Wiem, że trzeba cudu, by go znaleźć. Ale chyba nie umiem odpuścić. I nie wiem, kiedy będę umiał. Może, mając 70 lat, nadal będę wypływał na Wisłę i pytał: „Krzysiu, gdzie jesteś?”.

Każdy ranek to dla Agnieszki Dymińskiej nadzieja, że dowie się, co się stało z jej synem Krzysztofem. Ponad trzy lata temu wyszedł z domu w majową noc i ślad po nim zaginął. — Wieczorami z kolei modlę się, żeby odpowiedź mi się przyśniła — mówi. Na jej kolana wskakuje pies Papaj i wtula się w nią, jakby chciał pocieszyć.

— Gdyby ktoś zdjął z nas to piętno niepewności, to byśmy inaczej funkcjonowali. A tak, żyjemy w zawieszeniu — dodaje jej mąż Daniel, który siedzi obok, przy stole w ich salonie. Krzysiek ostatni raz był widziany nad ranem na Moście Gdańskim w Warszawie. Kamera miejskiego monitoringu uchwyciła, jak stoi i patrzy w dal. Zaraz się jednak obróciła i nie wiadomo, co stało się dalej.

Agnieszka bierze pod uwagę, że mógł skoczyć. Że mógł odebrać sobie życie. Ale miłość do syna sprawia, że w głowie wciąż wraca myśl: a może zszedł, może nie skoczył. — Krzysiek był wyjątkowy i nie mówię tak tylko dlatego, że był moim synem — zapewnia kobieta. Milknie, by zaraz się poprawić: — Jest moim synem. Bo może żyje.

Opowiada, jak przystąpił do konkursu i razem z kolegą stworzył projekt, który miał wyjaśniać, jak zbudowane jest serce. Nie ograniczył się do zwykłej prezentacji. Kupił świńskie serca — bo są najbardziej zbliżone do ludzkiego — i na nich wyjaśnił zawiłości anatomii.

Pamięta też Śródziemie z „Władcy Pierścieni” zrobione na wielkiej planszy z włóczki i pinezek, pokazujące miejsca znane z książek Tolkiena. Mówi, że lubił gotować. Miał jakieś 10 lat, gdy sam upiekł pizzę. Kilka lat później zaskoczył rodziców bezą Pavlovej.

Łatwo nawiązywał kontakt z ludźmi — niektórzy opowiadali mu historię swego życia, choć byli przypadkowo spotkanymi przechodniami. Był precyzyjny, zdolny. — Pod wieloma względami przypomina Daniela. Mąż też, jak się uprze, to się umie wszystkiego sam nauczyć. Tak, jak nauczył się, jak prowadzić poszukiwania zaginionej osoby — podkreśla Agnieszka.

Dymiński zaczął sam przeszukiwać Wisłę, bo czuł, że działania służb są niewystarczające. Zastrzeżenia pojawiły się dość szybko. Zgłosili policji, że ostatnie logowanie telefonu Krzyśka miało miejsce w okolicach Mostu Gdańskiego. O tym, że zabezpieczono nagranie z monitoringu, poinformowano ich dopiero pięć dni później.

Daniel i Agnieszka byli w tej okolicy już w dniu zaginięcia. — Ja byłam kompletnie zdezorientowana. Chociaż setki razy odwiedzałam bulwary, nie umiałam powiedzieć, gdzie jestem. Chyba zalały mnie emocje związane z sytuacją — mówi Agnieszka. Obydwoje spędzili tam długie godziny. Daniel przemierzał brzegi na elektrycznej hulajnodze do następnego ranka. Pamięta przenikliwe zimno, sarnę, która wybiegła mu na drogę. I swój krzyk. Ile sił w płucach wołał: „Krzysiu, gdzie jesteś?”.

Gdy jeżdżąc po Warszawie, natknęli się na patrol policji, Daniel zapytał, czy coś wiedzą o jego synu. Funkcjonariusze nie mieli pojęcia, o co chodzi. Podobnie było z drugim i trzecim napotkanym patrolem. — Zastanawiałem się, jak to możliwe, skoro Krzysiek dostał pierwszą grupę, bo istniało prawdopodobieństwo popełnienia samobójstwa. Myślałem, że w takim przypadku wszystkie jednostki będą poinformowane o poszukiwaniach. A tu okazało się, że muszę im wysyłać zdjęcie syna na telefon i oni to na własną rękę rozsyłali dalej. Absurd — denerwuje się mężczyzna.

Minął tydzień, miesiąc, dwa, trzy. Policja ciągle powtarzała, że robi, co w jej mocy. Daniel więc dopytywał, czy mogą mu pokazać nagranie z sonaru. „Nie nagrywamy” — usłyszał odpowiedź. A to może z dronów? „Nie nagrywamy”. A z helikoptera, którym lataliście? „Nie nagrywamy”. Nawet nie znając jeszcze metod poszukiwania, Daniel był przekonany, że nagrania mogłyby pomóc. Można na nich dostrzec rzeczy, których wcześniej się nie zauważyło.

Uznał, że weźmie sprawy w swoje ręce. Nigdy wcześniej nie był na łódce, nie ciągnęło go do pływania, zdał się więc na pomoc specjalistów. Przeszkolili go szef Grupy Specjalnej Płetwonurków RP Maciej Rokus oraz ekspert poszukiwań podwodnych i płetwonurek ekstremalny Marcel Korkuś. Przez kilka tygodni Marcel pływał z Danielem po Wiśle i pokazywał, jak używać sonaru, tłumaczył, na co zwracać uwagę, jakie zagrożenia niesie ze sobą rzeka. W końcu Daniel czuł, że jest gotowy.

Pierwszą łódkę pożyczył, ale nie nadawała się zbyt dobrze do takich poszukiwań. Drugą — dzięki zbiórce i wsparciu ludzi — kupił. Płaskodenną, z zanurzeniem na 8 cm, tak by zmniejszyć ryzyko utknięcia na mieliźnie. Do tego doszły specjalne kamery, dron.

Pomagało mi mnóstwo ochotników. Naprawdę, bez społeczeństwa, które przejęło się naszym Krzysiem, byłoby ciężko — podkreśla Daniel. Ludzie mają jednak swoje obowiązki. W końcu pływali więc tylko on i jego ojciec. Czasem i siedem dni w tygodniu — po pracy i w weekendy.

Ciała Krzysia nie udało się odnaleźć. Daniel znalazł siedem innych. Mówi, że gdy dostrzeże się ciało, to najpierw są nerwy, do końca nie wiadomo, co to jest. Jest nadzieja, że może Krzysiek. A potem uczucie, jakby cały świat się zatrzymał. I wreszcie spokój. Poczucie, że pomoże się jakiejś rodzinie ruszyć dalej z życiem. — Sam chciałbym kiedyś coś takiego dostać — wzdycha.

Ma poczucie misji, pływając po Wiśle. Ale też po latach odkrył piękno natury. Gdy o tym wspomina, na jego twarzy widać uśmiech. Pojawił się szacunek dla siły przyrody, ale i zachwyt nad jej subtelnością. Gdy wypływa w weekend, zazwyczaj śpi w namiocie. Zanim położy się spać, wpatruje się w niebo i myśli, że musi być coś więcej. Że jeśli nie tu, na ziemi, to Krzysiek jest gdzieś tam — w górze.

Agnieszki rzeka nie zachęca do odwiedzin. Przerażają ją jej wiry, głębokość. Popłynęła z mężem raz i więcej nie chce. Działa na miejscu. Odbiera telefony, gdy ktoś twierdzi, że ma jakieś informacje o Krzyśku. Żadne do tej pory nie przyniosły przełomu. Czasem odzywają się do niej osoby, które chcą pomocy. Jak zrozpaczona starsza kobieta, która pytała, czy Daniel znajdzie jej syna, bo służbom się nie udało. Agnieszka odpowiedziała, że mąż będzie to miał na uwadze.

Dzwonią też do niej matki, które po prostu chcą się wyżalić. Ich dzieci zaginęły lub popełniły samobójstwo i nie ma nikogo, kto by je uważnie wysłuchał. Opowiadają o swoim bólu, społecznym odrzuceniu, o pokiereszowanych więziach i bezsennych nocach.

— Rozmawiam z nimi, bo wiem, że mogę je zrozumieć. Bo to pojmie tylko ktoś, kto to przeżył — mówi Agnieszka. Sama też nosi w sobie te wszystkie trudne emocje. Ma wrażenie, że gdy dziecko zaginie, do rodziny przylepia się łatka. Że coś tam było nie w porządku, że rodzice musieli zawinić. Kiedy dokładają się do tego własne rozterki i internetowy hejt, ciężar jest momentami nie do wytrzymania.

— Dużo było hejtu? — pytam. Sporo. Agnieszka starała się tego nie czytać, ale trudno zupełnie wyłączyć się z internetu, gdy wiesz, że mogą się tam pojawić tropy dające szansę na odnalezienie twojego dziecka. Czytała o sobie, że co z niej za matka, że się synem nie umiała zająć, że pewnie była apodyktyczna, że się chłopak chciał po prostu od niej uwolnić, że należałoby z nią zrobić porządek.

— I jeszcze ludzie podkreślający, że to „ucieczka z domu”. Strasznie stygmatyzujące określenie. Narzuca to myślenie, że w domu była jakaś patologia. Uciekać to można od problemów. A że wyszedł z domu? No a skąd miał wyjść? Każdy przecież gdzieś mieszka — dodaje Daniel.

Agnieszce pojawiają się łzy w oczach. — Naprawdę nie było sygnałów, że coś się wydarzy. On był taki pogodny. A my zrobiliśmy chyba wszystko, co się dało, by go odnaleźć — mówi.

Nie ograniczali się do poszukiwań na rzece.

Próbowali namierzyć Krzysia z pomocą prywatnych detektywów i jasnowidzów. Starali się ustalić prawdopodobne motywacje jego działań z profilerem policyjnym. Specjaliści od IT umożliwili im odzyskanie danych z urządzeń elektronicznych syna.

Stworzyli stronę internetową specjalnie dla Krzysztofa — jeśli żyje, może na niej wpisać hasło, które zna tylko on. Żeby dać znak rodzicom, że żyje. Prób wpisania hasła były tysiące. Trafień zero. Aby się całkiem nie rozkleić i mieć siłę na to drenujące wyczekiwanie, poszli też po pomoc dla siebie — do psychotraumatologów i do księdza.

— Mimo hejtu nie powiedziałabym, że ludzie nas zawiedli. Więcej jednak było życzliwości. Do tego wyobrażam sobie, że czasem nie wiadomo, jak się zachować, albo że ktoś projektuje na innych własne emocje. Zawiódł nas jednak system — zauważa Agnieszka.

Dymińscy uważają, że rodziny w takiej sytuacji powinny mieć zapewnionego przez państwo psychologa traumatologa. Świetnie, gdyby istniała też technologia, która łączyłaby różne służby w takich przypadkach, co usprawniałoby poszukiwania.

Byłoby też łatwiej, gdyby policja lepiej się komunikowała. Gdyby funkcjonariusze nie byli tak oschli albo chociaż ktoś pośredniczył w rozmowach między nimi a zrozpaczonymi rodzicami. Może wtedy nie usłyszeliby od policjantów, którzy ich odwiedzili, że „nie obchodzi ich powód, dla którego syn wyszedł z domu”, bo „ich zadaniem jest tylko ustalenie, co się z nim stało”.

— Ktoś by się też może zlitował i udostępnił nam nagrania z monitoringu. Z autobusu miejskiego i z mostu. Widzieliśmy tylko stop-klatki, żeby zidentyfikować syna. A ja bym chciała móc obejrzeć tę jego „ostatnią podróż” — mówi Agnieszka.

Nie na wszystko mają jednak wpływ, chociaż starają się walczyć o zmiany w prawie. Przedstawili swoje pomysły w Sejmie. Zgodzili się też na realizację dokumentu o ich historii. Wyreżyserowany przez Michała Marczaka film „Bez końca” trafi do kin 11 września.

Kamera pokazuje ich codzienność, ale przede wszystkim towarzyszy Danielowi na rzece. Małżeństwo zrezygnowało z wynagrodzenia za tę produkcję. Zależy im na tym, żeby pokazać światu coś, co wciąż pozostaje tabu. Realia rodziny osoby zaginionej. Rozpacz wynikającą z niewiedzy.

Wierzą też, że być może ich historia chociaż jedną osobę powstrzyma przed „zniknięciem”. Bo ludzie podejmują czasem decyzje, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, jakie konsekwencje one przyniosą. Film ma to uświadamiać. I pokazywać, że warto sięgnąć po pomoc. Że nigdy nie jest się samemu, że można znaleźć kogoś, kto wesprze.

— Może to otworzy jakąś szerszą dyskusję o zaginięciach — mówi Agnieszka. Wstaje od stołu, by zamknąć okno. Słoneczne niebo zasnuły chmury, rozpętała się burza. Siadając z powrotem, omiata ręką przestrzeń: — W tym domu było tyle radości. A po zniknięciu Krzysia jakby wyparowała. Kiedyś lubiłam się wygłupiać, żartować. Teraz przychodzi mi to z trudem.

Oboje przyznają, że ciężko się odnaleźć w tej nowej „normalności”. Chociaż godzą się z tym, że życie już nigdy nie będzie takie jak przedtem. — Staram się być tu i teraz, nie budować scenariuszy, co mogłoby się z nim teraz dziać. To trochę pomaga — dodaje Agnieszka.

A pan? — zwracam się do Daniela. — Myśli pan, że kiedyś przestanie wypływać na Wisłę?

— Może…

— Mówiłeś niedawno, że sobie tego nie wyobrażasz — wtrąca Agnieszka.

— No tak… Ale nie pływam już w tygodniu, tylko weekendami. I to nie w każdy weekend.

— Ale jednak pływasz. A ja bym chciała, żebyś przestał, bo inaczej ja pozostaję zakotwiczona w trybie poszukiwania Krzysia. Chciałabym z niego wyjść. Jestem zmęczona. Tu w domu masz mnie, drugiego syna…

Daniel wzdycha i kręci głową. Mówi: — Ja to wszystko wiem. Wiem, że trzeba cudu, by go znaleźć. Ale chyba nie umiem odpuścić. I nie wiem, kiedy będę umiał. Może, mając 70 lat, nadal będę wypływał na Wisłę i pytał: „Krzysiu, gdzie jesteś?”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version