Zgodnie z nowymi informacjami, poziom zabezpieczeń wokół Władimira Putina znacząco wzrósł: więcej kontroli, mniej doradców, ograniczone przemieszczanie się i zredukowana komunikacja. Wielu przeciwników Kremla na całym świecie, a zwłaszcza w Ukrainie przyjmuje te wieści z satysfakcją, fantazjując o „sprawiedliwości” wymierzonej rosyjskiemu przywódcy.
Niestety, satysfakcjonujące scenariusze muszą zderzyć się z ponurą rzeczywistością. Przywódca, który nie ufa już ani miejscom, ani ludziom, ani własnym współpracownikom, nie zarządza stabilnym systemem sukcesji. I w tym tkwi główny problem. Rosyjski system polityczny przypominający świat gangsterów jest zbudowany wokół jednej osoby — Putina. I to właśnie moment, w którym on nagle znika, może być najbardziej niebezpieczny.
Imperium
Putin od ćwierćwiecza buduje swoją pozycję jako sędzia, patron i ostatnia instancja rosyjskiego systemu, nastawiając elity przeciwko sobie po to, by te rywalizowały o jego względy. To jest kluczem do bogactwa i sukcesu współczesnej Rosji. Bez jego wyraźnej lub choćby domniemanej zgody, niewiele się dzieje. Osiągnął to, znacząco ograniczając kontrolę ze strony instytucji oraz urzędników — dziś to on jest w centrum państwa, a jego upadek mógłby pozostawić po sobie czarną dziurę, która pochłonie wszystko inne.
Ukraina z pewnością stanowi poważne zagrożenie. Pokazała, że potrafi uderzyć w cele głęboko w Rosji, także w Moskwie, przy użyciu dronów czy przeprowadzając specjalne operacje, takie jak np. podkładanie ładunków wybuchowych w samochodach. Jednak najpoważniejsze zagrożenie dla Putina pochodzi najprawdopodobniej z wnętrza stworzonego przez niego państwa. To świat, w którym ambitny rywal może poczuć szansę na przejęcie władzy — zwłaszcza przy fatalnym stanie gospodarki i nieudolnym prowadzeniu wojny z Ukrainą.
Potencjał do przewrotu jest oczywisty. Wystarczy spojrzeć na niedawną przeszłość. W czerwcu 2023 r. bojownicy Grupy Wagnera dowodzeni przez Jewgienija Prigożyna zajęli sztab wojskowy w Rostowie nad Donem i ruszyli w stronę Moskwy. To pokazało, jak szybko lojalność w systemie Putina może przerodzić się w siłę zbrojną. Prigożyn niedługo później zginął jednak w tajemniczej katastrofie lotniczej — tym razem Putin wyszedł więc z tej próby zwycięsko.
Nowe twarze putinizmu
Według raportu, w rosyjskich służbach bezpieczeństwa panują obecnie silne napięcia — spory dotyczą m.in. FSB, dowództwa wojskowego, Gwardii Narodowej oraz Federalnej Służby Ochrony w kwestii ochrony wysokich urzędników przed zamachami. Niepokoje związane z siecią Siergieja Szojgu i ryzykiem przewrotu przeciwko Putinowi powiązano z aresztowaniem byłego wiceministra obrony Rusłana Calikowa w marcu tego roku. Szojgu, który w 2024 r. został przesunięty ze stanowiska ministra obrony na sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji, do czasu odwołania był jedną z najbardziej widocznych postaci wojennej elity Putina — aż do momentu, gdy wojna z Ukrainą ugrzęzła.
W Rosji nie brakuje nazwisk tych, którzy mogliby marzyć o zastąpieniu Putina. Może to być Aleksiej Diumin — były ochroniarz i asystent prezydenta. Siergiej Kirijenko, urzędnik Kremla odpowiedzialny za politykę wewnętrzną, propagandę i sterowane wybory. Może nawet Dmitrij Patruszew, wicepremier i syn Nikołaja Patruszewa — wieloletniego przyjaciela i doradcy Putina, reprezentujący młodsze pokolenie elity służb specjalnych, do której należy jego ojciec. Starszych twardogłowych, jak Nikołaj Patruszew czy Aleksandr Bortnikow (obecny szef FSB), być może należałoby traktować raczej jako tych, którzy mogą zablokować niektóre kandydatury, niż jako realnych następców.
Jednak żadne z tych nazwisk nie rozwiązuje kluczowego problemu systemu — niezbędnej roli Putina jako spoiwa. To on jest swoistym jednoczycielem frakcji, balansując między groźbami i patronatem, oraz narzucając konsensus, że tylko on jest prawowitym władcą. Czy ktokolwiek potrafiłby ten układ odtworzyć lub go zreformować?
„Ktokolwiek, byle nie Putin” to pułapka
Zgodnie z konstytucją, gdyby Putin zmarł, urząd prezydenta tymczasowo objąłby premier — obecnie Michaił Miszustin. Jednak prawdziwa walka o władzę rozegrałaby się za jego plecami, pomiędzy klanami elit. Instynkt „ktokolwiek, byle nie Putin” wydaje się kuszący, ale jest złudny. Rosja nie jest bowiem systemem parlamentarnym, w którym opozycyjny lider mógłby po prostu przejąć stery i przekonać wolnych wyborców do swojego programu. To autokracja czasu wojny, w której szefowie wywiadu, dowódcy wojskowi, gwardziści prezydenccy, oligarchowie i lokalni możnowładcy zawdzięczają swoje wpływy kontaktom z siłą przymusu — i często ze sobą walczą.
Akceptacja tymczasowego prezydenta przez elity może być niepewna, ponieważ rosyjskie instytucje są słabe, a władza prezydencka wyjątkowo skoncentrowana. Największe szanse na przetrwanie ma ten, kto będzie w stanie najsilniej przestraszyć pozostałych.
Warto jednak dostrzec i drugą stronę: nagłe odejście Putina mogłoby otworzyć drogę dla sukcesora, który byłby zainteresowany zniesieniem sankcji, przerwą od walk lub mniej wyniszczającymi relacjami z Zachodem. Są na to szanse. Tyle że taka możliwość pojawiłaby się dopiero po pierwszym brutalnym rozrachunku — zmiana systemu, który Putin przez ponad 25 lat modelował na własne podobieństwo, wymagałby zupełnej zmiany sposobu myślenia w elitach.
Większość potencjalnych następców wydaje się jednak podzielać strategię geopolityczną Putina: imperialną ekspansję, antyzachodniość i twardą politykę siły. Pierwszym sprawdzianem dla nowego przywódcy nie będzie umiar czy refleksja. Będzie to przejęcie kontroli nad aparatem przymusu, kasą elit, dowództwem nad polem walki oraz nacjonalistyczną narracją o rosyjskiej wielkości. Mówiąc krótko — putinizm w innej odsłonie, być może jeszcze ostrzejszej.
Wystarczy jedna iskra
Strukturalne słabości Rosji nie ograniczają jej potencjału wybuchowego w walce o sukcesję. Wręcz przeciwnie — mogą zamienić pożar w prawdziwe piekło. Stan rosyjskiego społeczeństwa i wyzwania, przed którym stoi kraj, są powodem do niepokoju.
Zgodnie z szacunkami projektu Russia Matters z Harvard Kennedy School, do lutego 2026 r. w wyniku wojny z Ukrainą zginąć lub odnieść obrażenia mogło ok. milion Rosjan. To oznacza, że konflikt dotknął praktycznie każdą rosyjską rodzinę. Nastroje społeczne mogą więc zwrócić się przeciwko Kremlowi. Jednak jeśli Rosjanie obwinią za wojnę NATO, może to podsycić antyzachodnią wściekłość i jeszcze bardziej zaostrzyć agresywną postawę Moskwy.
Do tego dochodzi gospodarka. Stopy procentowe i inflacja są bardzo wysokie. Rezerwy Rosji są na wyczerpaniu, a państwowe zasoby są kierowane na wojnę z Ukrainą. Sankcje mocno uderzają, a wzrost gospodarczy jest słaby. Historia pokazuje, że autorytarne społeczeństwa o nacjonalistycznych skłonnościach i w trudnej sytuacji ekonomicznej często uciekają się do nienawiści i przemocy.
Dodatkowym, wybuchowym czynnikiem będzie demobilizacja: jak wskazuje Instytut Studiów nad Wojną (ISW), Kreml prawdopodobnie postrzega zdemoralizowanych weteranów jako zagrożenie dla stabilności reżimu. Z kolei raport Global Initiative podkreśla, że powracający weterani wojny w Ukrainie, w tym skazani przestępcy, już teraz napędzają przestępczość i przemoc oraz wywierają presję na rosyjską policję i służby socjalne. Rosja po wojnie będzie nie tylko sprowadzać żołnierzy do domów. Wprowadzi do życia cywilnego setki tysięcy przeszkolonych, straumatyzowanych i okaleczonych przez brutalną wojnę mężczyzn, którzy mogą poczuć się rozgoryczeni.
Państwo pod taką presją wojskową, przy nieufności elit, rozkwicie przestępczości i zapaści gospodarczej, stanie się mniej przewidywalne, lecz nie mniej agresywne. Putin miałby problemy z opanowaniem tych sił. A wyobraźmy sobie, że na szczycie tej piramidy zasiądzie przywódca z nieustabilizowaną pozycją lub wybuchnie walka frakcji. To gotowy przepis na chaos, który rozleje się po całej Europie.
Jedno rozwiązanie, wiele problemów
Zachód zna już metody Putina — nawet jeśli dotąd reagował na nie opieszale. Zachodni przywódcy mieli z nim do czynienia od początku XII w. i wiedzą, że Putin respektuje jedynie twardą siłę — zasadę, na której według niego opiera się świat. Członkowie NATO być może zbyt wolno dostosowywali się do zagrożenia, ale obecnie to nadrabiają. Rosyjskie działania dywersyjne i szpiegostwo kosztują Moskwę coraz więcej.
Czy sytuacja byłaby spokojniejsza, gdyby Putina zabrakło? Być może. Ale to stary przeciwnik, którego już dobrze znamy. Lepiej mieć do czynienia ze znanym diabłem niż nowym, nieprzewidywalnym graczem, wyłonionym z brutalnej walki o władzę i gotowym, by siłą potwierdzić swoją pozycję. Nie chodzi tu o pobłażliwość wobec Putina. Zachód nie powinien mylić jednak emocjonalnej ulgi po jego upadku z realną strategią. Świat ma niewielki wpływ na rosyjską sukcesję, jednak powinien być przygotowany na taki scenariusz.
Nagła śmierć Putina zakończyłaby rządy jednego człowieka, ale nie zniszczyłaby systemu, który stworzył. Możemy pragnąć sprawiedliwości dla Ukrainy, a przy tym rozumieć, że niekontrolowany rozpad szczytów rosyjskiej władzy wcale nie oznacza jej nadejścia. Oznaczałby natomiast kryzys z udziałem broni jądrowej, uzbrojonych frakcji i wojny, która już trwa.
Śmierć Putina może więc rozwiązać jeden problem. Ale może też stworzyć wiele kolejnych.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

