Wielu mówców motywacyjnych mówi banały, ale ludzie w to wierzą i dają się nabierać na łatwe rozwiązania trudnych problemów. O tym, co każdy uczestnik wystąpień motywacyjnych powinien wiedzieć, zanim zapłaci za bilet — mówi psycholog Piotr Bucki.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Piotr Bucki: Od momentu, kiedy o tym powiedziałem w trakcie jednego z wystąpień, minęło trochę czasu. Zakładam, że wiele osób, które mnie tak nazywają, nie ma złych intencji. Dziś zdecydowanie trudniej mnie obrazić, bo kieruję się czterema ważnymi dla mnie zasadami. Pierwsza brzmi: uważnie i świadomie używaj słów. Druga: zawsze weryfikuj przekonania. Trzecia, ważna w kontekście tego pytania: nie bierz tego do siebie. A czwarta: zrób tyle, ile jest w twojej mocy.

— Pewnie tak. Tylko co z tego? Sama motywacja nigdy nie wystarcza. Jest takim „emocjonalnym kopem”, który może nam coś uświadomić, ale na pewno nie załatwi za nas sprawy ani nie zagwarantuje zmiany zachowania. Jeśli chodzi o realną zmianę — a tą, nie wiedzieć czemu, mówcy motywacyjni zajmują się rzadziej — jest ona związana z pewnym dyskomfortem i z kilkoma innymi zmiennymi. Na początku roku wszyscy zachłystują się noworocznymi postanowieniami: chcą przestać palić, zacząć biegać, rozsądniej wydawać pieniądze, grać na saksofonie. Tyle że to za mało. Jest zmienna, która nazywa się „mogę” — to postrzegany zakres możliwości. I właśnie o niej mówcy, szczególnie z nurtu amerykańskiego indywidualizmu, zdają się nie pamiętać. Mówią: „Jeśli chcesz, to zawsze możesz”. Nie uznają przy tym ograniczeń fizycznych ani kontekstowych — związanych z trudnościami społecznymi czy finansowymi.

— Mogę bardzo chcieć wejść na K2, ale dzisiaj żadne wizualizacje, afirmacje czy prawa przyciągania mi na to nie pozwolą. Muszę zaakceptować, że w obecnej kondycji — fizycznej i finansowej — na K2 nie wejdę. Mamy też zmienną „pamiętam” — przypomnienie za pomocą środowiskowych bodźców, triggerów, że chcemy i możemy. Człowiek to nie jest indywidualistyczna istota, która za pomocą siły woli przenosi skały, tylko w dużej mierze uzależniona od środowiska, które kształtuje jej zachowania. Więc ja, kiedy chcę coś zmienić w swoim życiu, nie uderzam w siebie i nie rozmyślam o tym, jaki to jestem beznadziejny, tylko zastanawiam się, jak „ustawić” środowisko, żeby było mi łatwiej — czy w oszczędzaniu, czy w prowadzeniu głębszych rozmów z rodziną, które do tej pory przegrywały z oglądaniem Netflixa.

— Okaże się, że za słabo pan manifestował. Ale wtedy pojawi się nowa oferta i seminarium za 5000 zł, w trakcie którego będzie pan mógł dowiedzieć się czegoś więcej. Wszyscy ci zagraniczni i polscy szarlatani mówią bardzo banalne rzeczy, które można by rozbroić jednym dialogiem sokratejskim.

Ale ludzie w to wierzą. Trudno się temu dziwić — chodzi o dawanie łatwych rozwiązań trudnych problemów. To hasła w stylu: „Chcesz mieć wymarzone życie — stwórz sobie moodboard i codziennie afirmuj. A jeśli nie wyjdzie, to znaczy, że słabo afirmowałeś, więc powinieneś kupić zestaw suplementów, które pozwalają lepiej afirmować”.

— Rozczulają mnie osoby, które mówią o tym, że istnieje jakaś bardziej lub mniej tajemnicza klika, która rządzi światem. Niezależnie od tego, czy chodzi o big pharmę, czy o iluminatów albo inne ugrupowania. Z jednej strony powtarzają, że tym „innym” chodzi o wyłudzenie od zwykłych ludzi pieniędzy, a jednocześnie sami oferują programy motywacyjne, reprogramowanie za pomocą jakiejś elektryki, jak chociażby pan Hubbard — twórca scjentologii.

— To oczywiście bardzo mocno wiąże się z kultem indywidualizmu i ideą self-made mana, która zakłada, że wystarczy dać człowiekowi wolny rynek i wolne możliwości kształtowania życia, a jeśli mu nie wyjdzie, to znaczy, że był słaby i nie zasługuje na miejsce w szeregu. To bzdura. Bo jeśli spojrzy się na tych, którym się powodzi w takim świecie, to najczęściej są to spadkobiercy, dzieci ludzi już bogatych, którzy mają uprzywilejowaną pozycję. Owszem, czasem znajdzie się ktoś, kto z biedy się wyrwał, ale to wyjątek — nie dowód na regułę. Przykład choćby Gwyneth Paltrow — moim zdaniem jednej z najniebezpieczniejszych osób tego nurtu — która twierdzi, że ludzie jej zazdroszczą, bo wszystko osiągnęła sama. No przepraszam: jej ojciec był hollywoodzkim producentem, matka oscarową aktorką, ona chodziła do najlepszych szkół, a jej oscarowa rola w „Zakochanym Szekspirze” była „wypchnięta” potężnym lobbyingiem. Twierdzenie, że osiągnęła to „własnymi rękami”, jest równie urocze, jak mówienie, że książę Harry wszystko osiągnął sam, ciężką pracą.

— Pierwszy powód to kryzys wielkich religii. Do II wojny światowej, a nawet do końca XX w., żeby wiedzieć, jak żyć, szło się do szkoły, do lekarza albo do plebana. To były autorytety. A potem, wraz z laicyzacją i ich upadkiem, powstała próżnia. I tę próżnię bardzo sprawnie wypełniły „autorytety” samozwańcze. Ludzie chodzą na spotkania z nimi, dają się nabierać — zamiast iść do lekarza, idą na bioprądy i czyszczenie aury — bo w świecie skomercjalizowanym, przejętym przez konsumpcjonizm, mamy potężną pustkę duchową i ciągłą potrzebę prostych recept na skomplikowane problemy. To jest oczywiście populizm. Populista krzyknie: „Rozwiążę ten problem”, mówca powie: „Naprawię twoje życie”. I ludzie to łykają. Spójrzmy na branżę beauty czy wellness. Przedstawiciele tych branż używają języka religii — mamy to, co brudne, toksyczne, grzeszne, i to, co wybielone i wymuskane. Czasem mam wrażenie, że słucham sensacjonalistycznego purytanina, który mówi o tym, że trzeba wygnać grzech z ciała za pomocą biczowania. Tyle że purytanie w XVI czy XVII w. wierzyli w to, co robią, a ci współcześni wierzą w pieniądze, które mogą na tym zarobić.

— To jest klasyk — pokazanie jakiejś korelacji bez konkretnego mechanizmu. Każdy może powiedzieć takie zdanie. Ja też mogę: „Jeśli mocno wierzysz w swój produkt, sprzedasz go sto razy lepiej”. Skąd się wzięło „sto razy”? A co to znaczy „wierzyć”? Nie wiadomo, ale brzmi jak hasło na kubek.

— Też ładne. Ja mogę powiedzieć: „Nigdy nie będziesz wyższy, ale zawsze możesz być mądrzejszy”. I znów mogę wrzucić to na kubek albo koszulkę.

— Bywam pytany o to, dlaczego tego nie robię — znam mechanizmy, które stoją za taką działalnością, mam bogaty język. Tyle że mój system wartości mi na to nie pozwala. A może jest też tak, że po prostu zarabiam w sposób bardziej „legitny” dla siebie i nie mam pokusy, żeby „motywować” kogoś w ten sposób.

— Co innego, kiedy ktoś traci pieniądze, słuchając wspomnianego Kołcza Majka, a co innego, gdy traci zdrowie albo życie, słuchając kogoś, kto proponuje wlewy „terapii Gersona” zamiast leczenia.

Według mnie nie ma tu pola do dyskusji — każda osoba, która świadomie naraża kogoś na utratę zdrowia albo życia, powinna iść siedzieć. Swoją drogą, media też ponoszą tu odpowiedzialność — przez lata traktowano debatę między nauką a oszołomstwem jako „przedstawienie dwóch stron”.

To bzdura. Lekarz nie może przecież debatować z foliarzem od jonizowania wody na raka — to nie są równoważne stanowiska. Niestety, pajac wypada często lepiej.

— A może powołują się na „badania”, które badaniami nie są? Istnieją „predatory journals” — pisma, które publikują za pieniądze. Sam dostawałem oferty: „Opublikujemy badanie za 2 tys. zł”. Fakt istnienia badania nic nie znaczy — badanie musi być dobre metodologicznie.

A ludzi nikt nie uczy, jak to weryfikować. Dobrym przykładem jest działalność Briana Tracy’ego, który przytacza badanie dotyczące zapisywania celów. Powołuje się na niego też między innymi Karolina Rowińska. Problem w tym, że to badanie nie istnieje — zostało wymyślone, żeby sprzedawać metodę. Czekam, aż Tracy wyśle mi pismo przedsądowe, bo wtedy musiałby udowodnić, że badanie zrobił. Czekam, ale pewnie się nie doczekam.

— Oczywiście. Pierwszą podstawową techniką jest przedstawianie opinii jako faktów. Kolejna to używanie wielkich kwantyfikatorów (zawsze, wszyscy, nigdy) i nadmiernych generalizacji. Trzecia to wykorzystywanie tzw. survivorship bias. Chodzi o pokazywanie tylko historii sukcesu, a ignorowanie porażek. Można powoływać się na historię Marka Zuckerberga, który rzucił studia, żeby zająć się rozwojem firmy, i powiedzieć: „Zuckerberg rzucił studia — ty też rzuć!”. Tyle że większość ludzi, którzy zrezygnowali, niczego wielkiego nie osiągnęła, w „Fortune 500” większość prezesów ma po dwa fakultety, a połowa dodatkowo jeszcze MBA. Dowody anegdotyczne są atrakcyjne, ale nie wnoszą wartości. Kiedy mówię ludziom o jakiejś technice, np. o budowaniu nawyków, wiem, że jest ona opracowana na podstawie wielu badań. Dodatkowo zachęcam do eksperymentowania z nią, bo fakt, że u mnie zadziałała, nie musi oznaczać, że zadziała u kogoś innego.

— Uważam, że Jacek Walkiewicz jest najbardziej uprawniony do tego, żeby jakkolwiek mówić do ludzi. Zresztą, w swojej działalności w dużej mierze opiera się na jednym wykładzie. To miły, przyjemny wykład, który krzywdy nikomu nie zrobi. Mateusz Grzesiak ma doktorat, który napisał… o samym sobie. Jest za to świetnym biznesmenem, który stworzył swoją markę.

A pani Leilani? Z manifestacją jest tak: można sobie manifestować do woli, ale w końcu trzeba wziąć się do roboty. W jednym z odcinków podcastu „On Purpose” mowa jest o tym, że manifestowanie jest oddaniem sprawczości — siedzisz, czekasz, manifestujesz, zamiast iść do pracy.

— Myślę, że psychologowie sportowi wiedzą, jak w tej szatni się odnaleźć. Wystrzał dopaminy i adrenaliny nowozelandzkim rugbystom zapewnia przecież też taniec haka. Ale naprawdę nie trzeba tu występów Briana Tracy’ego.

— Po pierwsze, powinien sprawdzić, jakie umocowanie do mówienia ma ten, kto będzie mówił. Po drugie, czy potencjalny uczestnik potrzebuje treści, po które tam idzie. Niezależnie od tego, czy mówimy o lepszym odżywianiu się, lepszym śnie, czy lepszych wynikach w nauce — to mniej atrakcyjne, ale zdecydowanie tańsze — można poszukać tego wszystkiego w Google Scholar albo w bibliotece.

A jeżeli ktoś bardzo chce iść sobie na taki spęd motywacyjny, który zadziała na niego jak stymulanty na układ nagrody z dopaminą, sam polecam raczej

TechnoRave albo coś podobnego.

Piotr Bucki — psycholog, szkoleniowiec, prelegent. Prowadzi wykłady i spotkania z zakresu szeroko pojętej komunikacji. Pracował z firmami w Polsce, Niemczech, Austrii, Chile, Australii, Słowenii, Włoszech czy Chorwacji. Autor wielu książek: „Porozmawiajmy o komunikacji”, „Złap równowagę”, „Viral”, „Prezentacje. Po prostu!” „Sapiens na zakupach”, „FOKUS. O nawyku skupienia, który da ci czas na to, co ważne” oraz „Life’s a pitch and then you die” i „Startup Manual”. Przetłumaczył również kilkanaście książek dla Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego

Jakub Jamrozek — dziennikarz Czwórki Polskiego Radia, prowadzi publicystyczne audycje o tematyce społecznej i psychoedukacyjnej: „Pogadajmy”, „Otwarte Studio Czwórki”; autor podcastu „Jamrozek wrażliwie”

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version