W świecie, gdzie o wszystkim decydują siła i pieniądze, nie ma miejsca na prawdziwe sojusze — ostrzegał niedawno szef MSZ Radosław Sikorski. Atak na Iran pokazuje, że zmierzamy właśnie w tym kierunku. Oto pięć wniosków, jakie powinna wyciągnąć z tego Polska.
Wniosek pierwszy jest oczywisty — amerykańsko-izraelska operacja w Iranie zwiastuje koniec obecnego ładu światowego. Amerykanie przeprowadzili drugi w ciągu nieco ponad dwóch miesięcy atak na suwerenny kraj bez zgody ONZ, kierując się wyłącznie interesami własnymi i najbliższych sojuszników.
Tymczasem Polska jest średniej wielkości państwem, któremu sprzyjał dotychczasowy porządek oparty na prawie międzynarodowym i poszanowaniu Karty Narodów Zjednoczonych. Unia Europejska nie stanie się szybko globalnym mocarstwem pod względem militarnym. Co więcej, pod znakiem zapytania stoi przyszłość NATO — choćby dlatego, że filarem paktu pozostaną długo coraz mniej odpowiedzialne, za to coraz bardziej egoistyczne Stany Zjednoczone. Od wysokich rangą urzędników MSZ słyszałem niedawno, że Amerykanie przyjdą nam z pomocą tylko wtedy, jak będzie im się to opłacało. Powinniśmy wyciągać wnioski z bolesnej historii. W 1945 r. Stany Zjednoczone dogadały się w istotniej dla siebie sprawie ze Związkiem Sowieckim kosztem Polski. Na skutek Konferencji w Jałcie na ponad pół wieku znaleźliśmy się po niewłaściwej stronie Żelaznej Kurtyny. Nowa Jałta jest dziś możliwa.
Stąd płynie wniosek drugi: sojusz z USA i szerzej członkostwo w NATO, przestaje być głównym filarem bezpieczeństwa Polski. Musimy odnaleźć się w tym „nowym świecie”, gdzie rządzi prawo pięści. Średniakom bez protektorów będzie znacznie trudniej się w nim obronić przed ingerencją czy destabilizacją ze strony Rosji albo Chin. Konsekwencją załamania się obecnego systemu może być podział globu na strefy wpływów pomiędzy największe mocarstwa: USA, Chiny, Rosję czy Indie. Zamiast jednobiegunowego świata ze Stanami Zjednoczonymi jako niekwestionowaną potęgą numer jeden, będziemy mieli świat wielobiegunowy, w którym pewne regiony znajdą się w strefie wpływów Chin i Rosji. Gdyby tak się stało, z racji geograficznej bliskości, Polska znajdzie się w rosyjskiej strefie wpływów, zaś w najlepszym wypadku stanie się „szarą strefą” gdzie będą ścierały się interesy USA, Chin i Rosji.
O tym niebezpieczeństwie mówił niedawno w swym sejmowym exposé minister spraw zagranicznych: — Porządek międzynarodowy drży w posadach. Nastąpił zwrot w kierunku polityki siły kosztem norm. Widzimy próby powrotu do koncertu mocarstw, sytuacji, w której największe państwa dzielą świat na strefy wpływów, gdzie rzekomo powinny im przysługiwać szczególne, także terytorialne prawa. Chętni do reaktywacji tego systemu są niestety w różnych częściach globu. Marzą o tym niektórzy nacjonaliści, ale dla Polski — stwierdzam — byłoby to jednoznacznie niebezpieczne. W świecie, gdzie o wszystkim decydują siła i pieniądze, nie ma miejsca na prawdziwe sojusze. Bo dzisiejszy sojusznik, jutro może być wchłonięty lub sprzedany.
Wniosek trzeci wynika pośrednio z drugiego: Polska powinna stanąć na czele krajów, które dążyć będą do szybkiej reformy Unii Europejskiej, w tym wzmocnienia drugiego filaru naszego bezpieczeństwa. UE jest gospodarczą potęgą i geopolitycznym karłem. W epoce „twardej siły” soft power nie może być jedynym atutem Wspólnoty, choćbyśmy nie wiem jak bardzo byli za światowym pokojem. UE powinna: * rozwijać zdolności obronne, * usprawnić proces podejmowania decyzji (z ograniczeniem prawa weta włącznie), * domagać się miejsca przy stole negocjacji o pokój w Ukrainie, * nawiązać jeszcze bliższe relacje z Wielką Brytanią, Kanadą czy Japonią (mamy wspólnego adwersarza — Chiny) i * uniezależnić się od amerykańskich Big Techów.
Wniosek czwarty wynika z trzech poprzednich: w świecie, gdzie jedynym gwarantem bezpieczeństwa jest posiadanie arsenału atomowego służącego do odstraszenia potencjalnych agresorów, Polska powinna się o taką broń postarać. Amerykanie nie zwinęli jeszcze swego parasola atomowego nad NATO, ale nie można wykluczyć, że to zrobią. Tak się składa, że Emmanuel Macron ogłosił, że Francja planuje zwiększenie liczby głowic nuklearnych.
Prezydent Francji ujawnił też, że osiem krajów europejskich, w tym Polska, jest zainteresowanych udziałem we francuskim programie odstraszania nuklearnego. We wtorek potwierdził to premier Donald Tusk: „Polska prowadzi rozmowy z Francją i grupą najbliższych europejskich sojuszników w sprawie zaawansowanego programu odstraszania nuklearnego. Zbroimy się z przyjaciółmi, aby wrogowie nie ośmielili się nas zaatakować” — napisał na swym profilu na platformie X. Atomowy wyścig zbrojeń nie byłby dobry dla świata, ale Polska nie może pozwolić sobie na wypadnięcie z gry, kiedy o atomowej broni myślą takie kraje jak Szwecja czy Dania.
Wniosek piąty, luźny, bierze się z obserwacji pola bitwy w Iranie: Polska powinna dywersyfikować zakupy zbrojeniowe, uniezależniając się od dostaw broni z USA. Stany Zjednoczone posiadają bezsprzecznie najnowocześniejsze systemy uzbrojenia na świecie, w tym w zasadzie bezkonkurencyjne systemy obrony przeciwrakietowej. Patrioty sprawdziły się w Ukrainie, Izraelu, sprawdzają się teraz na Bliskim Wschodzie. Problem w tym, że Amerykanie mają ograniczone zdolności produkcyjne, a w razie zwiększonego zapotrzebowania mogą przynajmniej na jakiś czas wstrzymać dostawy wyrzutni czy pocisków przechwytujących rakiety balistyczne. Minister Obrony Narodowej Władysław Kosiniak Kamysz przyznał właśnie, że przedłużający się konflik na Bliskim Wschodzie może oznaczać ryzyko dla dostaw uzbrojenia z USA. — Mówimy o łańcuchu dostaw, o dostawach sprzętu amerykańskiego. Jeżeli będą się zużywać w takim tempie rakiety do obrony powietrznej, to istnieje ryzyko dotyczące dostaw sprzętu amerykańskiego na Ukrainę — powiedział.
Polska obrona przeciwrakietowa opiera się na systemach Patriot. Generał Jarosław Gromadziński mówił mi niedawno, że aby skutecznie chronić polskiego nieba potrzebujemy nie dwóch, a dziesięciu baterii Patriot. Jedna wyrzutnia może pomieścić od 4 do 16 pocisków, każdy kosztuje od 2 do 4 mln dol. Nawet jeśli znajdziemy fundusze na zakup nowych baterii, może się okazać, że wybuchnie jakiś długi, intensywny konflikt zbrojny i zabraknie do nich pocisków. Alternatywą może być francusko-włoski mobilny system przeciwrakietowy SAMP/T, który również sprawdził się w Ukrainie. Wykorzystywane w nim pociski rakietowe Aster-30 kosztują miej więcej tyle samo co pociski PAC-3 do Patriotów, ale są produkowane w Europie.