Z Roisín O’Donnell rozmawiamy o przemocy, wstydzie, niewidzialnej pracy opiekuńczej, prawach kobiet w Irlandii i o tym, dlaczego dom, nasze gniazdo, bywa najniebezpieczniejszym miejscem.
Newsweek: Można powiedzieć, że „Gniazdo” to powieść o rozstaniu z przemocowym mężem. Tylko że to nie jest prosta historia o odejściu i rozpoczęciu nowego życia. Na przykładzie bohaterki Ciary pokazujesz, że odejść jest względnie łatwo, a najtrudniejsze to… nie wrócić.
Roisín O’Donnell: Tak. Ciara odchodzi od Ryana i zostaje sama z dziećmi — Emmą i Sophie — a w dodatku dowiaduje się, że jest w ciąży. Myślę, że wiele tego typu historii jest opowiadanych zbyt prosto: „odeszła, a potem żyła długo i szczęśliwie”. To nie jest autentyczne. W rzeczywistości odejście to często dopiero początek długiej, trudnej podróży. I chciałam pisać właśnie o tej części, której nie widziałam ani w książkach, ani w filmach. Historię, której zwykle się nie opowiada.
Pisałaś książkę w 2020 r. Czy lockdown sprawił, że zaczęłaś myśleć o tych, dla których przymusowy pobyt w domu stał się horrorem?
— Początkowo Ciara była bohaterką opowiadania, które napisałam na zamówienie stacji radiowej. Tematem była niezależność. W trakcie lockdownu wszyscy powtarzali hasło: „zostań w domu, bądź bezpieczny”. Czy na pewno w domu wszyscy mogą czuć się bezpiecznie? Pomyślałam, że wiele kobiet może być w tamtym momencie zamkniętych w mieszkaniach ze swoimi przemocowymi partnerami. I dopiero po przymusowej izolacji zaczęły do nas docierać niepokojące statystyki — na przykład ta, że w tym czasie liczba telefonów na infolinie pomocowe znacząco spadła, a gdy lockdown się skończył, gwałtownie poszybowała. Jakby wiele kobiet czekało na moment, w którym w ogóle będą mogły zadzwonić. Kiedy skończyłam pisać opowiadanie, wiedziałam, że chcę o Ciarze pisać dalej.
O Ciarze, czyli o kobiecie, która doświadczyła przemocy emocjonalnej, ekonomicznej… A taka przemoc bywa uznawana za „niewystarczający powód”, żeby odejść. Nawet według samej ofiary. Prawniczka przyjmująca Ciarę nie znajduje w formularzu takiego sformułowania jak „przemoc psychiczna”.
— Akcja powieści dzieje się w 2018 r. Od tamtej pory, na szczęście, prawo się zmieniło. Przemoc oparta na kontroli, zastraszaniu, izolowaniu — to, co dziś nazywa się „coercive control” — jest teraz w Irlandii przestępstwem (o ile dobrze pamiętam, stało się tak w 2019 r.). Kiedy Ciara szuka pomocy na samym początku, widać, że trafia na reakcje, które nie są wspierające — i to również jest część rzeczywistości.
Nadal problemem jest to, że taki rodzaj przemocy jest trudny do udowodnienia w sądzie. Trudno jest zebrać dowody na lata komentarzy, złośliwości, zakazów, kontrolowania i izolowania. Do tego dochodzi wstyd. Wiele kobiet boi się, że zostaną uznane za osoby „robiące problemy”, że nie będą traktowane poważnie. Ciara też ma bardzo niską pewność siebie po latach takiego traktowania — mąż krytykował ją nieustannie, więc ona przestaje wierzyć własnemu osądowi. Dla mnie ważne było to, żeby pokazać proces, w którym ona odzyskuje głos. Chciałam, żeby to była opowieść, w której widać, że można z czasem odbudować pewność siebie i zacząć słyszeć własną historię.
Rok 2018 to też moment przełomu — wspomniany zresztą w książce. W Irlandii odbyło się wtedy referendum w sprawie usunięcia z konstytucji tzw. ósmej poprawki, czyli przepisu, który zrównywał „prawo do życia nienarodzonego” z prawem do życia kobiety i w praktyce niemal całkowicie blokował legalną aborcję. To głosowanie otworzyło drogę do uchwalenia nowych przepisów regulujących przerwanie ciąży. Czytałam „Gniazdo” i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że prywatny punkt zwrotny Ciary splata się z punktem zwrotnym w Irlandii. Powieść otwierasz wierszem Eavan Boland „Mother Ireland”. Dlatego pomyślałam, że Ciara jest swojego rodzaju alegorią „Matki Irlandii”. Czy to było zamierzone?
— Nie myślałam o tym wprost, kiedy pisałam — nie zaczynałam tej książki z założeniem, że Ciara ma „reprezentować” Irlandię. Ale kiedy szukałam tekstu na epigraf, wiersz Eavan Boland wrócił do mnie bardzo mocno. „Mother Ireland” uruchamia skojarzenie z krajem jako matką, ale też z kobietą, od której oczekuje się poświęcenia, ciszy i tego, żeby „jakoś wytrzymała”.
I wtedy zobaczyłam, że ten motyw pasuje do tego, co dzieje się w historii Ciary: do idei odzyskiwania własnego życia. Ona je odzyskuje — powoli, niepewnie, czasem z poczuciem winy, często w strachu — ale jednak krok po kroku wraca do siebie. To jest trudne, bo przecież nie chodzi tylko o jeden moment odejścia, ale o cały proces: rozplątywanie tego, co ktoś latami w niej zapętlał, odzyskiwanie głosu i zaufania do własnej oceny rzeczywistości. Więc może w jakimś sensie to tam było — nawet jeśli nie było w pełni świadome.
Jest w tej książce zdanie, które mnie zatrzymało: „Ptasie gniazdo jest najniebezpieczniejszym miejscem. Drapieżniki wiedzą, gdzie go szukać”. Czy wciąż zbyt mało mówimy o tym, że kobiety najczęściej doświadczają przemocy w domu, a nie w mrocznej uliczce, jak podpowiada stereotyp?
— Tak, ten stereotyp wciąż jest silny. A tymczasem statystyki pokazują coś innego: dużo więcej kobiet jest krzywdzonych w domu przez partnera. I co ważne — czas po odejściu jest często najniebezpieczniejszy. Ciara jest w naprawdę ryzykownej sytuacji, nawet jeśli w książce nie ma dosłownej przemocy fizycznej. Chciałam pokazać to stałe, przerażające uczucie, że przemoc może wydarzyć się w każdej chwili, że groźba cały czas wisi w powietrzu. W pewnym momencie Ciara odkrywa, że nawet hotel — choć niezbyt przytulny — jest bezpieczniejszy niż dom z Ryanem.
Bardzo zależało mi też na pokazaniu, jak ważne jest budowanie wspólnoty. Ciara zaczyna odbudowywać relacje, przyjaźnie. Przez lata była izolowana — Ryan nie pozwalał jej mieć przyjaciół, odcinał ją od rodziny. A ona stopniowo wprowadza do swojego życia inne głosy: ludzi z pracy, Cathy, Diego, osoby, które ją wspierają.
Początkowo pomyślałam: „Dlaczego ona nie zadzwoni do przyjaciół, do rodziny?”. Ale przecież częścią przemocy emocjonalnej stosowanej przez Ryana była izolacja. Zabranianie kontaktu ze światem.
— Dokładnie. Izolowanie od bliskich to jedna z pierwszych „czerwonych flag”. Jeśli partner próbuje ci mówić, kogo masz nie widywać, kto nie może przychodzić do domu — to jest ogromny sygnał ostrzegawczy. Nikt nie ma prawa decydować o tym za ciebie. U Ciary ten proces trwał latami: krok po kroku została odcięta od ludzi, którzy mogli ją wspierać. Dlatego podczas pisania szczególnie poruszało mnie to, że ona na nowo zacieśnia więzi z rodziną i próbuje to wszystko ustabilizować.
Czytając „Gniazdo”, myślałam też o Rebecce Solnit i o „niewidzialnej pracy kobiet”. Ciara przez lata pracuje bardzo ciężko w domu, opiekuje się dziećmi, sprząta, gotuje, aż w końcu wypada z rynku pracy. Czy w Irlandii jest przestrzeń na rozmowę o tym, że praca domowa, opiekuńcza to także praca?
— W Irlandii wciąż funkcjonują dość tradycyjne role płciowe. Kobiety nadal wykonują większość pracy domowej i oczywiście powinno być to dużo bardziej równościowe. Teraz ogromna część kobiet pracuje na dwa etaty: wracają z pracy i zaczynają drugą zmianę.
Ryan działał według prostej strategii: doprowadzić do tego, żeby kobieta była kompletnie zajęta, żeby nie miała czasu myśleć, kwestionować, zastanawiać się, jak można urządzić życie rodzinne inaczej. Żeby została w trybie przetrwania.
W tle „Gniazda” jest kryzys mieszkaniowy — ogromny popyt na mieszkania socjalne, zwłaszcza w Dublinie.
— To ma kilka przyczyn. Jedna z nich to recesja po 2008 r. — Irlandia bardzo mocno ją odczuła. Przez długi czas praktycznie nie budowano domów. Przez blisko dziesięć lat powstawało ich bardzo mało. I teraz mamy niedobór mieszkań, które ludzie mogą kupić. To wypycha ceny czynszów w górę. I robi się błędne koło: po pierwsze nie ma wystarczającej liczby mieszkań, a po drugie to, co jest, kosztuje astronomicznie dużo. To trwa od lat.
W książce przywołuję liczby dotyczące osób w zakwaterowaniu tymczasowym i one i tak zdążyły wzrosnąć od czasu, kiedy pisałam. W wiadomościach codziennie widzimy hasło: „najwyższa liczba osób w kryzysie bezdomności”, ale większość ludzi nie ma pojęcia, jak to wygląda na co dzień. Chciałam pokazać, co to realnie znaczy: mieszkać w hotelu, w jednym pokoju z kilkorgiem dzieci, w ciągłej tymczasowości.
I w systemie wsparcia, który potrafi być upokarzający…
— Ciara w hotelu musi zameldować się o określonej porze każdego dnia, nie może używać windy dla gości hotelowych, nie może korzystać z lobby czy kawiarni. Jakby osoba bezdomna była osobną kategorią człowieka. Chciałam zhumanizować tę historię: pokazać, że to są prawdziwi ludzie — i że w pewnym momencie życia każdy może się znaleźć w sytuacji, w której system nie traktuje go jak człowieka, tylko jak kolejny „przypadek”.
A rozwiązanie problemu…?
— Rząd musi coś zrobić, żeby zakończyć kryzys mieszkaniowy. Problem w tym, że często brakuje politycznej woli. Nie pomaga też to, że wielu ludzi w rządzie jest właścicielami mieszkań czy domów, więc nie mają bezpośredniego interesu w tym, żeby system się radykalnie zmieniał. Powoli wprowadzane są przepisy, które mają poprawić sytuację najemców — i mam nadzieję, że coś się zmieni. Ale realna zmiana wymaga ciągłej presji społecznej: protestów, marszów, konsekwentnego nacisku. Ludzie muszą przypominać politykom, że to sprawa pilna.
Okładka książki „Gniazdo”
Foto: Wydawnictwo Albatros
.





