Nawet najbardziej rozbudowany system dobrowolny nie zastąpi powszechnego szkolenia wojskowego. Przywrócenie zasadniczej służby wojskowej mogłoby stosunkowo szybko poprawić sytuację rezerw, ale jednocześnie stworzyłoby nowe problemy. Państwo musi pogodzić te całkowicie rozbieżne oczekiwania i zaprojektować system, który będzie sprawiedliwy, sensowny i ludzki.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękuję, że nas czytasz
Foto: Newsweek
Państwa położone najbliżej Rosji zaczęły najszybciej rewizję dotychczasowych modeli obronności. Łotwa przywróciła zasadniczą służbę wojskową, uznając, że dotychczasowy system nie daje wystarczającej liczby wyszkolonych rezerwistów. Norwegia zwiększyła pobór o 50 proc., a Dania i Szwecja objęły obowiązkową służbą także kobiety.
Równolegle w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii toczy się poważna debata o ewentualnym powrocie do obowiązkowej służby wojskowej. Co istotne, we wszystkich tych państwach większość obywateli deklaruje poparcie dla poboru, nawet jeśli entuzjazm ten jest wyraźnie słabszy wśród najmłodszych roczników. W Polsce również najmniej chętni są ci, których może objąć pobór.
Brak chętnych
Badanie Opinia24 przeprowadzone na zlecenie RMF FM w lutym 2026 r. pokazuje, że ponad połowa obywateli opowiada się za przywróceniem obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej. Jednocześnie widać wyraźne różnice pokoleniowe i społeczne. Największymi zwolennikami są mężczyźni, osoby w wieku 50–59 lat oraz osoby z wykształceniem zawodowym. Wysokie poparcie deklarują także wyborcy Prawa i Sprawiedliwości oraz głosujący na Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich.
Poparcie zmniejsza się jednak, kiedy wziąć pod uwagę samą chęć bronienia kraju. Według sondażu Instytutu Pollster dla „Super Expressu”, 57 proc. Polaków odpowiedziało, że nie zamierza się angażować w obronę kraju lub zgłosić się na ochotnika w razie wojny, a tylko około 26 proc. deklarowało gotowość do wstąpienia do armii lub aktywnego wsparcia sił zbrojnych. Podobne badanie IBRiS pokazało, że około 25,6 proc. Polaków byłoby gotowych dobrowolnie dołączyć do armii lub organizacji wspierających wojsko, jeśli kraj byłby zaatakowany, podczas gdy 20,4 proc. deklarowało, że poczeka na powołanie.
Najsilniejszy sprzeciw pojawia się wśród kilku grup: osób w wieku 25-29 lat, ludzi z wyższym wykształceniem oraz wyborców Rafała Trzaskowskiego. Ten podział nie jest przypadkowy. Dla młodszych roczników pobór oznacza realne ryzyko przerwania kariery, opóźnienia wejścia na rynek pracy i ograniczenia mobilności. To problemy znane z czasów, kiedy „zeta” była obowiązkowa. I nie może dziwić, że obecnie również budzą obawy.
Z kolei w badaniu IBRiS dla Polskiej Agencji Prasowej 84,1 proc. ankietowanych uważa, że wszyscy mężczyźni w wieku 18-60 lat powinni przejść podstawowe przeszkolenie wojskowe. Niestety we większości badań zabrakło pytań dotyczących służby kobiet.
Badania CBOS z maja 2025 r. pokazują, że nawet w grupie osób, które popierają obowiązkowy pobór, większość woli, by kobiety nie były powoływane w ten sam sposób jak mężczyźni. W tej grupie 55 proc. badanych opowiadało się przeciwko włączeniu kobiet do obowiązkowego poboru, a tylko 40 proc. było za. To interesujące, że mężczyźni popierający pobór byli bardziej skłonni akceptować udział kobiet w obowiązkowej służbie niż kobiety popierające pobór – „za” opowiedziała się ponad połowa mężczyzna, która uważa, że w tej kwestii powinno obowiązywać równouprawnienie. Tylko 31 proc. kobiet, które popierają obowiązkową służbę wojskową, uważa, że powinna ona również objąć kobiety.
Sposób na szkolenie
Ministerstwo Obrony Narodowej próbuje stawiać na razie na rozbudowę systemu dobrowolnego. Program „wGotowości”, którego kolejna edycja rusza siódmego marca, ma służyć podnoszeniu kwalifikacji, budowaniu odporności społecznej i przeciwdziałaniu dezinformacji. W ramach pilotażu przeszkolono 16 tys. osób, a w 2026 r. oferta ma zostać rozszerzona, także o kursy grupowe dla firm.
MON musi naprawić problem, który przed laty samo stworzyło. Zawieszenie zasadniczej służby wojskowej w praktyce oznaczało bowiem zaprzestanie masowego szkolenia rezerw. Ostatnie roczniki, które przeszły pełny cykl służby, dobiegają dziś czterdziestki albo już ją przekroczyły. To ludzie często doświadczeni, ale coraz rzadziej spełniający wymagania zdrowotne i fizyczne współczesnego pola walki.
W efekcie Siły Zbrojne RP dysponują bardzo ograniczonym zasobem rezerwistów, którzy mogliby w krótkim czasie tworzyć nowe jednostki, uzupełniać straty i wzmacniać walczące oddziały. Wojna w Ukrainie pokazała dobitnie, że nawet najlepiej przygotowana armia zawodowa ponosi straty, których nie da się uzupełnić bez szerokiego zaplecza osobowego. Brak tego zaplecza jest dziś jednym z najpoważniejszych problemów polskiego systemu obronnego.
Równolegle zapowiedziano utworzenie rezerwy wysokiej gotowości, dobrowolnej formy zaangażowania, z którą wiązać się mają konkretne korzyści finansowe i szkoleniowe oraz większa elastyczność w wyborze terminów i jednostek, w których można odbywać służbę. Rok 2026 ma być rokiem budowania rezerw.
Władysław Kosiniak-Kamysz zaznacza, że takie prace nad przywróceniem zasadniczej służby nie trwają, jednocześnie przypominając, iż została ona w Polsce zawieszona, a nie zlikwidowana. I w każdej chwili może zostać odwieszona, jeśli zajdzie taka potrzeba. Tej, póki co, nie ma, gdyż ochotniczy model na razie całkowicie spełnia aktualne zapotrzebowanie i możliwości szkoleniowe Sił Zbrojnych.
Obowiązkowe podstawowe szkolenie?
Problem w tym, że nawet najbardziej rozbudowany system dobrowolny nie zastąpi powszechnego szkolenia wojskowego. Przywrócenie zasadniczej służby wojskowej mogłoby stosunkowo szybko poprawić sytuację rezerw, ale jednocześnie stworzyłoby nowe problemy. Chodzi o koszty, konieczność rozbudowy infrastruktury, wpływ na rynek pracy i ryzyko społecznego oporu. Co równie ważne, obecny system szkolenia nie jest przygotowany na masowy pobór i wymagałby głębokiej reformy.
Państwo musi pogodzić te całkowicie rozbieżne oczekiwania i zaprojektować system, który będzie sprawiedliwy, sensowny i ludzki. Taki, który nie zmarnuje czasu młodych ludzi, lecz da im realne umiejętności i poczucie sensu. Bez tego odwieszenie poboru nie będzie miało sensu. Dlatego rozwiązania oparte o szkoleniach weekendowych, poprzedzone kursem podstawowym w stylu „szesnastki” znanej z Wojsk Obrony Terytorialnej, może dość skutecznie zostać wprowadzone jako model obowiązkowego szkolenia.
Byleby było faktycznie atrakcyjne i armia w sposób zrozumiały i angażujący, potrafiła taką wiedzę przekazać. Niestety, można mieć obawy czy tak się stanie. Chodzi przede wszystkim o to, że armia nie ma umiejętności prowadzenia kampanii wizerunkowych skierowanych do młodych ludzi. Bez tego nie ma co liczyć na zmianę podejścia młodzieży do jakiejkolwiek formy służby wojskowej.
Czym jest kwalifikacja wojskowa?
Trwająca obecnie kwalifikacja wojskowa jest jednym z tych elementów systemu obronnego państwa, o których większość obywateli przypomina sobie dopiero, gdy dostaje wezwanie z urzędu. A że trafia się najczęściej raz w życiu, tym bardziej niewielu zwraca na nią uwagę. Dlatego obrosła w masą mitów.
Nie jest to jednak ani nowość, ani działanie nadzwyczajne, lecz stały, ustawowy mechanizm funkcjonujący niezależnie od tego, czy w danym momencie mówi się o przywróceniu Zasadniczej Służby Wojskowej, czy też temat ten pozostaje politycznie zamrożony. Trzeba pamiętać, że wbrew powtarzanym mitom, kwalifikacja wojskowa nie oznacza powołania do wojska ani automatycznego wcielenia do armii.
Jej celem jest ewidencja i ocena potencjału mobilizacyjnego państwa, a więc stworzenie możliwie aktualnego obrazu tego, kim dysponują Siły Zbrojne w razie potrzeby. A potrzeba jest obecnie coraz bardziej rosnąca.

