Zawsze będziemy przeżywać emocje — również te trudne. Możemy jednak obchodzić się z nimi tak, aby przynosiło to jak najwięcej pożytku. Jeśli tego nie zrobimy, emocje będą działać w naszym życiu w sposób, który niekoniecznie nam służy. O tym, jak emocje mogą ułatwiać i utrudniać nam bycie rodzicami — mówi Agnieszka Stein.
Małgorzata Stańczyk: Jak to, czego doświadczamy w rodzicielstwie w sferze emocji i uczuć, wpływa na to, jakimi jesteśmy rodzicami?
Agnieszka Stein: Z pewnością wpływa. Ale nie tylko to, co czujemy i czego doświadczamy, także nasze umiejętności związane z obsługiwaniem własnych emocji i szerszy kontekst naszego życia. Kiedy rodzice pytają mnie, jak dany konflikt, uwarunkowanie albo kryzys wpływają na ich relację z dzieckiem, odpowiadam: „przyjrzyjmy się temu, sprawdźmy”. Odpowiedź na to pytanie zwykle jest w rękach osoby, która tworzy relację z dzieckiem. Wbrew obiegowej opinii nie ma jednej, ogólnej psychologicznej odpowiedzi określającej znaczenie tego wpływu, dlatego staram się nie uogólniać.
Emocje pomagają nam być rodzicami?
— Z jednej strony emocje pokazują nam wagę różnych sytuacji, a z drugiej — pomagają kierować naszym zachowaniem i uwagą. W pewnym sensie więc pomagają. Ale mogą także utrudniać. Jeśli przeżywam bardzo dużo intensywnych emocji, moja uwaga może się kierować w ich stronę i może mi jej zabraknąć dla dziecka i jego potrzeb. Zdarza się też, że emocje mogą podpowiadać nam takie sposoby działania, które niekoniecznie będą wspierające. Na przykład strach prowadzi do unikania różnych doświadczeń, a złość mówi, że trzeba szybko sprawę rozwiązać, bo inaczej stanie się coś strasznego.
I to nie zawsze dobra wskazówka?
— Emocje są wypadkową tego, jak nasz układ nerwowy interpretuje konkretną sytuację. Ta interpretacja tworzy się na bazie naszych wcześniejszych doświadczeń. Może więc się zdarzyć, że rozwiązania, które podpowiadają nam emocje, nie są adekwatne do tej konkretnej sytuacji. Złość często podpowiada fizyczne sposoby poradzenia sobie np. z agresją, sprawia, że zaczynamy się spieszyć i oczekiwać, że coś zostanie zrobione natychmiast. A w wielu relacyjnych sytuacjach z udziałem dziecka sensowniej byłoby zwolnić, poczekać, zastanowić się, sprawdzić, co wiemy na dany temat i jak chcemy się zachować. Emocje w relacjach społecznych mówią nam ważne rzeczy o tym, co się w danej relacji dzieje — są istotną informacją. Jednak traktowanie ich literalnie jako instrukcji działania i reagowanie impulsywnie, bez refleksji, może przynieść bardzo dużo szkody.
Ludzie czasem mówią, że chcieliby być w rodzicielstwie autentyczni, co traktują właśnie jako podążanie za impulsem płynącym z emocji.
— Mam kłopot z autentycznością, która polega na pójściu za impulsem bez przemyślenia, co robimy. Takie rozumienie autentyczności w bliskich relacjach jest z mojej perspektywy szkodliwe. Emocje mogą nas zmylić, ponieważ są też wypadkową stanu naszego organizmu. Ta sama sytuacja może budzić moją złość, kiedy jestem głodna, zmęczona i jest mi gorąco, a w dobrych warunkach fizycznych by jej nie wzbudziła. Czasem mamy wrażenie, że emocje są trafną, wnikliwą analizą sytuacji i dają najlepszą możliwą odpowiedź. W rzeczywistości stanowią bardzo zgrubny ogląd. Te mechanizmy ewolucyjnie były przeznaczone do sytuacji prostszych życiowo i społecznie niż te, w których funkcjonujemy dzisiaj. Trudne emocje są często związane z zagrożeniem bezpieczeństwa i podpowiadają rozwiązania, które sprawdzają się głównie w przypadku zagrożeń fizycznych. Gdy ktoś nas goni, trzeba szybko uciekać. Kiedy jednak mamy porozmawiać na trudny temat, a emocje mówią nam, żeby o tym nie rozmawiać i unikać tematu, ta ucieczka może się skończyć tym, że potem będzie nam w tej relacji jeszcze trudniej.
Warto więc traktować emocje jako informację i wybrać sposób, w jaki się sobą zaopiekujemy?
— Tak, nawet jeśli lęk jest w jakiejś sytuacji adekwatną reakcją, warto mieć większy wachlarz możliwości niż tylko ucieczkę. To jest dość skomplikowane, bo nasze wyuczone reakcje są często wynikiem wcześniejszych doświadczeń, np. z dzieciństwa. Być może, kiedy byliśmy dziećmi, taka reakcja była dla nas wspierająca w warunkach, w których funkcjonowaliśmy. Teraz jesteśmy jednak w innym miejscu, w innych relacjach i konkretna, dobrze nam znana i wyćwiczona reakcja przestaje nam służyć. Emocji nie da się uniknąć. Niezależnie od tego, co się dzieje, będziemy je przeżywać — również te trudne. Możemy jednak w świadomy sposób się z nimi kontaktować, próbować je regulować i obchodzić się z nimi tak, aby przynosiło to jak najwięcej pożytku. Jeśli tego nie zrobimy, emocje i tak będą działać w naszym życiu, ale w sposób, który niekoniecznie nam służy. W tym wszystkim kluczowe jest dla mnie rozróżnienie między emocjami a zachowaniem. Czucie a działanie to dwa różne etapy — pomiędzy nimi jest miejsce na decyzję.
Można się tego uczyć?
— Mam wrażenie, że współcześnie jesteśmy zgodni co do tego, że dzieciom trzeba pomóc nauczyć się radzić sobie z emocjami. Zaskakuje mnie natomiast, dlaczego dorośli, kiedy sami mają w tym obszarze trudności, uważają, że już nie potrzebują się uczyć. To, jak potrafimy obsługiwać swoje emocje, ma ogromny wpływ nie tylko na nasze rodzicielstwo, ale w ogóle na jakość naszego życia. Ma to znaczenie w pracy, w relacjach z bliskimi dorosłymi, w codzienności.
Oprócz rodzicielstwa mamy też inne wyzwania, które mogą być źródłem trudnych emocji. Czy sytuacje, w których napotykamy kryzys, czynią nas gorszymi rodzicami?
— To zależy. Myślę, że czasem czynią nas lepszymi rodzicami. Empatia i zdolność rozumienia przeżyć drugiego człowieka budują się na tym, że sami doświadczamy różnych stanów. Jeśli ktoś nie przeżywa danej emocji, trudno będzie mu zrozumieć osobę, która jej doświadcza. Wpływ kryzysu na rodzicielstwo zależy jednak od jego głębokości, intensywności, czasu trwania i ilości posiadanego wsparcia.
Czy mówić dzieciom o tym, że jesteśmy w kryzysie?
— W naszej kulturze, często w intencji chronienia dzieci, wprowadza się je w błąd co do stanu emocjonalnego rodziców. Innymi słowy, udaje się przed nimi, że emocji nie ma.
To skuteczne?
— Zupełnie nie. Dla dziecka jest przecież ewidentne, że coś się zmieniło. Otrzymuje więc ono dwa sprzeczne komunikaty: jeden jawny, że nic się nie dzieje, a drugi przez ciało i odczytanie sytuacji, o tym, że rodzicowi jest bardzo trudno. Taka niespójność powoduje brak poczucia bezpieczeństwa. Potrzebujemy szukać balansu między skrajnościami. Po jednej stronie skali mamy tzw. autentyczność, polegającą na wykładaniu wszystkiego na wierzch i obciążaniu dziecka szczegółami, co może prowadzić do tego, że zacznie się nami opiekować.
A na drugim krańcu kontinuum mamy sytuację, w której dziecko nie wie nic o życiu emocjonalnym rodzica, bo wszystko jest przed nim ukrywane.
W jakim wieku dzieci są gotowe do tego,
żeby nas wspierać w trudnych emocjach?
— To skomplikowane, bo wspieranie w praktyce może oznaczać bardzo różne rzeczy. Istotne znaczenie ma to, czy wspieranie zachodzi na prośbę i oczekiwanie rodzica, czy wypływa z własnej inicjatywy dziecka. Ważna jest też proporcja sytuacji, w których to dziecko wspiera, do tych, w których wsparciem jest dorosły. Czym innym jest sytuacja, gdy dziecko rzadko i naturalnie chce się nami zaopiekować, a czym innym, gdy staje się to jego obciążającą codziennością.
Rodzice często się stresują tym, że dziecko daje im empatię i wsparcie, obawiając się parentyfikacji, czyli odwrócenia ról.
— Parentyfikacja jest tu pewną skrajnością. Jeśli w domu rodzeństwo się wspiera — jeden brat uderzy się w palec, a drugi go całuje i dmucha, naśladując rodzica — uważamy to za zachowanie empatyczne i pożądane społecznie. Nagradzamy je i chwalimy. Jeśli dorosły uderzy się w palec, a dziecko przyjdzie i podmucha, to również jest to zachowanie adekwatne społecznie, którego chcemy uczyć. Problem pojawia się wtedy, gdy proporcja się zaburza: gdy w relacji robi się bardzo dużo miejsca na emocje dorosłego, a bardzo mało na emocje dziecka, albo gdy dziecko zaczyna brać na siebie rolę, która jest dla niego zbyt trudna. Gdy spieszę się do pracy i proszę dzieci o współpracę i założenie butów, to nie jest parentyfikacja, tylko uczenie współdziałania w rodzinie. Warto nie popadać w skrajność, że wszystko ma się kręcić wyłącznie wokół dziecka.
To na czym polega w praktyce to szukanie równowagi?
— Na tym, by nie mieć do dziecka pretensji ani nie złościć się na nie, kiedy nie daje rady z nami współdziałać, mimo że jest nam bardzo trudno. Nie karać go za to, że zachowuje się jak dziecko. Nie straszyć go w nadmiarowy sposób swoimi problemami, świadomie decydować, jaką część doświadczeń ujawniamy. Jest różnica między dawaniem dziecku informacji zwrotnej o tym, co się dzieje, a straszeniem, przez które dziecko traci z oczu swoją perspektywę i swój rozwój, bo musi skupić się na przeżyciach rodzica. Włączanie dziecka w intymne szczegóły relacji dorosłych również może być czymś, czego ono nie jest w stanie przetworzyć. Gdy ktoś odczuwa niepokój dotyczący balansu między wspieraniem dziecka a wymaganiem od niego różnych rzeczy, to jest to bardzo dobry powód, żeby pójść do specjalisty i o tym porozmawiać. Naturalnym regulatorem bywa też obecność drugiego rodzica lub innych dorosłych wokół. Jeśli jeden dorosły przeżywa trudności, drugi może to zauważyć i zaopiekować się potrzebami dziecka. Dzięki temu zmniejsza się ryzyko sytuacji przekraczających gotowość dziecka.
Gdy jako rodzic szukam wsparcia u innych dorosłych i je tam otrzymuję, moje dziecko nie będzie zachęcane do brania odpowiedzialności za moje emocje, bo ta odpowiedzialność jest już ulokowana gdzie indziej.
— Tak, budowanie dobrych relacji z innymi dorosłymi jest świetnym regulatorem relacji z dzieckiem. My, dorośli, potrzebujemy być wysłuchani, zobaczeni i zrozumiani. Potrzebujemy dzielić się swoimi emocjami. Kiedy robimy to w towarzystwie dorosłych, zmniejsza się ryzyko, że relacja z dzieckiem stanie się dla nas jedynym źródłem ukojenia i regulacji. Istnieje wyraźna różnica między sytuacją, gdy mówię dziecku o swoich emocjach w sposób wyjaśniający, bo chcę, żeby zrozumiało sytuację i podjęło współpracę, a sytuacją, gdy traktuję dziecko jako jedyną osobę, która potrafi mnie wysłuchać i zrozumieć. Dziecko nie powinno być obarczane taką samotnością dorosłego.
Czasem trudne emocje — złość, smutek, rozczarowanie, wstyd czy lęk — pojawiają się bezpośrednio w relacji z dzieckiem. Co z tym robić?
— Emocje po prostu są. Znaczenie ma to, czy je widzimy i co z nimi robimy. W naszej kulturze dość popularne jest myślenie, że emocje są odpowiedzialnością tej drugiej osoby: „skoro ja się na ciebie złoszczę, to ty masz nie robić tego, co mnie złości”, „skoro się boję, to ty masz nie robić tego, co budzi mój lęk”.
To się przejawia w komunikatach typu: „nie rób tego, bo mamie jest przykro” albo „nie rób tego, bo będę się martwić”?
— To przełożenie odpowiedzialności za emocje rodziców na dziecko. Oczywiście, to także nie jest takie jednoznaczne. Jeśli dziecko tłucze łyżką w garnek, a mnie boli głowa i proszę, żeby przestało, to jest to inna sytuacja niż taka, w której z powodu moich nieprzepracowanych emocji dziecko ma ograniczać swoje kolejne zachowania. Dzieje się tak wtedy, gdy rodzic nie przygląda się temu, co się z nim dzieje, a zamiast tego próbuje wymusić na dziecku dostosowanie zachowania. O emocjach dużo lepiej rozmawia się wtedy, kiedy one już miną lub mają niskie natężenie, niż kiedy są główną siłą kierującą naszym zachowaniem w danym momencie.
Czy w takim razie jedynym sposobem na wspieranie inteligencji emocjonalnej dzieci jest odrobienie własnych lekcji w tym zakresie przez rodzica?
— Mamy różne narzędzia. Im dzieci są starsze, tym z większej liczby źródeł się uczą, przejmując odpowiedzialność za swój dobrostan. Wspierający może być specjalista, nauczyciel, kolega czy książka. Zatrzymałabym się jednak przy sposobie myślenia rodzica, który chce całkowicie wydelegować ten proces na innych. Jeśli rodzic mówi: „nie dostałem tego od swoich rodziców, nie ogarniam tego i chcę, żeby ktoś inny nauczył tego moje dziecko”, to pojawia się pytanie: dlaczego dziecko ma wkładać wysiłek w naukę czegoś, w co rodzic nie chce włożyć wysiłku? Jak pokazać dziecku, że to ważne, skoro samemu się tego unika? Dzieci bardzo dużo uczą się z obserwacji dorosłych radzących sobie z codziennością.
Specjalista nie jest w stanie zastąpić tego doświadczenia?
— Specjalista w gabinecie jest w pewnym sensie przezroczysty — nie przeżywa codzienności przy dziecku, rzadko pokazuje mu zmęczenie, zniecierpliwienie, lęk czy złość, nie spieszy się. To są sterylne warunki. Rozwój dziecka nie może opierać się wyłącznie na tym, że nauczy się ono działać tak, jak działa terapeuta. Ktoś musi pokazać dziecku, jak zachowują się zwykli ludzie z krwi i kości w realnym życiu — kiedy rano są zmęczeni, a wieczorem mają pracę do nadgonienia. Przypisywanie magicznej wartości temu, że ktoś poza domem popracuje z dzieckiem i je wszystkiego nauczy, bywa złudne.
To, co robi specjalista, ma sens, ale nie zastąpi to codziennych relacji z rodzicami i innymi dorosłymi, którzy też przecież przeżywają emocje.
Agnieszka Stein — psycholog, prekursorka rodzicielstwa bliskości w Polsce. Wspiera rodziców w towarzyszeniu dzieciom oraz w ich własnym rozwoju. Szkoli profesjonalistów, pracujących z dziećmi i rodzicami w nurcie rodzicielstwa bliskości. Autorka książek dla rodziców
Małgorzata Stańczyk — psycholog, dziennikarka, autorka książek. Wspiera rodziców i nauczycieli w lepszym rozumieniu dziecięcych zachowań i budowaniu relacji opartych na szacunku i zaufaniu do dziecięcego rozwoju

