Rzeszów, Kraków, Lublin, Chełm, Tarnów, Mielec i wreszcie Kielce 4 lipca 1946 r. Dlaczego to tam dochodziło do ataków na Żydów po II wojnie światowej — odpowiada prof. Dariusz Stola, historyk i dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.
Newsweek: Po wojnie w Polsce zamordowano, jak ustalił m.in. prof. Julian Kwiek, około tysiąca Żydów. Dlaczego zginęli?
Prof. Dariusz Stola: Polska po zakończeniu wojny była bardzo niebezpiecznym krajem dla wszystkich, ale dla Żydów szczególnie. Trwała „wojna domowa” między władzami komunistycznymi a podziemiem antykomunistycznym, rozpowszechnione były też różne formy przemocy niemające politycznych motywów ani celu. Broń była łatwo dostępna. Skala bandytyzmu była niebywała, kto wie, czy nie większa nawet niż przemocy politycznej. W latach wojny wielu ludzi nauczyło się rozwiązywać problemy siłą, w oczach wielu ludzi życie ludzkie straciło na wartości, a życie Żydów najbardziej. Uważano też, że to zabójstwo gatunkowo lżejsze, czyn innej wagi niż zabicie Polaka.
Z tego ponad tysiąca zabitych Żydów większość została zamordowana nie w tumultach motywowanych nienawiścią, uprzedzeniami czy strachem, ale podczas zwykłych rabunków.
— Okupacja niemiecka i nazistowska polityka antyżydowska przyczyniły się do powojennej przemocy na trzy sposoby. Po pierwsze, był to okres intensywnej niemieckiej propagandy antysemickiej w rodzaju plakatów „Żydzi-wszy-tyfus” i antyżydowskich treści w polskojęzycznej prasie, zwanej gadzinową, ale jednak czytanej. W audycjach z Londynu i prasie podziemnej rzadko pojawiała się kontra wobec tej części niemieckiej propagandy, a w prasie skrajnej prawicy znajdujemy wręcz wyrazy satysfakcji z tego, co spotyka Żydów.
Po drugie, w wyniku niemieckiej polityki antyżydowskiej niektórzy Polacy osiągnęli korzyści: zajęli opuszczone domy, kupili „pożydowskie” mienie, zajęli ich miejsce na rynku, szantażowali lub obrabowali wyjętych spod prawa uciekinierów, albo dostali od władz nagrodę za ich wydanie.
Po trzecie, i ten czynnik wydaje mi się najpowszechniejszy, ale też najtrudniejszy do zmierzenia, oglądanie okrutnej śmierci ma swoje psychiczne skutki, a w Polsce w latach II wojny światowej bardzo wielu ludzi taką śmierć widziało z bliska. Jako pierwszy zwrócił na to uwagę Michael Steinlauf w książce „W niewoli umarłych”. Zauważył, że w okupowanej Polsce występowały powszechnie czynniki opisanego przez psychologa Roberta J. Liftona syndromu kompulsywnych reakcji na oglądaną z bliska śmierć innych ludzi. Badając byłych więźniów obozów, Lifton zaobserwował, że doświadczenie takie prowadzi raczej do dystansowania się od ofiar, a nawet niechęci, niż do współczucia.
Pogrzeb ofiar pogromu kieleckiego, 8 lipca 1946 r.
Foto: PAP/Jerzy Baranowski
Okupowana Polska, a szerzej „skrawawione ziemie”, które opisał Timothy Snyder, była główną „sceną zbrodni” w dwojakim sensie: miejsca, gdzie zamordowano miliony ludzi, w tym olbrzymią większość ofiar Zagłady, i miejsca widocznego. Niemcy zabijali lub okrutnie traktowali polskich Żydów od pierwszych dni okupacji, potem głodzili ich w gettach, a od lata 1941 r., najpierw w Polsce wschodniej, a następnie w Generalnym Gubernatorstwie, systematycznie mordowali. Tutaj trafiły też setki tysięcy Żydów deportowanych z innych krajów. Zatem gdy Holendrzy, Francuzi czy Norwegowie mogli zobaczyć, jak ich żydowscy sąsiedzi są deportowani, jakoby „do pracy na Wschodzie”, Polacy cierpienia i śmierć takich sąsiadów widzieli często na własne oczy. Dodajmy, że w latach wojny zginęło i zmarło ponad 2 mln nieżydowskich obywateli RP — do dziś nie mamy wiarygodnego szacunku tej liczby — a setki tysięcy żołnierzy radzieckich, polskich i niemieckich tu poległy. Widok śmierci, zwłok ludzkich lub ich szczątków był powszechny. Psychologiczne skutki traumatycznych doświadczeń z lat wojny opisał niedawno Michał Bilewicz.
Jak wielu Żydów znalazło się w powojennej Polsce?
— Tych, którzy przetrwali tu w ukryciu lub na fałszywych „aryjskich papierach”, nie było więcej niż 30-60 tys. Dopiero powroty Żydów uwolnionych z obozów i repatriacja z głębi ZSRR zwiększyły tę liczbę do około 300 tys., choć w żadnym momencie nie było ich więcej jak ćwierć miliona, bo zanim jedni wrócili do Polski, inni już z niej wyjechali. Fala przemocy, rosnąca wiosną 1946 r., z kulminacją w Kielcach, nastąpiła po fali powrotów z głębi ZSRR, gdzie przeżyła znaczna większość Żydów, którzy trafili po wojnie do Polski.
I gdy wracali oni do swoich miejscowości, stawali się łatwym celem? Karolina Panz w artykule dla pisma „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” opisała, że pierwsze udokumentowane zabójstwo Żydów na Podhalu miało miejsce w Maniowach w powiecie nowotarskim już 11 maja 1945 r. Wszyscy czterej zabici byli lokalnymi Żydami, którzy wrócili na Podhale z obozów.
— Znamy wiele relacji o tym, że ktoś wraca do swojego miasta, ale jego dom czy mieszkanie jest zajęte. Zaraz potem dostaje groźby, że zginie, jeśli natychmiast nie wyjedzie, albo bez ostrzeżenia staje się obiektem ataku — oprócz zabójstw wiemy o pobiciach czy ostrzeliwaniu domów. Powracający Żydzi próbowali niekiedy dochodzić sprawiedliwości na tych, którzy przyczynili się do śmierci ich bliskich, lub choćby ustalić los tych bliskich, co mogło ujawnić jakieś mroczne tajemnice z lat okupacji. Ludzie o nieczystych sumieniach mieli więc powody, by się ich obawiać. Dodajmy, że zabójstwa Żydów miały dwa cele i dwa skutki — chodziło o wyeliminowanie konkretnej osoby, ale także zastraszenie pozostałych, by z danej miejscowości czy okolicy uciekli lub do niej nie wracali. Zabójstwo było czytelnym sygnałem dla innych Żydów, że nie są tu mile widziani i nie będą bezpieczni, że „nie chcemy Żydów u siebie” — jak mówi tytuł książki Juliana Kwieka. By pozbyć się Żydów z miasteczka lub powiatu, nie potrzeba było wielu złoczyńców, wystarczała jedna uzbrojona grupa, której nikt się nie przeciwstawił.
Do większych ataków dochodziło głównie w południowo-wschodniej Polsce: Rzeszowie, Krakowie, Lublinie, Chełmie, Tarnowie, Mielcu i wreszcie w Kielcach. Dlaczego tam?
— W zachodniej Polsce przed wojną mieszkało znacznie mniej Żydów i jeszcze mniej powróciło. Ponadto w Polsce centralnej, a jeszcze bardziej we wschodniej silnie działało podziemie antykomunistyczne: antysemickie i wywodzące się często z nacjonalistycznej prawicy. Tylko „władza ludowa” mogła zapewnić Żydom bezpieczeństwo, ale ona była słaba. Rozruchy, o których pan wspomniał, były wierzchołkiem góry lodowej przemocy wobec Żydów.
Historycy spierają się, czy w przypadku Rzeszowa możemy mówić o pogromie — obyło się wszak bez ofiar śmiertelnych. W przeciwieństwie do carskiej Rosji ataki na Żydów nie były też skutkiem szczucia przez władze.
— Nie musi dojść do zabójstwa, byśmy akt zbiorowej przemocy wobec grupy Żydów czy innej grupy mniejszościowej mogli nazywać pogromem. W wielu miastach panowała atmosfera bliska eksplozji. W Krakowie już od końca lipca modlitwom w synagodze towarzyszyły incydenty w postaci obrzucania Żydów kamieniami. Apogeum miało miejsce 11 sierpnia, gdy tłum zaatakował synagogę Kupa, ale także znajdujące się opodal schronisko i mieszkania. Bóżnicę zdemolowano, zniszczono zwoje Tory i księgi religijne. Bito Żydów i ich ograbiano. W Rzeszowie nie było ofiar, w Krakowie była najpewniej tylko jedna — bo dzięki interwencji KBW udało się wyhamować pogrom. Ale w Kielcach nabrał on rozmachu i rozpędu, doszło do zabijania Żydów. Tam też mamy do czynienia z nieudolnością lub dwuznaczną postawą lokalnych władz.
Także w Rzeszowie, gdzie latem 1945 r. doszło do pierwszego masowego ataku na Żydów, pretekstem był średniowieczny zabobon o tym, że Żydzi przerabiają chrześcijan na macę. Potem w Kielcach 4 lipca 1946 r. było podobnie.
— To zastanawiające, że mit o Żydach pobierających krew na macę, który był prawie nieobecny przed wojną, nawet w propagandzie antysemickiej, zaraz po niej wrócił z taką siłą. Stereotyp ten pojawił się w Anglii w XII w. i szybko rozniósł po Europie. Nie pomogło nawet zwalczanie go przez papieży. Gdy oprowadzam gości po Muzeum POLIN, zwracam zawsze uwagę na statut kaliski wydany w 1264 r. przez Bolesława Pobożnego, w którym obiecał on m.in. chronić Żydów przed tymi bezpodstawnymi oskarżeniami, a potem w galerii powojennej, gdy mówię o pogromie w Kielcach, opowiadam, że spowodowała go pogłoska, iż Żydzi porwali chłopca i trzymali go w piwnicy domu przy ulicy Planty, w którym notabene nie było piwnic: fałszywe oskarżenie trwa blisko siedem stuleci i dosięga garstki ocalałych z Zagłady. Przy okazji chciałbym podkreślić, że historia antyżydowskich uprzedzeń nie jest historią Żydów, ale tych, którzy takie uprzedzenia kultywowali. Przykładem niech będą obrazy w katedrze w Sandomierzu prezentujące mord rytualny. Dopiero od kilku lat wisi tam tabliczka wyjaśniająca, że oskarżenia były bezpodstawne, ale przez prawie 300 lat jej brakowało…
Dariusz Stola
Foto: Muzeum POLIN
Ma pan jakiś trop, dlaczego ten zabobon był tak silny zaraz po wojnie?
— Historyk Marcin Zaremba, który badał stan społeczeństwa polskiego po wojnie, próbował wyjaśnić tę mroczną tajemnicę, znalazł np. informacje o pogłoskach, jakoby Żydzi potrzebowali świeżej krwi dla wzmocnienia wycieńczonych obozami lub ukrywaniem się. Była to próba nadania nowego, pseudonaukowego sensu średniowiecznym uprzedzeniom. Jednak ważniejsze wydaje mi się, że takie mity nie potrzebują uzasadnienia w faktach, są od nich silniejsze. To one nadają sens wydarzeniom.
Obok dawnych zabobonów mamy jednak i współczesne stereotypy: żydokomunę.
— Siła antyżydowskich uprzedzeń wynika z faktu ich różnorodności. Wedle nich Żydzi byli jednocześnie religijnymi fanatykami odprawiającymi swe krwawe rytuały i komunistycznymi ateistami. To z kolei nie kłóciło się wcale z przekonaniem, że byli krwiopijcami jako wyzyskiwacze-kapitaliści.
Gdy spojrzymy na ówczesny aparat władzy: Polską Partię Robotniczą, Urząd Bezpieczeństwa, milicję czy wojsko, to Żydzi są w nim jedynie mniejszością, nawet tam, gdzie odnotowano względnie wysoki ich odsetek. A jednak zostali przez wielu uznani za głównych przedstawicieli nowej władzy.
Mit „żydokomuny” — jakoby komuniści byli przeważnie Żydami, a Żydzi komunistami — upowszechnił się w okresie rosyjskiej rewolucji i wojny polsko-bolszewickiej. Chętnie był wykorzystywany zarówno przez antysemitów, jak i antykomunistów. Jedni mieli nowe uzasadnienie swej nienawiści, drudzy przydatny argument, że komunizm to coś obcego i nieczystego. Ożywił się w pierwszych miesiącach sowieckiej okupacji w Polsce wschodniej, a potem ponownie po wyparciu Niemców. Wśród ludzi żywiących takie przekonania pojawienie się Żydów na stanowiskach, które przed wojną były dla nich niedostępne — na wyższych szczeblach władzy w rządzie, bezpiece czy wojsku, zdawało się jednoznacznym potwierdzeniem ich opinii i spełnieniem ich lęków. Historycy zajmowali się pytaniem o wysoki, w proporcji do ich niewielkiej wszak liczby, odsetek Żydów w pewnych instytucjach nowej władzy i mają lepsze odpowiedzi niż teorie spiskowe, w które wierzą wyznawcy mitu „żydokomuny”, ale nie sądzę, by odpowiedzi te zdołały przekonać wyznawców mitu.
W pierwszych latach powojennych był on bardzo rozpowszechniony, zwłaszcza w antykomunistycznym podziemiu.
— Dlatego „wojna domowa”, o której mówiłem, zbierała szczególnie krwawe żniwo wśród Żydów, zarówno należących do PPR, jak i niemających z partią nic wspólnego. Przykładem niech będzie Rabka, gdzie latem 1945 r. członkowie antykomunistycznego podziemia trzykrotnie atakowali sierociniec dla żydowskich dzieci, które trudno utożsamiać z komunistyczną władzą. Placówkę otwarto latem 1945 r., czemu gorąco sprzeciwiał się tamtejszy ksiądz Józef Hojoł, postać charyzmatyczna, w latach wojny żołnierz AK. Prowadził katechezę w rabczańskim gimnazjum, patronował lokalnej młodzieży, także harcerzom skupionym w konspiracyjnym Ruchu Oporu Armii Krajowej. Ta patriotyczna młodzież, najpewniej z jego inspiracji, zaatakowała sierociniec, którego budynek ostrzelano i obrzucano granatami. Nikt na szczęście nie zginął, ale sierociniec wkrótce zamknięto. Historię tę zbadała wspomniana już Karolina Panz, rzetelna historyczka.
Około 200 Żydów padło ofiarą tzw. akcji pociągowej. Znów: czy dominowała tu chęć rabunku, czy także antysemityzm?
— Na pociągi napadały zarówno oddziały podziemia, jak i bandy rabunkowe, niekiedy trudno je rozróżnić. Sprawcy zabójstw, do których wtedy dochodziło, nie zawsze mieli pojęcie, kim były ich ofiary. Ale wiemy, że czasami napastnicy wypatrywali wśród podróżnych Żydów i ich zabijali — za to, że byli Żydami. By ich obrabować, nie musieli odbierać im życia.
Warto też porównać Polskę przedwojenną z tą po 1945 r. W pierwszej także dochodziło do aktów przemocy antyżydowskiej, ale nigdy nie przybrała ona takiej skali i form jak tuż po wojnie. Nastąpiło wówczas ogólne załamanie porządku publicznego, państwo nie miało ani sił, ani autorytetu II RP. Podczas okupacji (niemieckiej i sowieckiej) szczególnie ucierpiały lokalne elity, które są zwykle fundamentem porządku społecznego na danym terenie. W mniejszych miejscowościach oznaczało to, że zniknęli: starosta, proboszcz i lekarz, może też sędzia i policjant — ludzie posiadający autorytet i dlatego właśnie postrzegani przez okupanta jako zagrożenie. Zastąpili ich sekretarz PPR, dawny wikary, felczer, młodszy sędzia i milicjant — ludzie o mniejszym doświadczeniu i zarazem niepewni swej pozycji, a w milicji niekiedy wręcz przestępcy, bo nowa władza nie mogła przebierać w kandydatach. Gdy chcieli przeciwdziałać antyżydowskiej przemocy, ich możliwości były ograniczone. Przykład Rabki pokazuje zresztą, że nie zawsze chcieli, a niekiedy wręcz ją inspirowali.
Erozja elit dotknęła także powojenne zbrojne podziemie?
— Dawni dowódcy — pułkownicy i majorowie — zginęli, ukrywali się, złożyli broń lub trafili za kraty. Ich miejsce zajęli porucznicy i samozwańczy oficerowie, ludzie często odważni i posiadający cechy przywódcze, ale rozumujący inaczej niż zawodowi oficerowie. To także wpłynęło na charakter ich oddziałów, dyscyplinę, cele i sposoby stosowania przez nie przemocy. Wśród sprawców aktów terroru na wspomnianym wcześniej Podhalu byli ludzie ze zgrupowania „Ognia”, czyli Józefa Kurasia, który uchodzi za symbol walki z komunistyczną władzą.
Czy powojenna Polska wyróżnia się pod względem antysemityzmu na tle Europy?
— Atmosfera pogromów była przypadłością nie tylko Polski. Dochodziło do nich również na Słowacji, Węgrzech, w Ukrainie i Rumunii. Jednak to pogrom w Kielcach zebrał największe krwawe żniwo i w Polsce odnotowano po wojnie najwięcej zabójstw na Żydach. Dzięki badaniom historyków, zwłaszcza w ostatnich dwu dekadach, poszerzyła się i pogłębiła nasza wiedza o powojennej przemocy. Jest to wiedza gorzka.
prof. Dariusz Stola — historyk i dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, profesor w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. W swoich badaniach zajmuje się historią stosunków polsko-żydowskich, historią PRL i migracji

