Chińskie samochody szturmem zdobywają polski rynek. Dla jednych są okazją życia, dla innych źródłem niekończącej się frustracji.

Mateusz zdecydował się na zakup chińskiego samochodu w ubiegłym roku. — Zobaczyłem reklamę w telewizji i od razu wpadł mi w oko. W tej cenie na polskim rynku nie kupiłbym właściwie nic porównywalnego, co najwyżej dziesięcioletni samochód z Niemiec z przebiegiem 300 tys. km — mówi. Po krótkim rozeznaniu umówił się na jazdę próbną. Chińskich marek dostępnych w Polsce było znacznie mniej niż dziś. — To paradoksalnie ułatwiło decyzję. Po jeździe próbnej byłem już przekonany — wspomina. Dwa tygodnie później odebrał auto z salonu.

Jak przyznaje, przy odbiorze warto zachować czujność. — Trzeba dokładnie obejrzeć samochód. Mój egzemplarz miał dwa wgniecenia na masce, których nie zauważyłem. Na szczęście serwis stanął na wysokości zadania i naprawił je przy pierwszym przeglądzie — opowiada. Codzienne użytkowanie ocenia bardzo dobrze. — Za 160 tys. zł mam samochód w bogatym standardzie. Jest dobrze wyciszony, fotele są wygodne, a jakość wykończenia wnętrza nie odbiega od europejskich konkurentów. Auto prowadzi się pewnie, ma wystarczającą dynamikę i zapewnia wysoki komfort jazdy — wylicza. Jak dodaje, mając doświadczenie z europejskimi markami, bez wahania poleciłby chińskie modele.

Problemy pojawiły się dopiero przy naprawie powypadkowej. — Miałem kolizję na parkingu, nie z mojej winy. Potem zaczęły się schody. Samochód stał w serwisie siedem miesięcy, bo brakowało części, pojawiły się też komplikacje z ubezpieczycielem. A dziś znów oddałem go na poprawki, bo lakier nie został dobrze dobrany — opowiada. Mimo tych doświadczeń jego ogólna ocena pozostaje pozytywna. — Gdyby nie ta sytuacja, nie miałbym żadnych zastrzeżeń. Dużo jeżdżę i ten samochód to rekompensuje. W tej cenie trudno o lepszy komfort — podsumowuje.

Janusz Patyk szukał samochodu, który będzie dynamiczny, dobrze przyspiesza i zapewnia wysoki poziom bezpieczeństwa. — Mam 46 lat, zależało mi na aucie zrywnym, wyposażonym w systemy, które realnie czuwają nad kierowcą. Niestety, bardzo się zawiodłem — opowiada. Decyzja o zakupie chińskiego samochodu nie była impulsywna. Przeciwnie, poprzedził ją długi i dokładny research. — Przez dwa lata testowałem różne chińskie modele. Mieliśmy kilka aut wypożyczonych do domu, sprawdzaliśmy je z żoną w codziennym użytkowaniu — podkreśla.

W tamtym czasie opinie o tych samochodach dopiero zaczynały pojawiać się w internecie. Dziś jest ich znacznie więcej, ale wtedy, jak wspomina, wybór wiązał się z większym ryzykiem. Ostatecznie Janusz zdecydował się na SUV-a popularnej marki. — Cena nie była kluczowym czynnikiem, wybrany model kosztował 179 tys. zł. Przekonał mnie design i nowinki technologiczne. Tych rozwiązań było nawet więcej niż w europejskich autach w podobnej cenie. Dobra trakcja, systemy bezpieczeństwa, masaże w fotelach, podgrzewane tylne kanapy. Tego w tej cenie u europejskich producentów często się nie spotyka — przyznaje.

Rzeczywistość zweryfikowała to jednak błyskawicznie. — Problemy zaczęły się już drugiego dnia po zakupie — mówi. Najpoważniejszy dotyczył utraty mocy. — Samochód gubi przyspieszenie, co jest skrajnie niebezpieczne, zwłaszcza podczas wyprzedzania. Zgłaszałem to wielokrotnie — zapewnia. Lista usterek zaczęła się wydłużać. — Nieraz zablokował się hamulec ręczny, innym razem szyberdach, zdarzało się też, że przestawały działać wycieraczki — wylicza.

Jak twierdzi, nie mógł liczyć na realne wsparcie ze strony salonu. — Byliśmy obrażani i lekceważeni. Usłyszeliśmy: może na wsi nie macie hybryd i nie wiecie, jak się nimi jeździ. Innym razem, gdy zgłaszałem problem z przyspieszaniem, powiedziano mi: jak pan nie może wyprzedzać, to pan nie wyprzedza — wspomina.

Samochód wielokrotnie trafiał do serwisu, a właściciel korzystał z auta zastępczego. — Tyle że ono miało bardzo podobne problemy, co pokazuje, że to po prostu bardzo wadliwy model. Moje auto stało w serwisie, ale problemów nie rozwiązywali, mimo tego, że dokumentowaliśmy usterki. Dopiero po roku batalii zdecydowaliśmy się na zmianę salonu, który usterki potwierdza, ale nie wszystkie naprawia. Problem z przyśpieszeniem wciąż zostaje nierozwiązany — zaznacza. Swoimi doświadczeniami Janusz Patyk dzieli się dziś w internecie. — Jest ogromna presja, żeby te auta sprzedawać. A co dalej, to już problem klienta. Klasyczne do bramy, a potem się nie znamy. My to odczuliśmy bardzo boleśnie — mówi.

Jak dodaje, problemy ujawniają się szczególnie przy wyższych prędkościach. — Do 80 km na godz. auto jest dynamiczne. Później, między 80 a 150 km na godz., zaczynają się kłopoty. Napęd hybrydowy nie zawsze współpracuje z silnikiem spalinowym, samochód potrafi stracić moc przy 115-120 km na godz.. To sytuacje potencjalnie niebezpieczne — podkreśla.

Sprawa trafiła już na drogę prawną. — Nie powiem, auto ma swoje zalety: ładne wnętrze, ciekawe ekrany. Ale podstawowy problem jest taki, że ono po prostu nie jeździ tak, jak powinno, a serwis nic z tym nie robi — podsumowuje. Jak dodaje, są na rynku chińskie marki oferujące wyższą jakość. — Choćby BYD. Nasz egzemplarz jednak do niczego się nie nadaje — kwituje.

Zanim Michał w zeszłym roku podpisał umowę, przeprowadził szczegółową analizę rynku. — Obejrzałem masę aut. Od Dacii, przez Peugeoty i Skody, po różne chińskie marki. Miałem nawet tabelę w Excelu z wszystkimi danymi, żeby mieć pewność, że wybieram właściwy model — wspomina.

Ostateczny wybór przyspieszyła atrakcyjna oferta finansowania. — Żona chciała coś wyższego, więc przeanalizowaliśmy sporo opcji i finalnie zdecydowaliśmy się na dużego, hybrydowego SUV-a. Skorzystaliśmy z okazyjnego kredytu, całkowity koszt finansowania wyniósł 4,5 tys. zł przy kwocie 80 tys. zł, co daje około 125 zł miesięcznie więcej niż przy zerowym kredycie — tłumaczy.

Sam zakup przebiegł sprawnie. Auto zostało zamówione 31 sierpnia, a już 17 września było gotowe do odbioru. — Celowo wybraliśmy egzemplarz ze statusem „w transporcie”, żeby skrócić czas oczekiwania — dodaje. Dziś Michał nie ma wątpliwości, że była to dobra decyzja. — Samochód nie sprawia najmniejszych problemów. Na razie brak usterek, spalanie jest zgodne z oczekiwaniami, komfort i moc również. W środku jest po prostu ciepło i komfortowo— mówi.

Najważniejsze były dla niego przestrzeń i wygoda. Pod tym względem auto spełniło oczekiwania. — Jest duże, pojemne i komfortowe. Nawet uchwyty na box dachowy pasują z mojego drugiego auta — podkreśla.

Nie obyło się jednak bez drobnych zastrzeżeń. — Przydałoby się gniazdo zapalniczki z przodu, bo obecnie jest tylko w bagażniku. Druga rzecz to konieczność każdorazowego ustawiania trybu napędu, ale to wynika z unijnych wymogów ekologicznych, dziś właściwie wszystkie auta tak mają. Oprócz tego uwag nie mam — zaznacza.

Sprzedaż chińskich samochodów w Polsce rośnie w szybkim tempie. W ubiegłym roku dynamika wzrostu sięgnęła kilkuset procent rok do roku.

— Chińscy producenci weszli na rynek bardzo świadomie. Z nowoczesnym produktem, dobrze przygotowaną strategią, atrakcyjną polityką cenową i wyposażeniem, które odpowiada współczesnym oczekiwaniom klientów — mówi dr inż. Paweł Olszowiec, rzeczoznawca samochodowy i biegły sądowy.

Jak podkreśla ekspert, z perspektywy konsumenta sukces tych marek nie jest przypadkowy. — W wielu przypadkach producenci z Chin bardzo trafnie odczytali oczekiwania współczesnego kierowcy. Oferują samochody, które wizualnie i funkcjonalnie sprawiają wrażenie produktów z wyższej półki, a przy tym pozostają wyraźnie bardziej dostępne cenowo. Dla wielu klientów to pierwszy moment od lat, w którym nowy samochód znów stał się realnie osiągalny finansowo — zauważa.

W jego ocenie to właśnie połączenie wysokiego poziomu wyposażenia, nowoczesnej stylistyki oraz konkurencyjnej ceny okazało się jednym z głównych motorów ekspansji.

— W motoryzacji sentyment i przywiązanie do marki kończą się zwykle tam, gdzie zaczyna się kalkulator. Jeżeli klient dostaje porównywalny produkt za wyraźnie niższą cenę, bardzo szybko porzuca deklaratywny „patriotyzm marki” i zaczyna kupować racjonalnie — dodaje.

Olszowiec podkreśla, że z perspektywy inżyniera i rzeczoznawcy sprawa nie jest tak jednoznaczna i wymaga bardziej zniuansowanego spojrzenia. — Jako konsument mogę docenić kierunek, w którym ten rynek się rozwija. Natomiast jako osoba zawodowo zajmująca się oceną techniczną pojazdów patrzę na ten proces znacznie ostrożniej. O sukcesie rynkowym nie decyduje wyłącznie pierwszy kontakt z autem, lecz również to, jak pojazd zachowuje się w eksploatacji, serwisie i naprawach — mówi.

Tymczasem rosnącej sprzedaży zaczynają towarzyszyć pierwsze powtarzające się zgłoszenia serwisowe i reklamacyjne. — Część z nich ma charakter typowy dla nowych marek obecnych na rynku: niedopracowane elementy wykończenia, nadwrażliwe systemy wspomagające czy błędy oprogramowania. Problemem pozostaje również dostępność części zamiennych i płynność ich dostaw, bo to właśnie zaplecze posprzedażowe będzie prawdziwym testem dla tych marek — wskazuje.

Mimo tych zastrzeżeń ekspert nie ma wątpliwości, że wejście chińskich producentów na rynek trwale wpłynie na europejską motoryzację. — To nie jest przypadkowa ekspansja ani chwilowa moda. Chińscy producenci przyszli do Europy z technologią, planem i bardzo dobrze policzonym kalkulatorem. Co więcej, współczesna motoryzacja europejska sama stworzyła przestrzeń dla takiej ekspansji. Wraz z rosnącą presją regulacyjną i ekologiczną samochody stawały się coraz bardziej złożone, coraz droższe i coraz mniej przyjazne kosztowo dla przeciętnego użytkownika — ocenia.

Zmiany są już widoczne. — W ostatnich latach rynek nowych samochodów odjechał cenowo przeciętnemu kierowcy. Wejście nowych producentów z agresywną, ale dobrze przemyślaną polityką cenową wymusiło na części konkurencji większy realizm cenowy. Z punktu widzenia konsumenta jest to zjawisko korzystne, bo przywraca na rynku element realnej konkurencji — podsumowuje.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version