywów Polaszczyka?
— Prokuratura jakoby nie znalazła bezpośrednich dowodów na to, że inne osoby — w tym z zarządu i rady nadzorczej albo pracownicy SKOK Wołomin — uczestniczyły w przygotowaniu zamachu. Śmiem w to wątpić, biorąc pod uwagę, że przez tyle lat, bo od 2006 r., działała tam jednak zorganizowana grupa przestępcza, która wyłudzała kredyty. W filmie braci Sekielskich „Korzenie zła” można przecież zobaczyć, jak była wiceprezes zarządu SKOK Wołomin mówi, że gdy media napisały o zamachu na mnie, pojawiła się w gabinecie prezesa, który razem z Polaszczykiem pił szampana. Nawet wymienia nazwę tego szampana. Ale to są widocznie osoby, które piją szampana na co dzień.
Za to w 2018 r. to panu prokuratura zarzuciła, że pozwolił działać grupie przestępczej w SKOK Wołomin: zbyt późno wprowadził pan nadzór komisaryczny, co doprowadziło do szkody w wysokości 1,5 mld zł.
— Dla odwrócenia uwagi, z czystej zemsty i dla przestrogi dla innych stawia się zarzuty mnie, ówczesnemu przewodniczącemu KNF Andrzejowi Jakubiakowi i piątce naszych współpracowników, jakoby działaliśmy zbyt wolno. Ja i Jakubiak jesteśmy oskarżeni również o korupcję. To znaczy, że mieliśmy cel, aby tamci więcej ukradli ze SKOK Wołomin.
Do tego nasza sprawa trafiła do sądu szybciej niż akt oskarżenia dla zorganizowanej grupy przestępczej, w tym członków władz SKOK Wołomin. I to jest najbardziej skandaliczne. Przecież szybko, w niewiele ponad półtora roku od włączenia systemu SKOK pod nadzór KNF, wprowadziliśmy zarząd komisaryczny w Wołominie. Dlatego uważam, że była to kara za ustanowienie tego zarządu.
SKOK Wołomin zbankrutował. Koszty tego bankructwa — ponad 2 mld zł — poniósł Bankowy Fundusz Gwarancyjny, czyli klienci banków. Co było przesłanką upadłości tej kasy?
— Tego w ogóle nie ma w akcie oskarżenia, który nam postawiono. A przesłanką upadłości była trwała utrata płynności, co jest zapisane w postanowieniu sądu. Powody były dwa. Gdy zarządca komisaryczny zaczął robić porządki, członkowie kasy w coraz większej panice zabierali z niej swoje pieniądze. Zarządca komisaryczny starał się o kredyt płynnościowy od Kasy Krajowej, w której zrzeszone były wszystkie SKOK-i. Gdyby go otrzymał, wtedy można by dokładnie zbadać z udziałem dobrego audytora kasę i szukać podmiotów zainteresowanych przejęciem SKOK Wołomin ze wsparciem BFG. Przypomnę, że kilka dużych kas zostało przejętych przez banki ze wsparciem BFG, co uratowało środki członków tych kas.
Kasa Krajowa jednak odmówiła wsparcia Wołomina, co zgodnie z ustawą skutkowało automatycznym zawieszeniem jego działalności.
Niedawno Waldemar Żurek, minister sprawiedliwości i prokurator generalny, wycofał akt oskarżenia w toczącej się od ośmiu lat sprawie przeciwko panu, Jakubiakowi i piątce urzędników z KNF.
— Proces trwa od trzech lat, składaliśmy bardzo obszerne wyjaśnienia i liczne wnioski dowodowe. Prokuratura po weryfikacjach spraw wszczynanych z powodów politycznych oraz informacji z procesu nabrała przekonania, że do żadnego przestępstwa nie doszło. Jej działanie sprowadzałoby się więc do próby skazania osób niewinnych.
Wcześniej uznano, że prokurator Adam Gołuch z Prokuratury Regionalnej w Szczecinie, który w 2018 r. stawiał nam zarzuty, nie był bezstronny i pozostawał pod naciskiem swoich przełożonych. Przecież ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i prokurator krajowy Bogdan Święczkowski zwołali konferencję po naszym aresztowaniu i jeszcze przed postawieniem nam zarzutów stwierdzili, że jesteśmy winni, że to jest prawdziwa afera KNF. A były prezes Kasy Krajowej senator Grzegorz Bierecki twierdził, że nie zawsze biją tego dobrego, a nawet później sugerował, że napaść na mnie to mistyfikacja.
A wcześniej dwóch różnych prokuratorów Prokuratury Okręgowej w Warszawie w uzasadnieniach pisało, że nie ma żadnych podstaw do prowadzenia postępowania karnego w naszej sprawie, podobne stanowisko zajęły sądy w Szczecinie, gdzie zaskarżyliśmy nasze zatrzymanie i zastosowane środki zapobiegawcze. Mimo to sporządzono akt oskarżenia.
Po decyzji ministra Żurka o wycofaniu zarzutów już płyną do panów liczne gratulacje.
— Ale sprawa nie jest zakończona. Prokurator generalny podjął decyzję, zgadza się z nią prokurator z Prokuratury Regionalnej w Warszawie, który przed sądem prowadzi sprawę o wycofanie aktu oskarżenia. Ale nastąpi to pod warunkiem, że strony wyrażą na to zgodę, bo tak przepis jest sformułowany.
My zgodę już wyraziliśmy, ale są jeszcze oskarżyciele posiłkowi. Przed laty prokuratura uczyniła pokrzywdzonymi grupę członków SKOK Wołomin, czyli współwłaścicieli tej kasy, którzy ulokowali środki wyższe niż limit gwarancji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (100 tys. euro) i mają wierzytelności do masy upadłości. Z tej grupy 11 osób dopuszczono do procesu jako oskarżycieli posiłkowych.
Czyli wycofanie zarzutów wobec pana w sprawie SKOK Wołomin zależy od osób z nim związanych?
— Sąd twierdzi, że pierwszy raz się spotkał z taką sytuacją. Nie zgodził się — mimo wycofania aktu oskarżenia przez prokuratora generalnego — na umorzenie mojej sprawy oraz urzędników KNF. Zatem proces będzie trwał dalej.
Dla mnie i dla pozostałych urzędników fundamentalnie ważne jest to, że państwo nie chce już oskarżać swoich funkcjonariuszy, bo wie, że do żadnego przestępstwa nie doszło.
Państwo raz ma twarz Ziobry i pana oskarża, a raz twarz Żurka, który wycofuje oskarżenie.
— Bardzo to doceniam, bo najłatwiej jest powiedzieć: sąd prędzej czy później rozstrzygnie i prawda się sama obroni. Tylko ja żyję w traumie od 12 lat i ponoszę wszystkie możliwe koszty: osobiste, rodzinne, zawodowe i utratę reputacji.
Dlaczego to tak długo trwa?
— Prokuratura i służby z ABW na czele wiedziały, że w działalność SKOK Wołomin są zaangażowani ludzie ze służb specjalnych i szereg osób publicznych. Stąd ta kilkuletnia zwłoka w działaniu, brak blokady niektórych rachunków i środków na tych rachunkach.
Kiedy KNF podjęła realne działania, żeby temu przeciwdziałać, a wiedzę miały o tym ABW i prokuratura, grupa przestępcza uznała nas za groźnych. Stąd napad na mnie, a po czterech latach zarzuty, żeby wszyscy wiedzieli, że nie warto ze służbami ani z politykami zadzierać.
Pochwał ani wyróżnień nie dostali też policjanci z Komendy Stołecznej, którzy szybko wykryli bezpośrednich sprawców zamachu i cały ten kontekst Wołomina. Podobnie jak zdeterminowana pani prokurator Agnieszka Leszczyńska z Gorzowa, która współpracowała z KNF i przez lata nie odpuściła tej sprawy, wnosząc akty oskarżenia i uzyskując wyroki skazujące.
Co się dzieje z tymi policjantami?
— Żaden nie pracuje już w Wydziale Zwalczania Terroru Kryminalnego i Zabójstw. Niektórzy nawet są poza policją. A naczelnik wydziału, funkcjonariusz z wieloletnim doświadczeniem, jest na emeryturze i dorabia jako kierowca autobusu miejskiego.
Pani prokurator Leszczyńska nie tak dawno straciła funkcję prokuratora okręgowego w Gorzowie i jest zwykłym prokuratorem w Prokuraturze Regionalnej w Szczecinie. Wygląda na to, że ci, którzy zachowali się przyzwoicie, mają kłopoty.
Jaki jest bilans SKOK Wołomin?
— Akt oskarżenia w głównym wątku mówi o tym, że przeszło 3 mld zł padło łupem zorganizowanej grupy przestępczej. Są w niej m.in. członkowie władz, grupa pracowników i szereg członków SKOK Wołomin.
Polaszczyk w mowie końcowej przed sądem odwoławczym twierdził, że nie jest możliwe, aby podmiot, którego suma bilansowa wynosi około 2,5 mld zł, mógł wytransferować 3 mld. A jeżeli w ogóle były jakieś straty, to na kwotę wielokrotnie niższą. Rozumiem, że prokuratura ma udokumentowane zarzuty.
Czy teraz system SKOK jest bezpieczniejszy?
— Nie wiem, nie zajmuję się już nadzorem. Ale kiedyś system SKOK liczył 56 kas, teraz zostało ich 18, z czego, jak informuje KNF, blisko połowa jest w wieloletniej restrukturyzacji. To pokazuje, z czym mieliśmy do czynienia w owych czasach. Od początku pokazywaliśmy publicznie sytuację, jaką zastaliśmy w SKOK, i na nasz wniosek objęto depozyty członków gwarancjami BFG. Za to konsekwentnie byliśmy krytykowani przez Kasę Krajową, że to jest niszczenie sektora SKOK i jego dokonań.
A przecież SKOK Wołomin nie był jedynym, w którym prowadzono działalność o charakterze kryminalnym. KNF i zarządcy komisaryczni skierowali do prokuratury przeszło 20 doniesień o podejrzeniu działania na szkodę tych kas przez ich władze. Większość została w ostatnich latach umorzona, a niektóre z nich albo zostały przejęte przez banki, albo upadły.
Urzędnicy z nadzoru finansowego mogą się czuć bezpieczniej?
— Nie jestem przekonany. Przez lata, mimo wskazań MFW i Banku Światowego, nie wprowadzono przepisów zwiększających ochronę nadzoru i nadzorcy, co jest międzynarodowym standardem.
Pan się czuje bezpieczniejszy?
— Dzisiaj mam znacznie mniejsze poczucie bezpieczeństwa fizycznego niż wtedy, gdy pracowałem w KNF, i nawet już po zamachu, gdy byłem chroniony. Po informacjach, które uzyskałem podczas procesów, wiem, jak groźni ludzie za tym stoją: powiązani ze służbami specjalnymi, z politykami i zwykłymi przestępcami.
Może pan rozwinąć ten wątek?
— Powinni go rozwinąć ci, którzy mają to w obowiązkach służbowych. Jest przecież w rządzie pełnomocnik do spraw służb specjalnych, a w Sejmie komisja do spraw tych służb. W 2015 r. działała specjalna podkomisja do spraw realizacji ustawy o SKOK, którą kierował poseł Marcin Święcicki. Powstał raport i rekomendacje przyjęte przez cały Sejm. Miała zostać powołana komisja śledcza. I nic. Ci, którzy zajmowali się zwalczaniem przestępczości w Warszawie i mogli w każdym momencie zatrzymać działania tej grupy oraz wyprowadzanie pieniędzy, nic realnie nie robili. Proszę sobie wyobrazić, że np. ABW i prokuratura w Warszawie zabezpieczały materiały w SKOK Wołomin półtora roku, a dwa lata się zastanawiały, czy założyć podsłuch. Dodatkowo Polaszczyk po zatrzymaniu przez prokuraturę w Gorzowie powiedział, że w Warszawie nikt by go nie zatrzymał.
Jestem ofiarą dlatego, że starałem się rzetelnie wykonywać swoje obowiązki, a to oni powinni mi zapewnić bezpieczeństwo, czego nie zrobili. Przed sądem stanęli wyłącznie bezpośredni sprawcy zamachu. Czyli zwykli wynajęci przestępcy i jeden oficer służb specjalnych.
Skazano już ponad 600 osób, które wyłudzały kredyty ze SKOK Wołomin.
— To wątki poboczne śledztwa, dotyczą głównie tzw. słupów — fikcyjnych kredytobiorców, którzy pieniądze przekazali innym. O ile ważną funkcję w tym procederze pełnili rzeczoznawcy majątkowi wyceniający fałszywie nieruchomości oraz kilku notariuszy, to słupy tylko statystykę robią, bo skazania w setkach są liczone.
Aresztowanie w 2018 r. pana i przewodniczącego Jakubiaka odbyło się pod hasłem: „To jest prawdziwa afera KNF”.
— Tak wielokrotnie mówił Bogdan Święczkowski na konferencji prasowej, bo to się zbiegło z wybuchem afery po ujawnieniu przez Leszka Czarneckiego nagrania rozmowy z ówczesnym przewodniczącym KNF Markiem Ch. Ewidentnie ze śledztwa wynika, że działania przeciwko nam wtedy przyspieszyły nadzwyczajnie.
Co się dzieje w sprawie Marka Ch.?
— Wiem tylko z mediów, że sąd z własnej inicjatywy zarządził utajnienie procesu Marka Ch. Mój proces i Andrzeja Jakubiaka jest w pełni jawny, bo sami o to wnosiliśmy. Każdy może w nim uczestniczyć. Przypomnę, że jeszcze wiosną 2015 r. KNF opublikowała harmonogram swoich działań wobec SKOK Wołomin, czego do dzisiaj nie uczyniła żadna ze służb państwa ani Kasa Krajowa. Praca w nadzorze wymaga dużej odpowiedzialności i transparentności działania. Spotkania są zwykle rejestrowane, powstają notatki, protokoły. A są jeszcze ograniczenia niezapisane wprost, np. w pewnych miejscach funkcjonariuszom nie wypada być z określonymi osobami, nawet prywatnie nie wypada się spotykać. Trzeba bardzo uważać. Ja uważałem do przesady, nawet do domu jeździłem różnymi trasami. Założyli mi więc GPS pod samochód służbowy, który stał na Placu Powstańców, na publicznym parkingu. Bo doszli do przekonania, że bezpieczniej jest napaść na mnie pod moim domem niż w centrum miasta, gdzie jest dużo kamer.
Autor jest wicenaczelnym magazynu „Forbes”

