Rządowy zespół z Kosiniakiem-Kamyszem na czele miał wypracować rozwiązania dotyczące Funduszu Kościelnego. I co? I nic. Trudno zresztą było się spodziewać, że konserwatywny Kosiniak pójdzie na wojnę z Kościołem. Ktoś jednak zgodził się na takie personalne rozdanie. Czy naprawdę Lewica nie miała siły, by wziąć sprawę Funduszu Kościelnego w swoje ręce?
Na czym polega problem dzisiejszej lewicy w Polsce? – zapytałam kiedyś jednego z jej byłych liderów. „Na tym, że zajmuje się sprawami od pasa w dół. Dopóki nie przerzuci się na inne kwestie, będzie partią kilku procent” – padła krótka odpowiedź. Rzeczywiście, nad dzisiejszą lewicą, która po latach dochrapała się w końcu rządowych posad, wisi jakieś fatum. Niektórzy na lewicy nazywają je klątwą 2 proc., która może ponownie zmaterializować się już w maju.
W 2015 r. kandydatka Lewicy na prezydenta Magdalena Ogórek, która zasłynęła tym, że chciała „telefonować do Putina” oraz „napisać prawo od nowa”, dostała w wyborach 2,3 proc. głosów. Wtedy wydawało się, że gorzej być nie może. Jednak, jak się okazało, topografię dna można badać w nieskończoność i pięć lat później Robert Biedroń, lider Wiosny, dostał jeszcze mniej – 2,2 proc. Magdalena Biejat, która dała się namówić na start w wyborach prezydenckich A.D. 2025, miała klątwę 2 proc. przełamać. Jednak dzisiejsze sondaże dają jej od 1,5 do 2,5 proc. poparcia. Szykuje się więc kolejna piękna katastrofa.
Powiedzmy sobie szczerze, walka o prezydenturę nie była marzeniem Magdaleny Biejat. Można nawet powiedzieć, że to kandydatka z łapanki. Dwoje oczywistych kandydatów, przymierzanych do startu jeszcze kilka miesięcy temu, czyli ministra pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i wicepremier Krzysztof Gawkowski, nie chciało startować, by nie narazić się na porażkę. Oboje będą walczyć o fotel lidera Nowej Lewicy pod koniec roku i słaby wynik w prezydenckim starciu mógłby ich osłabić. Biejat, która akurat niedawno odeszła z partii Razem i weszła do klubu Lewicy, uznała, że nie ma nic do stracenia. Może nie sądziła, że jej do niedawna przyjaciel i partyjny kolega z Razem Adrian Zandberg znajdzie w sobie zapał, by startować przeciwko niej. Uchodzący za lenia Zandberg na pewno nie jest idiotą. Wie, że kampania prezydencka to darmowy czas antenowy i udział w debatach, a w tych akurat wypada świetnie. Co mu więc szkodzi chwilę się potrudzić, by dotrzeć pod strzechy z programem swojej kanapowej partyjki, a przy okazji sypnąć piachem w lewicowe tryby. Było jasne, że jeśli Lewica pójdzie do wyborów podzielona, wyrazisty Zandberg odbierze głosy zdolnej skądinąd, ale mniej ekspresyjnej Biejat. Na dodatek hasło lewicowej kandydatki „Dziewczyna z sąsiedztwa” pasuje do „przedwojennych czasów”, gdy wyborcy szukają poczucia bezpieczeństwa, jak pięść do nosa.
Kulisy pałacu
Foto: Newsweek
W kwestiach, którymi żyła Lewica w ostatnich latach, czyli aborcji i związków partnerskich, nie ma się czym pochwalić. Nie udało się wprowadzić ani liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, ani związków partnerskich. I to nie dlatego, że prezydent Andrzej Duda był zawalidrogą. Sama koalicja 15 października nie mogła się dogadać. Dekryminalizacja aborcji i powrót do tzw. kompromisu sprzed wyroku TK Przyłębskiej, czyli to, co można byłoby przeprowadzić w tym Sejmie i z tym prezydentem, z niewiadomych przyczyn utknęło w sejmowej komisji. Politycy PSL mówią półgębkiem, że oba projekty blokuje Lewica, wszak nie chce, by Hołownia miał przed wyborami prezydenckimi sukces. Jeśli to prawda, świadczy o krótkowzroczności Lewicy. Z punktu widzenia wyborczyń, którym wiele obiecano przed wyborami w 2023 r., lepiej, by pchnąć sprawy do przodu, niż by nie wydarzyło się nic.
Na razie Lewica próbuje ratować kampanię, ogłaszając projekt likwidacji Funduszu Kościelnego. Pomysł skądinąd słuszny, bo nie ma żadnego powodu, by wszyscy Polacy – także niewierzący – składali się na składki emerytalne księży. Jednak z politycznego punktu widzenia włączanie Funduszu do kampanii dowodzi tylko desperacji Lewicy i pokazuje niemoc rządzącej koalicji w starciu z biskupami. Od roku działa przecież specjalny rządowy zespół z Kosiniakiem-Kamyszem na czele, który miał wypracować rozwiązania dotyczące Funduszu Kościelnego. I co? I nic. Nie ma żadnych propozycji. Zresztą trudno było się spodziewać, że konserwatywny Kosiniak pójdzie na wojnę z Kościołem. Ktoś jednak zgodził się na takie personalne rozdanie. Czy naprawdę Lewica nie miała siły, by wziąć sprawę Funduszu Kościelnego w swoje ręce?