— Pekin przez ostatnią dekadę przygotowywał się do tej chwili, gromadząc zasoby chipów, energii i surowców, dzięki czemu dziś Chiny są bardziej odporne na wstrząsy w rodzaju wojny w Iranie — mówi Mark Leonard, politolog, dyrektor Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych, jeden z gości Impact’26.

Mark Leonard: Kiedy Donald Trump został ponownie wybrany w 2024 roku, myślano, że rywalizacja między USA a Chinami będzie w samym centrum jego programu i zaostrzy on politykę wobec Pekinu. Tymczasem dynamika wydarzeń okazała się dokładnie odwrotna. Chiny były znacznie mniej obecne w amerykańskiej polityce w porównaniu do Iranu czy Grenlandii. A prezydentura Trumpa ogromnie je wzmocniła. Szybkie zwycięstwo w wojnie handlowej — Trump ekspresowo wycofał się z nałożenia ceł, gdy Chińczycy zagrali kartą metali ziem rzadkich — bardzo zwiększyło pewność siebie Pekinu. Dziś Chiny próbują więc ustanowić zasady nowej relacji i zmienić równowagę sił na swoją korzyść.

Widzimy też znacznie bardziej agresywne działania w innych obszarach, gdzie Chińczycy próbują stworzyć kolejne wąskie gardła na wzór metali ziem rzadkich. Dziś to amerykański prezydent jedzie do Chin, a nie odwrotnie. Chińczycy mówią o Tajwanie i wywierają presję na USA, aby zaprzestały sprzedaży Tajwanowi broni — niewielu w 2024 roku wyobrażało sobie taką sytuację.

— Nie sądzę, żeby byli najlepszymi przyjaciółmi. Ale Trump mówił też bardzo pozytywne rzeczy o Xi Jinpingu w 2016 roku. Ciekawe jest to, że bardziej interesują go kwestie gospodarcze niż rywalizacja geostrategiczna. Już podczas pierwszej kadencji próbował zresztą zawrzeć umowę handlową z Chinami. Dziś równowaga sił przesunęła się jeszcze bardziej na stronę Pekinu, częściowo w wyniku chińskiej reakcji na próby zaostrzenia amerykańskiego podejścia, które zaczęły się za czasów pierwszej kadencji Trumpa, a potem znacznie przyspieszyły za rządów Joego Bidena. Pekin przez ostatnią dekadę przygotowywał się do tej chwili, gromadząc zasoby chipów, energii i surowców, dzięki czemu dziś Chiny są bardziej odporne na wstrząsy w rodzaju wojny w Iranie.

— Z drugiej strony Chiny są jednym z krajów najbardziej narażonych na to, co dzieje się w Cieśninie Ormuz, ponieważ importują dużo ropy z Iranu. Ale są też pewni, że w razie eskalacji wojny handlowej będą mieli przewagę. I cieszą się, że USA rozpraszają swoją uwagę na Bliskim Wschodzie. Bo to, że tak wiele zasobów zostało przeznaczonych na wojnę w Iranie, oznacza, że Stany Zjednoczone mają znacznie mniej środków do wykorzystania w regionie Indo-Pacyfiku.

— Cóż, konsekwencja i długoterminowe planowanie to nie jest specjalność obecnej administracji. Ale mimo że jest w niej wiele antychińskich jastrzębi, od początku drugiej kadencji Trumpa obserwujemy raczej odprężenie w stosunkach między Chinami a USA. Chińska reakcja na zeszłoroczne cła, myślę, zdecydowanie prezydenta otrzeźwiła. Prawdopodobnie nie dojdzie do eskalacji, chyba że Amerykanie wymyślą, jak wywrzeć prawdziwą presję na Chiny. Ale Chiny już pokazały, że odpowiedzą bardzo agresywnie. A fakt, że prawie zamknęli produkcję w fabrykach Forda i innych firmach motoryzacyjnych, pokazuje, że wojna handlowa z Chinami ma realne konsekwencje, których Trump najwyraźniej się obawia.

Dokładnie tak.

— Tak. Wiele terminów używanych do opisu obecnego stanu jest moim zdaniem mało użytecznych. Nie znajdujemy się w stanie nieładu — bo ten termin sugeruje, że jest jakiś ład, jakieś zasady, co do których się zgadzamy, wspólna struktura, która opiera się na równowadze sił. Niczego takiego dziś nie ma. Zasady dawniej rządzące polityką nie istnieją, bo kluczowi gracze uznali, że nie muszą ich stosować. Nie ma żadnych wspólnych ram.

Dlatego używam słowa unorder, oznaczającego brak porządku.

Niekoniecznie sięgałbym do Hobbesa. To raczej sytuacja, w której główni globalni aktorzy nie nakładają na siebie zwyczajowych ograniczeń. Oczywiście nikt nie wie, jak długo to potrwa. Ale już widać strukturalne zmiany, które najpewniej będą jeszcze bardziej podważać dawny ład. Dlatego podstawową logiką naszego świata nie jest porządkowanie, ale wybuch.

— W mojej nowej książce używam metafory świata C4. C4 to potoczna nazwa Semtexu, materiału wybuchowego, ale jest to również akronim czterech kluczowych czynników, które w fundamentalny sposób zmieniają układ sił. Pierwsze C to kapitalizm (capitalism), to jak się zmienia i jak jest wykorzystywany jako broń. Drugie to zmiany klimatyczne (climate), które prowadzą do pojawienia się nowych zwycięzców i przegranych, ponieważ zmuszą nasze gospodarki do transformacji energetycznej. Trzecie to chipy, które symbolizują rewolucję technologiczną. Sztuczna inteligencja fundamentalnie zmienia nie tylko funkcjonowanie społeczeństw, a nawet definicję człowieczeństwa.

I wreszcie, C jak cywilizacje. Mamy bowiem do czynienia z ogromną zmianą demograficzną. W 1950 roku większość ludzi na świecie mieszkała na Zachodzie, była Europejczykami i Amerykanami. Do końca tego stulecia zdecydowana większość będzie mieszkać w Afryce i Azji. A to prowadzi do świata, w którym istnieją różne cywilizacyjne narracje na temat tego, co jest dobre, a co złe i co jest ważne. Jeśli połączymy te cztery czynniki, efektem będą ogromne zmiany w funkcjonowaniu gospodarek, społeczeństw oraz w organizacji sił geopolitycznych. I będzie to rewolucyjna zmiana. Myślę więc, że stan „normalności”, przynajmniej przez resztę mojego życia, będzie raczej stanem dysrupcji, kryzysów i chaosu, a nie pojawieniem się nowego porządku.

— Moja teza jest taka, że istnieją dwa sposoby myślenia o tym, jak obronić się przed destrukcyjnymi konsekwencjami tych zmian: model architekta i model rzemieślnika. Architekt projektuje wizję przyszłości, a następnie urzeczywistnia ją poprzez zestaw instytucji, zasad i norm. Ten model dominował po drugiej wojnie światowej i przez kilka dekad działał bardzo dobrze, bo na świecie panowała stabilna równowaga sił, a wielcy gracze mieli duży stopień kontroli nad tym, co się działo na świecie.

Rzemieślnik z kolei nie uważa, że może kontrolować świat, tworzyć piękne struktury, tylko zastanawia się, jak dostosować się do zmian, które i tak zachodzą. Wykorzystuje więc stare rzeczy, improwizuje, próbuje różnych rozwiązań. Jeśli coś działa, kontynuuje, jeśli nie, zmienia taktykę. I właśnie to robiły Chiny przez ostatnią dekadę. I dlatego dziś Xi Jinping jest o wiele silniejszy niż Donald Trump: bo Chińczycy przygotowywali się na chaos, gromadząc zapasy energii, chipów i żywności. Zastanawiali się, jakie będą technologie przyszłości, i inwestowali w nie zasoby, aby znaleźć się w dobrej pozycji do radzenia sobie z nowymi wyzwaniami. Budowali bazę do tego, by nawet w chaosie nie tylko przetrwać, ale stać się silniejszym.

Europejczycy natomiast skupiali się raczej na próbach zachowania starego porządku.

— Oczywiście. I nie pozbylibyśmy się go, gdyby to zależało od nas. Ale niestety nie zależy. Nie jesteśmy w stanie go obronić. Nie możemy nawet zakończyć wojny w Ukrainie, nie mówiąc już o wojnie w państwach leżących nad Cieśniną Ormuz. Musimy więc wymyślić, jak radzić sobie z tym chaosem i jak stać się silniejszymi. Możemy wykorzystać do tego nasz wspólny rynek, o ile potrafimy sprawić, by był bardziej efektywny. Powinniśmy też skorzystać z przykładu Chin: skupić się na budowie odporności na wstrząsy i obronności, zamiast polegać na Amerykanach, oraz być znacznie ostrożniejszymi w zarządzaniu globalizacją, aby nie stać się nadmiernie zależnymi od innych mocarstw.

— To jest problem, oczywiście, ale to jest też problem dla Chin, Stanów Zjednoczonych, wielu państw. I częścią tego, co musimy zrobić, jest zastanowienie się, jak sobie z tym poradzić. Istnieje wiele sposobów, by zachęcić ludzi do posiadania dzieci. Jest też automatyzacja i sztuczna inteligencja. Można inwestować w zdrowie, żeby ludzie mogli dłużej pozostawać aktywni. Nie jesteśmy bezradni.

— Nie chodzi o to, czy jesteś optymistą, czy pesymistą, lecz o to, czy próbujesz odzyskać sprawczość i wykazać się wyobraźnią polityczną. W Europie część problemu polega na tym, że uważamy, iż nie potrafimy się obronić bez Ameryki, że potrzebujemy surowców z Rosji i Zatoki Perskiej oraz że jesteśmy zależni od Chin w kwestii energii odnawialnej.

I jedną z dobrych rzeczy, które wynikają z prezydentury Trumpa, jest to, że jesteśmy zmuszeni ponownie przyjrzeć się niektórym z tych założeń.

Mark Leonard jest dyrektorem Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych. Właśnie wydał książkę „Surviving Chaos: Geopolitics When the Rules Fail”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version